Wspomnienia

Poniższe wspominki (“wspomnienia” to za duże słowo) spisałem na prośbę, o groźbę niemal zahaczającą Przemka, czyli Janusza Ramotowskiego. Nie należy ich oczywiście traktować jako historii Grup Oporu “Solidarni”, nie są nawet zbliżoną do kompletności historią mojego w GO udziału. Może kiedyś znajdę czas i napiszę coś bardziej uporządkowanego i kompletnego? Zobaczymy.
Pewnym problemem jest oczywiście to, że o wielu sprawach nie pamiętam, wielu wspomnień nie jestem w stanie umiejscowić czasowo, a na dodatek najmocniej w pamięć wryły się sytuacje, które najbezpieczniej można nazwać anegdotycznymi.
Na dobry początek kilka wspominek z mojej wojenki z komuną.

Kiedy zacząłem “knuć” przeciw komunie? Właściwie to trudno jednoznacznie określić. Świadomość “istoty rzeczy” wyrobiono we mnie dość wcześnie – opowieści mojego Ojca o udziale Dziadka w wojnie bolszewickiej i koleżanki mojej Mamy – starej, jeszcze przedwojennej nauczycielki – o Orlętach zrobiły swoje: już w podstawówce sprawiałem kłopoty nauczycielce historii (a przez to i mojej Mamie, bo też była nauczycielką w tej szkole, tyle, że uczyła geografii) kłopotliwymi pytaniami. Ojciec dbał zresztą o moje wychowanie i nie przepuścił żadnej okazji – w 1968 cudem uniknęliśmy spałowania. Najwyraźniej uważał, że trzynastolatek, jakim wówczas byłem, nie powinien siedzieć w domu, gdy na ulicach ważne rzeczy się działy :-). I chyba miał rację…

Pierwsze ulotki – to już liceum. Najpierw w grudniu 1970 udział w samorzutnej chyba akcji rozlepiania wezwania do uczczenia minutą ciszy na długiej przerwie zabitych stoczniowców (liceum Słowackiego). Pierwszy druk i sypanie – już w Hoffmanowej, do której byłem karnie przeniesiony (związku z polityką to raczej nie miało). Nie była to wprawdzie w pełni świadoma akcja – po prostu na jakiejś prywatce postanowiliśmy po pijanemu uczcić naszego gospodarza i na wyrwanej płytce linoleum wycięliśmy (bodajże ułamanym drutem od parasola) napis – treści nie pamiętam, zdaje się “głosuj na Maćka” – jakoś to powieliliśmy (chyba używając pasty do butów) w kilkudziesięciu egzemplarzach i wysypaliśmy z okna. Było to w okolicy jakichś “wyborów”, więc nawet spora afera z tego w szkole wyszła :-). Jak by nie było – dziewictwo w ten sposób straciłem, więc dalsze działania jakoś łatwiej przychodziły.

Nie były to jeszcze działania zorganizowane, ot, jakieś próby pisania na maszynie przez wiele przebitek komentarzy do zmian w konstytucji i rozprowadzanie wśród znajomych, pyskowanie na zajęciach z “ekonomii politycznej’ – i tak jakoś jako “wolny strzelec” dotrwałem do 1980.

W 1980 zaczęło się naprawdę. Na początku 1980 ponownie, bo przygód z nauką trochę miałem, wróciłem na studia. A że pyskowaniem na zajęciach opinię wśród kolegów miałem w miarę wyrobioną, więc siłą rzeczy stałem się jednym z założycieli NZS w Politechnice Warszawskiej. Poznałem wtedy Teosia i jakoś tak wyszło, że zostałem jednym z jego “pretorian”. Kierowałem Sekcją Informacji NZS PW, na swoim Wydziale (MEiL), rządzonym niepodzielnie przez Tomka Hypkiego, współwydawałem m.in. pisemko “Idzie Nowe”, drukowałem śpiewniki patriotyczne itp. Gdy w Łodzi wybuchł strajk studencki, pojechałem tam w ekipie wspomagającej (wg SZSP była to “bojówka NZS z Warszawy”), zaczepiłem się Biurze Prasowym Strajku i jako “Doradca Biura Prasowego do Spraw Ważnych” (nigdy w życiu już tak cudownej fuchy mieć nie będę ) strajkowałem aż do końca. Strajkowanie “do końca” musiało mi się chyba spodobać, bo w grudniu 1981 dopiero połączone siły Rektora i NSZZ “Solidarność” PW, z jej przewodniczącym Andrzejem Smirnowem na czele, zmusiły mnie i kilku innych “nieodpowiedzialnych ekstremistów” do opuszczenia Gmachu Głównego w nocy z 13 na 14 grudnia.

Po strajkach studenckich z początku 1981 udało się zarejestrować NZS. Legalizacja w niewielkim jedynie stopniu wpłynęła na to, co robiliśmy i do czego, na wszelki wypadek, staraliśmy się przynajmniej psychicznie, przygotować.

Teoś nie miał złudzeń, co do intencji czerwonych i rozwoju wydarzeń. Nie jestem pewien, czy było to w okolicy strajku po pobiciu Rulewskiego, czy w maju, w trakcie wystawy i kiermaszu wydawnictw niezależnych (chyba to drugie) – zaczął rozważać (a w każdym razie podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami) potrzebę organizacji “legionów NZS”, czyli grupy ludzi pewnych i zdecydowanych, gotowych w razie potrzeby na różne wariactwa.

Do stanu wojennego “Legiony” nie zaistniały jako sformalizowana grupa (w gruncie rzeczy dotyczy to również okresu późniejszego, aż do pojawienia się Grup Specjalnych RKW) – po prostu kilku z nas rozmawiało częściej ze znajomymi o sposobach ulotkowania, staraliśmy się zapoznać jak największą liczbę kolegów z technikami poligraficznymi i zorientować się, na kogo w razie potrzeby można naprawdę liczyć. Sama nazwa “Legiony NZS” używana była w wąskim gronie, i raczej w tonie żartobliwym.

A potem przyszedł stan wojenny. Mnie zastał “twardo strajkującego” na Politechnice. W nocy z 12 na 13 grudnia, we współpracy z “Solidarnością” kolejarską, próbowałem zorganizować na Dworcu Centralnym sieć łączności z resztą kraju przy wykorzystaniu telefonicznych połączeń kolejowych (jedynych działających). Niewiele z tego wyszło, bo bezpieka też wiedziała, których telefonów nie wyłączyła i nie była aż tak głupia, by nie przewidzieć, że spróbujemy je wykorzystać. Wróciłem na Politechnikę, a gdy nas z niej wyproszono, przenieśliśmy się do akademika “Mikrus”. Drukowaliśmy tam na ramce jakieś komunikaty (pamiętam, że wałek miał w jednym miejscu wgniecenie i kiepsko to wychodziło), staraliśmy się zorientować w sytuacji: kogo zamknęli, z kim można złapać kontakt, ogólnie się pozbierać. Nie pamiętam już dokładnie, co kiedy i z kim wtedy robiłem – w każdym razie długo nie wracałem do domu. Jedną czy dwie noce spędziłem w “Mikrusie”, ukrywałem się u kolegi na Bielanach (podsłuchiwaliśmy tam przez radio ZOMO przygotowujące się do pacyfikacji Huty – zapamiętałem dialog pomiędzy stacjami “krokodyl 1” i “krokodyl 2” – raczej na zwykłym radioodbiorniku, bo chyba nie dysponowaliśmy jeszcze wówczas aparaturą podsłuchową). Potem nocowałem w mieszkaniu kolegi z MELu na Muranowie, z którego musieliśmy uciekać i na które w kilka minut po naszej ucieczce miała ponoć najechać bezpieka (byłem wtedy bardzo przeziębiony i miałem wysoką gorączkę, w trakcie ucieczki “cudownie ozdrowiałem” w parę sekund – czego to adrenalina nie potrafi), jeszcze później gdzieś na Grochowie.

W ogóle wszystko to było bardzo szarpane i nieskoordynowane aż do chwili, gdy jakoś chyba pod koniec grudnia odzyskałem kontakt z Teosiem. Spotkaliśmy się w mieszkaniu gdzieś na Saskiej Kępie, pamiętam, że przyniosłem mu jakąś paskudną czapkę zimową, w której później długo chodził i twierdził, że nie rzuca się w niej w oczy. Od tego spotkania wszystko stało się jakieś spokojniejsze i zorganizowane. Teoś, jak to Teoś – miał już chyba kontakt z Bujakiem, miał też namiary na kilka grup robotniczych. Czy już wtedy miał też namiary na specjalistów od działań typu “eksport-import bez cła” nie pamiętam, w każdym razie przynajmniej o zamiarze uchwycenia takich kontaktów mówił.

Nie potrafię w tej chwili uporządkować chronologicznie (a co dopiero mówić o przypisaniu do konkretnych dat!) wspomnień z tego okresu. Jawią mi się one jako zbiór zdarzeń najczęściej anegdotycznych, o specyficznym wprawdzie niekiedy rodzaju humoru, jednak niewątpliwie zabawnych. Przykładowo: jakoś chyba na początku 1982 prowadziliśmy akcję “scaleniową”, której elementem było włączenie do naszych działań m.in. grupek, które uważały, że do komunistów trzeba strzelać i w tym celu starały się pozyskać broń (jedna z takich grup, do których nie zdążyliśmy dotrzeć na czas, zastrzeliła milicjanta Karosa). Rozmowy były trudne, trudno wszak przekonać zapaleńców, których pomysły w końcu jakoś się podzielało, że mają ograniczyć się do “papierowej amunicji”. Były też nieco niebezpieczne – ryzyko prowokacji bezpieki było spore. Idąc na spotkanie z przedstawicielem takiej grupy poprosiłem kolegę znanego ze swego zamiłowania do militariów, by mnie ochraniał. Spotkanie było w idiotycznym miejscu, bo na ulicy w okolicy komisariatu na Żoliborzu, gdzie siłą rzeczy kręciło się sporo patroli. Jeden takich patroli przeszedł obok mnie chwilę po tym, jak rozstałem się ze swoim rozmówcą po umówieniu następnego spotkania. Patrol – jak to patrol: poszedł dalej. Prawdziwy strach przeżyłem, gdy spotkałem się ze swoją “obstawą” – dialog zapamiętam chyba na zawsze:

– Widziałeś ich? Nie wzięli by cię!
– Tak, wiem, obronił byś mnie.
– No pewnie!

W tym momencie rozchylił płaszcz, pod którym miał podwieszonego pancerfausta (a w każdym razie coś, co z pancerfaustem się jednoznacznie kojarzyło)
– Jak by podeszli bliżej, bym wykurwił…

Od tego czasu nie przyszła mi więcej do głowy myśl, by starać się o obstawę…

Inne, przepiękne wręcz wydarzenie – to ewakuacja powielacza “Roneo Vickers” z Politechniki, w wykonaniu m.in. dwóch brodatych, ubranych w zielone kurtki facetów, co to wielkie i ciężkie jak cholera pudło z napisem “papier toaletowy” z Warszawy do Falenicy pociągiem targali i udawali, że toto nic nie waży… A potem jeszcze okazało się, że powielacz nie miał bębna!

Akcja ta wielu rzeczy mnie nauczyła, zwłaszcza tego, że w warunkach konspiracji dokładne planowanie jest wprawdzie bardzo ważne, ale w praktyce najlepszy nawet plan diabli wezmą i będzie trzeba improwizować.

Bo cała sprawa wyglądała tak: Jakoś wczesną wiosną dowiedzieliśmy się, że pracownikom Politechniki udało się uchronić przed bezpieką powielacz NZS-u z wydziału MEiL (mojego). Konspiracyjna “Solidarność” na Politechnice Warszawskiej była chyba najbardziej konspiracyjną konspiracją ze wszystkich konspiracji w historii – o tym zresztą przy innej okazji. W każdym razie powielasz chcieli oddać – jednak tak, by NIKT i NIGDY nie dowiedział się, kto go przechowywał i kto go nam przekazuje. Jakoś tak wyszło, że ja miałem zorganizować to przekazanie. Atmosfera politechnicznej konspiracji musiała się mi udzielić (prawdę mówiąc należało brać pod uwagę możliwość, że PW była pod szczególnie baczną obserwacją SB, więc nie było to takie głupie), i akcję zaplanowałem szczegółowo i precyzyjnie – co do sekundy.
O umówionej godzinie uchyliły się boczne drzwi Wydziału i wysunęła się z nich anonimowa ręka z wielkim pudłem. W tej samej chwili przechodzący obok student (czyli ja) przejął pakunek i ruszył w kierunku zamkniętej zawsze (na tę okoliczność konspiracyjnie otwartej) furtki w ogrodzeniu. W chwili mojego wyjścia na Nowowiejską, pod furtkę podjechał swoim samochodem (Syrenką?) kolega “Wariat” (Tomek Kubalski), przejął pudło i powoli ruszył dookoła Politechniki (pilnie uważając, czy nikt go nie śledzi!) na Koszykową, do umówionej bramy w której już na niego czekałem (porównaliśmy wcześniej czas mojego przejścia “na skróty” przez teren PW i czas objechanie tego terenu samochodem). Brama była przechodnia połączona podwórkiem z Hożą i miała tę dodatkową zaletę, że mieszkanie mojego kolegi z MEL-u, Janusza Żyłkowskiego, posiadało wyjście do tej właśnie bramy. U Janusza powielacz miał przeczekać jakiś czas – czas, w którym pilnie sprawdzaliśmy, czy w okolicy nie kręci się nikt podejrzany! Podejrzanych nie stwierdziliśmy, więc znów o określonej z góry godzinie wytargałem pudło z zawartością (już nie pamiętam, czy tylko do bramy, czy aż na Hożą), gdzie czekał “Przemek”, i gdzie podjechać miał zorganizowany przez “Grubego” AUTOBUS, który miał nas bezpiecznie wywieźć za rogatki.
Autobusu nie było.
Rezerwowym punktem spotkania był dworzec (Centralny czy Śródmieście?). Poszliśmy, poczekaliśmy.
Zupełnie jak w Kubusiu Puchatku: im bardziej czekaliśmy, tym bardziej autobusu NIE BYŁO!
Dwóch brodatych, ubranych w zielone kurtki facetów z wielkim pudłem w centrum Warszawy, jednym słowem PEŁNA KONSPIRACJA!!! Nie zapomnę jak poczułem się później, już w pociągu, gdy przeczytałem napis na pudle: “PAPIER TOALETOWY”. Już nie wiem, czy rzeczywiście ktoś nas o ten papier zaczepił (chyba nie), ale czułem te spojrzenia: PAPIER TOALETOWY mają!!! CAŁE PUDŁO!!!! Gdzie to zdobyli?!? Mógłby się taki podzielić!!! Uff – jeszcze dziś robi mi się gorąco!

No tak – to kolejna anegdota, a miałem pisać o Grupach.

Po początkowym okresie rozgardiaszu Teoś zaczął dzielić między nas obowiązki i zadania. Nie były to zbyt rygorystyczne podziały – ja na przykład, choć poligrafia nie była mi przydzielona, jeździłem do Torunia naprawiać powielacz (znów ten nieszczęsny typ “Roneo Vickers”, od którego chyba byłem specjalistą).

Moim formalnym przydziałem była technika, a konkretnie chemia. Któregoś dnia Teoś powiedział, że tworzy się sekcja techniczna, organizować ją ma “taki, no wiesz, właściwie przemytnik, ale uznał, że Ojczyzna w potrzebie i się zgłosił”. Dlaczego chemia? O chemii pojęcia nie miałem – może oprócz pichcenia materiałów wybuchowych, ale to przecież chyba każdy Polak z mlekiem matki wyssał.

Przyjaźniłem się wtedy blisko z Dorotką Cibor – studentką (nb. bardzo zdolną i przeuroczą) Wydziału Chemii Politechniki Warszawskiej. Miała odpowiednią wiedzę, kontakty i literaturę – wiele się wzajemnie nauczyliśmy. Pierwszym naszym wyrobem był lont wolnotlący, niezbędny zarówno do przewieszek z ulotkami (wcześniej używaliśmy papierosów “Marlboro”), jak i nieco ciekawszych, acz zakazanych, zastosowań. Niestety udana była tylko pierwsza partia tych lontów – zrobiona na bazie bawełnianego oplotu cienkiej miedzianej linki. Gdy mój zapas linki się skończył, kolejne partie lontów wolnotlących stały się zbyt zawodne i trzeba było zmienić technologię na nasączanie sznurka od bielizny saletrą. Wolno to się nie tliło, lecz przynajmniej nie gasło.

Dużo było zamówień – niektóre bardziej, niektóre mniej zwariowane. Nie udało się nam nigdy zrobić wymarzonego przez Teosia ładunku oślepiającego “takiego, żeby jak się ucieka to można go rzucić, i żeby błysk oślepił goniących, ale tylko na krótko i żeby to nie mogło nikogo poranić”. Nie udało się tych warunków spełnić – czego byśmy nie próbowali, to nie chciało być wystarczająca bezpieczne. Za to bomba do zniszczenia skrzynki rozdzielczej milicyjnych kamer udała się nad podziw – czego tam nie było: i termit, i napalm, i ładunek kumulacyjny… Szkoda, że nie została w końcu użyta!

Podobnie na kilku próbach skończyła się produkcja świec dymnych, których mieliśmy używać przeciw ZOMO. Po pierwszych nieudanych eksperymentach osiągnęliśmy sukces: ćwiczebnie odpalona świeca ważąca ok. 1 kg zadymiła cały plac Dąbrowskiego. Niestety dalszych zamówień nie było – może dobrze, bo później dowiedziałem się, że nasz dym w większym stężeniu mógł mieć właściwości gazu bojowego…

Przebojem były stosowane głownie w akcjach antykolaboranckich smrody (inne nazwy: “skunksy”, “śmierdziele”). Tych sami nie robiliśmy – dostarczał mi ich “Docent” z Politechniki. Później dowiedziałem się, że robił je Arct (może robili wspólnie – nie wiem – KONSPIRACJA). Smrody wstrzykiwało się przez dziurkę od klucza do mieszkań tych, których na “drogę cnoty” należało delikatnie sprowadzić. Działało to – UFF, mocno! Piotruś “Gruby”, gdy mu podczas jakiejś akcji antykolaboranckiej JEDNA kropelka tego zajzajeru kapnęła na rękaw kurtki, kurtkę tę chyba po miesiącu różnych zabiegów mógł ponownie założyć. Pamiętam, że nawet był bliski wyrzutów sumienia: “A ja temu skurwysynowi CAŁĄ fiolkę do mieszkania wstrzyknąłem!”

Nietrafionym znów produktem był atrament sympatyczny – nie dość, że cuchnął zgniłymi jajkami, to jeszcze i tak nikomu nie chciało się go (nawet późniejszej odmiany – już praktycznie bezwonnej) używać.

Z chemią wiąże się też trochę zabawnych sytuacji. Kiedyś, już nie pamiętam, do czego, potrzebowaliśmy większej ilości gliceryny. Oprócz Dorotki miałem jeszcze kilka bliskich przyjaciółek z chemią związanych (w sumie chyba powinienem się wstydzić, ale jakże przyjemne potrafią być niektóre aspekty “dbałości o dobro Ojczyzny”). Od Anki, która pracowała w Instytucie Chemii Przemysłowej dostałem litrowy słój gliceryny. Ale zaraz, gliceryny czy NITROGLICERYNY?!? Jak brałem to od niej z domu, byliśmy zbyt zaabsorbowani czym innym i jakoś tak niewyraźnie mówiła, a o nitracji gliceryny przecież tydzień temu rozmawialiśmy!!!

Okazało się, że to była zwykła gliceryna techniczna, ale emocji trochę miałem.

Najważniejszą w praktyce naszą “produkcją” chemiczną były różne mikstury związane z poligrafią: emulsje do sitodruku, farby do powielaczy bębnowych (z farbą do zwykłych powielaczy nie było kłopotu), specjalne farby do sitodruku (przyrządzana na bazie pasty “komfort” farba nie nadawała się do produkcji znaczków pocztowych), fotopolimery do wytwarzania fałszywych pieczęci itp. Organizowałem (nie sam!) te produkty, jednak, co tu udawać pacyfistę, najwięcej serca miałem do zamówień “specjalnych”, czyli wszystkiego określanego jako “bomby, miny, karabiny”. Kłopot polegał na tym, że RKW z Bujakiem na czele, co i rusz zmieniało swoje pomysły nakazując np. przygotowanie i użycie podczas demonstracji “ładunków wybuchowych w miękkich skorupach”, a następnie SUROWO ich zakazując. Podobnie było z butelkami zapalającymi: raz polecając przygotowanie ich większej ilości, raz zabraniając ich używania.

Z tymi butelkami był zresztą spory kłopot. Początkowo głównym źródłem naszej wiedzy o sposobie ich wytwarzania była komunistyczna książeczka “Pirotechnicy z fabryki Gerlacha”, sławiąca GL. Niestety, butelki przygotowywane według podanego w niej przepisu (z opaską chloranową) były bardzo zawodne. Rewolucyjny i genialny w swej prostocie wynalazek “klajstru chloranowego”, który powstał podczas jednego z upojnych (dosłownie) wieczorów u Janusza (“Przemka”) i Bronki Ramotowskich, zapewniający 100% skuteczności, przyszedł za późno, by go zastosować w praktyce demonstracyjnej.

Niekonsekwencji w poleceniach RKW było więcej – np. sprawa pirotechnicznych wyrzutników ulotek. Nie wiem z całą pewnością (kilka osób przyznaje się do wyłącznego autorstwa tego pomysłu), czyj to był wynalazek, w każdym razie był genialny. Krótka rura (początkowo stalowa, potem zwykły kawałek rynny z PCW) wypełniona w części ładunkiem miotającym a w części odpowiednio zwiniętymi ulotkami (oddzielonymi od ładunku krążkiem z grubej gumy) z zapalnikiem czasowym (zwykły lont lub opóźniacz elektroniczny). RKW trochę kręciła nosem, ale nigdy wyrzutników nie zakazała – zabroniono za to używania jako ładunku miotającego czarnego prochu (uznanego za “materiał wybuchowy”). Nigdy nie byłem w stanie pojąć i parę razy wspólnie z Teosiem się głowiliśmy, dlaczego dopuszczalna była dość niebezpieczna i stosunkowo mało stabilna mieszanka sproszkowanego aluminium z nadmanganianem potasu, a znacznie bezpieczniejszy czarny proch (technologię produkcji mieliśmy opanowaną) był surowo zabroniony! Cóż – wynikające z obaw przed posądzeniem o terroryzm wyroki RKW były niekiedy niezbadane.

Jak by nie było, fantazję mieliśmy niezłą, więc na częstych i nierzadko podlewanych bimbrem spotkaniach u Jerzego i Eli Zielińskich pomysłów “genialnych, zwariowanych i takich sobie” nie brakowało. Niektóre były realizowane, inne nie. Z tych ostatnich pamiętam niezrealizowany na szczęście pomysł wysadzenia w powietrze KC ciężarówką wypełnioną materiałem wybuchowym (prawie jak terroryści islamscy – tyle, że wymyśliliśmy to wcześniej od nich i zamiast kierowcy samobójcy miało być zdalne sterowanie), oraz szkoda, że zarzucony pomysł pomalowania na czerwono pochodu pierwszomajowego rodaminą rozpyloną ze sterowanego radiem modelu samolotu (o brak odpowiedniego modelu się to rozbiło). Któryś pochód pierwszomajowy jednak zasmrodziliśmy skunksami wmieszawszy się między jego uczestników.

Przeglądam to, co napisałem i dochodzę do niepokojącego wniosku, że czytający to ktoś spoza Grup mógłby wyrobić sobie na nasz temat dość jednoznaczny pogląd: nie dość, że krwiożerczy terroryści, to jeszcze nieomal zdegenerowani alkoholicy!

Cóż – bimbru pijało się sporo, chyba jednak naturalne jest, że młodzi ludzie żyjący bardzo długo w dużym, niekiedy wręcz ekstremalnym napięciu, musieli od czasu do czasu jakoś swoje emocje rozładować. Jednak szaleńcami – terrorystami nie byliśmy, choć czerwoni bardzo nam chcieli taką łatkę przypiąć, a i RKW najwyraźniej za niebezpiecznych “świrów” nas uważało. Większość naszych przygotowań “militarnych” była albo w gruncie rzeczy niezwykle pokojowa, bo dotyczyła stosunkowo delikatnego zabezpieczania demonstracji (kolce do przebijania opon, świece dymne, nawet butelki, których miały być użyte NIE do “palenia żywym ogniem” ZOMO-wców, ale raczej do ich odstraszania), albo robiona była “na wszelki wypadek”, gdyby czerwoni zaczęli stosować wyjątkowo brutalne represje. Stąd większość “wybuchowych” przygotowań ograniczyło się do nauczenia się, co, jak i z czego zrobić, oraz do przygotowania podstawowego zapasu odpowiednich składników. W późniejszym okresie opracowywaliśmy też (chyba na życzenie RKW – tego nie jestem pewien) plan działań zabezpieczających ewentualny strajk generalny. Chodziło o przygotowanie się do związania działaniami opóźniającymi sił ZOMO na tyle długo, by strajki w wybranych zakładach mogły wystarczająco okrzepnąć. Rozpoznawaliśmy ewentualne trasy przemieszczania się ZOMO, wybieraliśmy newralgiczne punkty, które mieliśmy zablokować, planowaliśmy też podpalenie koszar ZOMO i ich sprzętu. Przygotowywany przez nas plan na “godzinę W” był dużo szerszy i obejmował przygotowanie ekip i sprzętu poligraficznego, zapasów papieru, nagłośnienia itp. – jak widać planowane “działania zbrojne”, w których skądinąd najgroźniejszą bronią miały być butelki zapalające, były jedynie pewnym fragmentem. Na szczęście udało się nie zweryfikować tych planów w praktyce, choć z naszych wstępnych kalkulacji wynikało, że kilkugodzinne spore zamieszanie było w zasięgu naszych możliwości. Ba, planowane było nawet przeprowadzenie czegoś w rodzaju gry sztabowej dla zweryfikowania naszych planów – Okrągły Stół sprawił, że nie było to już potrzebne.

Grupy Oporu chyba jedną z najlepiej funkcjonujących struktur konspiracyjnych – świadczy o tym porównanie naprawdę dużej ilości różnych spektakularnych akcji przy skrajnie niewielkiej liczbie wpadek. Wpadki oczywiście były i byś musiały, jednak prawdę mówiąc, gdy staram się przypomnieć sobie jakąś wpadkę PODCZAS AKCJI, to poza wpadką przy krzyżu na Powązkach, na myśl przychodzi mi tylko wpadka Grubego podczas malowania tramwajów na pętli pod Hutą – a i ta wpadka była prawdę mówiąc efektem jego nadmiernej brawury (miał tylko obserwować akcję, a nie uczestniczyć w niej osobiście) i przypadku (broniąc się gazem łzawiącym przed rzucającym się na niego od tyłu pracownikiem MZK, sam się zagazował).

Grzegorz Jaczyński

Przekonała mnie taka jedna, do napisania paru zdań. Widać kobiece zachcianki bardziej na mnie działają drogi Piotrze. Gdzie diabeł nie może, pośle Elkę (ucz się hehe).

Zacznę z innej beczki. Moje 22 lata, gdyż jak wszyscy pamiętacie, opuściłem kraj w 87 roku. Rok 89 w Polsce odbierałem już za żelazną kurtyną. Wyjeżdżając, miałem świadomość, że ten pieprzony ustrój i tak padnie. Czułem to.

Co do wspomnień z lat 80-87, tak jak chyba wszyscy z nas pamiętam prawie wszystko, tylko z ustawieniem w czasie mam kłopoty. Pamiętników nie pisałem więc wszystko się pozlewało. Jedyna rzecz jaka mogę pamiętać bez problemów to chyba ten słynny krzyż na Dołku Katyńskim. Tu nie mam wątpliwości.

Nasze wspólne noce i dnie, nasze rozmowy, nasze plany, nasze awantury (bo i takowe były) zostaną.
Ileż to razy robiliśmy coś bez zastanowienia?
Ileż to razy mogliśmy tego ciężko pożałować?

W sumie ja o sobie mogę powiedzieć ze chyba miałem najwięcej szczęścia. No ale byłem narwańcem i nie mierzyłem niczego żadną miarą. Nie było mi to potrzebne. To co robiłem ja i zresztą my wszyscy było dla mnie zupełnie naturalne. Nie wyobrażam sobie nawet patrząc z perspektywy czasu, że mógłbym (mogli byśmy) zachować się inaczej. Nasze nieprzespane noce przegadane, przegrana w karty zakrapiane i zakąszane zostaną. Bojowe narady. Wielkie słowa. Plany. Ale nie tylko słowa. Były i czyny.

Wspomniałem już o krzyżu. Tym słynnym krzyżu, po którym wszyscy wpadli. Wszyscy oprócz mnie. Mówiłem, że miałem szczęście.

Akcje ulotkowe na ulicach Warszawy i innych miast (tak zwane gościnne występy), druk, kolportaż, prasa, znaczki, audycje radiowe i telewizyjne. No i te nasze mordobicia na ulicach Warszawy i nie tylko w rocznice maja, lipca, sierpnia czy innego miesiąca. Noce i dnie spędzone w oczekiwaniu na coś lub na kogoś. Nocne odwiedziny za czasów godziny milicyjnej. Ileż to razy spędzaliśmy te noce pod przymusem tej godziny milicyjnej. Przymus, który de facto nas zbliżył, pomógł się poznać, nabrać do siebie zaufania.

Od grudnia 81 do 87 roku moje trzy 48 godzinówki. Dwie w Warszawie i jedna w Częstochowskim trójkącie. Mówiłem, że miałem dużo szczęścia. Mogło być gorzej. Inni odpokutowali to dłuższym pobytem, a Jędruś zawsze się jakoś wywinął. Co niektórzy nawet zaczęli mnie podejrzewać o nie tyle szczęście, co raczej ochronną rękę SB. Tym już wtedy powiedziałem co o tym myślę. No ale fakt faktem, że podejrzliwość była wtedy naszą słabą strona. Tutaj stracić mogliśmy więcej, jak ze strony komuny.

Oglądałem niedawno film amerykański o wojnie w Wietnamie. To chyba było “Good Morning, Wietnam”. Jest tam taki tekst, jeden z żołnierzy mówi że “uwielbia zapach napalmu o świcie”. Może głupie porównanie ale mnie od razu wraca zapach gazów łzawiących po demonstracjach. Zapach, który nas przyciągał, penetrował oczy i ciuchy. Smród gazów był nam jednak bliski. Przesiąknięte zapachem gazu ulice Starówki, Śródmieścia czy innych dzielnic miast były naszym żywiołem. Czym więcej tego zapachu było, czym bardziej szczypał, tym bardziej miałem świadomość, że coś się dzieje. Coś, co doprowadzi w końcu do celu. Do naszego celu. I udało się.

Tych naszych gazowanych demonstracji nie da się zapomnieć. Ryzykowało się może za bardzo, ale tak to wtedy się odczuwało i tak miało być. Wiele razy po takich demonstracjach zbieraliśmy się i analizując, co się działo dochodziliśmy do wniosku, że jednak jesteśmy stuknięci. Ileż to płyt chodnikowych, śmietników, ławek czy krzeseł skończyło swój żywot wtedy. To była nasz broń przeciw pałką, armatkom wodnym, gazom i kałachom.

Pamiętam jak kiedyś mieliśmy bardzo burzliwa rozmowę na temat użycia broni z naszej strony. To chyba było jakoś po śmierci Grześka Przemyka. Złość w nas była ogromna Bezsilność nas rozwalała, ale rozsadek zwyciężył. Byliśmy o krok od stania się tacy sami jak ci z drugiej strony barykady. Chyba wtedy właśnie (choć mogę się mylić) była ta demonstracja na Rynku Starego Miasta, o której przypomniała mi Ela wczoraj, w naszej rozmowie telefonicznej. Demonstracja jak wiele innych, ale chyba wtedy miałem wyjątkową złość w sobie. Na rynku tego dnia była jakaś oficjalna impreza. Stała estrada, a na niej krzesła. Kiedy oddziały ZOMO przyparły nas do muru, coś mi odbiło. Wskoczyłem na estradę i zacząłem rzucać krzesłami w kordon zomowców. Nie pamiętam czy trafiłem. To nie było istotne. Tego dnia poczułem w sobie złość i wszystko mi było jedno, jak to się skończy. A skończyło się na tym, że oddział ZOMO wycofał się kilkanaście metrów do tylu co pozwoliło nam zwiać z rynku. Takich sytuacji było wiele.

Piotrek pewnie się uśmiechnie jak mu przypomnę stawianie krzyża na dołku i ta szarpanina z milicjantami, którzy nagle się pojawili. Doszło do tak zwanego zwarcia, a wszyscy mieliśmy przy sobie słynne gazy łzawiące. Piotr wyciągnął swój i poczęstował milicjanta po oczach, na co na miał szokującą reakcje krzyczeć “Coooo Gazem Gazem” jakby, że tak powiem, miał pretensje, że ktoś się ośmielił milicjanta gazem potraktować. Heh. Nie wiedział biedak, że każdy kij ma dwa końce.

Co prawda ta akcja skończyła się fatalnie dla całej grupy. Tomek został złapany na miejscu a reszta grupy z takich czy innych powodów wpadła kilka godzin lub kilka dni później. Reszta grupy, oczywiście oprócz mnie. Skończyło się kilkoma miesiącami aresztu, Tomek spędził swe 18 urodziny za kratkami, a reszta chyba wyszła po amnestii jeśli mnie pamięć nie myli. Były też inne wpadki, które mogły skończyć się dramatem. Przypomnę choćby te nasze słynne wyrzutniki i wypadki z nimi. Nieżyjący juz Mariusz miał szczęście w nieszczęściu, a moja matka miała na ginekologii pacjenta płci męskiej jako że tak się jakoś dziwnie trafiało że byłem pod ręką, a szpital na Powiślu był naszym ratunkiem

Pamiętam też coś, co może nie wszyscy kojarzą ale odbywając służbę wojskowa w Białej Podlaskiej w 84 roku w czasie wyborów (nie pamiętam jakich ale to nieistotne) rozrzuciłem w kilku miejscach na jednostce ulotki, które przywiozłem kilka dni wcześniej z domu będąc na przepustce, namawiające do bojkotu wyborów.

Pamiętam minę trepów. A zwłaszcza politycznego. Śmieję się do dzisiaj, choć jak pomyślę to mogłem wtedy dostać nieźle po dupie. Jakby pomyśleli to pewnie by do mnie dotarli wiedząc, że ulotki podpisane były “Solidarność Mazowsze” a byłem jednym z nielicznych warszawiaków na jednostce. A może nie chcieli znaleźć winnego? Takie pytanie po latach też mi się nasuwa. Wśród żołnierzy było wielu sympatyków Solidarności.

Czasami słuchając piosenek Kaczmarskiego wracają mi wspomnienia. A słucham ich często. Internet jest wspaniałym narzędziem do pobudzenia wspomnień.

Teraz coś o “naszych dziewczynach”

Były motorem napędowym tego wszystkiego. Bez nich nie było by tego. Wszystkie, które się przewinęły bez wyjątku dały z siebie wiele, a nawet powiem więcej. To one ryzykowały mając świadomość, że będąc żonami i matkami narażają bardziej jak my nie tylko własne życie i zdrowie ale również przyszłość własnych dzieci.

Mieliśmy w nich oparcie i wsparcie. Stawały na głowie, żeby nie tylko zorganizować i pomóc w miarę swych sił. Robiły więcej. Dużo więcej. Nigdy nie zdarzyło się, by nie potrafiły czegoś zorganizować, wiedząc o tym miały na głowie również dom i rodzinę. Bez nich, bez ich wsparcia nie mogło to zadziałać.

Patrzę teraz z perspektywy czasu na to wszystko może innym okiem, ale uważam że “nasze baby” nie zostały docenione do końca. Słucham tych naszych polityków, tych pseudo działaczy, którzy dorobili sobie historię po 89 roku i widzę jedno, że mówią tylko i wyłącznie o “swoich bohaterskich działaniach” zapominając o tych naszych kobietach, które czekały na nas nocami nie wiedząc czy wrócimy, które potrafiły ogarnąć dom i rodzinę i jeszcze znajdowały czas na działalność, które ryzykowały twierdząc, że w ich obecności ryzyko jest mniejsze.

Czytałem końcówkę Eli na temat tego patrzenia w lustro itd. Każda z Was powinna to sobie mówić co rano, drogie panie. KAŻDA bez wyjątku.

20 lat minęło. Mogę powiedzieć na zakończenie jedno. Niczego nie żałuję poza jednym może, że uległem pokusie “łatwego życia” i wyjechałem, zostawiając tam was. Moje miejsce powinno być tam gdzie to się to wszystko działo. Los chciał inaczej. Pocieszam się jednym, a mianowicie tym, że tam wrócę. Inne to już będą czasy, ale tam moje miejsce.

Pozdrawiam wszystkich starych znajomych i mam nadzieje, że kiedyś się spotkamy by powspominać, tym razem juz słownie.

Andrzej Janczak

Bogdan Sawicki urodzony 31 maja 1952 roku

Przed grudniem 1981 roku był chorążym w jednostce Straży Pożarnej Zakładów Mechanicznych Ursus, członkiem rozszerzonego Zarządu Fabrycznego “Solidarności”.

Po wprowadzeniu stanu wojennego natychmiast przystąpiłem do rozwijającego się spontanicznie ruchu oporu.
Zorganizowałem ręczne pisanie i odbijanie przez kalkę pierwszych ulotek – (ochotnicza inicjatywa podległych mi służbowo strażaków).- Szybko nawiązałem kontakt z innymi działaczami znajdującymi się na wolności na terenie Warszawy i całego Mazowsza.
Wpadłem w lutym 1982 roku. Major Kośnik, komendant straży pożarnej dał mi do wyboru – natychmiastowe odejście (2 godziny) ze straży, albo zawiadomienie SB ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie mam mu za złe. Robił w co wierzył, ja również.
Znalazłem pracę w Polmozbycie na Stalingradzkiej jako inspektor ochrony p-poż. Tam też poznałem Lucynę Kalinowską – dobrego ducha naszej konspiracji w Polmozbycie, Romana Romaszkę i Zenona Barejkę. Zajmowaliśmy się kolportażem i wymianą bibuły między FSO i Ursusem.

Utrzymywałem ciągły kontakt z Jerzym Szlubowskim i Marylą Kowalczyk wydającymi “Głos Ursusa”. (Udało im się kontynować tą działalność aż do obrad Okrągłego Stołu).
Przez trzy lata przewoziłem ich drukarnię na nowe adresy. Za zgodą “Janusza” dostarczałem im farbą (około puszki na miesiąc), a przez Jerzego Szlubowskiego dostarczałem otrzymywaną przez Szwecję literaturę do Bogdana Bujaka (brata Zbyszka), który prowadził podziemną bibliotekę, załatwiłem im stałą pomoc, kryjówki, paliwo i transport.
Równolegle prowadziłem akcję pomocy dla ukrywającego się Zbigniewa Janasa.

Uczestniczyłem w akcji wywiezienia żony i córki Zbyszka na wakacje z mężem w Tatrach. Żona Zbyszka mieszkała na Ursynowie. Kontakt z nią utrzymywaliśmy przez Krystynę Kalitkę. SB czyba coś podejrzewała, bo od kilku dni żona Zbyszka była starannie obserwowana. Roman Bielański odebrał ją gdzieś na Ursynowie i miał mi ją przekazać na Woli. Na wypadek nieprzewidzianych okoliczności kontakt miał być powtarzany co godzinę. W ostatniej chwili, dla większego bezpieczeństwa zmieniłem samochód. Miałem przyjechać Fiatem, a przyjechałem Skodą. Roman nie rozpoznał samochodu i podjął kontaktu. Udało się to dopiero za drugim razem. Wywiozłem żonę Zbyszka wraz z córką do Zakopanego, gdzie za pomocą skonspirowanego z nami któregoś z Bachledów przekazałem je w Murzasichlu łączniczce, która doprowadziła je do Janasa.

Nie pamiętam daty tego wydarzenia, choć łatwo ją ustalić. Dziewięć miesięcy później urodził się Zbyszkowi syn, a on sam wyszedł z podziemia.

Z “Grupami Oporu” związałem się po akcji w Ursusie w związku z obchodami rocznicy czerwca 1976 roku. “Grupy Oporu” miały zablokować dojazd ZOMO pod pomnik Czerwca 1976 na czas demonstracji pod pomnikiem. W tunelu “Wiadukt – Ursus Zachodni” miał być rozlany olej i wysypane kolce i w ten sposób miała być zablokowana jedyna droga prowadząca pod pomnik.
Ja, na polecenie Jurka Szlubowkiego miałem ostrzegać “cywilnych” kierowców przed niebezpieczeństwem. Po tej akcji zaproponowano mi spotkanie z Wojtkiem Fabińskim “Januszem” i zacząłem z nim współpracować.

“Janusz” zaproponował mi wstąpienie do “Grup Oporu” i odbiór, przechowywanie oraz rozprowadzanie sprzętu przemycanego z zachodu. Ponieważ miałem spore jak na warunki podziemia możliwości transportowe – własne (miałem Żuka i ciężarówkę Jelcza) jak i kolegów z Ursusa zgodziłem się. Trudno było by mi było pojąć tą decyzję bez pomocy Lucyny Kalinowskiej. Lucyna wzięła na siebie koszty ewentualnej wpadki samochodów jak i mojej. Zobowiązała się do pokrycia kosztów tych samochodów jak również zapewnienia środków do życia dla mojej rodziny w przypadku aresztowania. (mąż Lucyny pracował w USA i Lucyna mogła uruchomić w razie konieczności niezbędne środki).
Z tego co wiem przeszedł już jakiś transport, ale spora jego część przepadła na różnych przypadkowych magazynach. Ratowałem jakieś resztki.
Pierwszy cały transport odbierałem jesienią 1982 roku. Przygotowałem magazyn u Feliksa Dąbrowskiego we wsi Zaręby i w tej okolicy odebraliśmy transport. Było nas trzech “Janusz”, ja i Marek Parol. Ja i “Janusz” rozładowywaliśmy samochód, Marek obstawiał nas z zewnątrz na swoim motocyklu Jawa. Kierowcą ciężarówki był Sven.
Od samego początku obierałem transporty w lesie, nigdy nie rozładowywałem ich w kościołach.
Następny transport odebrałem zimą 1982 – 83 w okolicach Magdalenki i też schowałem go u Dąbrowskiego.
Dwa następne transporty wyładowałem z drugiej strony Warszawy – gdzieś nad Świdrem na przełomie zimy i wiosny 82/83 i zmagazynowałem u Marka Parola w Magdalence i w garażu moich rodziców w Ursusie. Rozładowywałem je tylko z “Januszem”. Było paskudnie, transport musiał krążyć około tygodnia po Polsce, a na miejscach rozładunku zjawiała się ciągle, jak nam się wydawało ta sama taksówka. Na parkingu, gdzieś w okolicach Otwocka podeszłem do taksówkarza i poprosiłem, aby się wyniósł, ponieważ mamy tutaj nasze sprawy. Przeprosił i odjechał.

Janusza Ramotowskiego “Przema” poznałem na przełomie 82/83 roku, a może na wiosnę 1983 roku. Pamiętam że pierwsze spotkanie odbyło się na dworcu Śródmieście. Razem z nim odbierałem kolejny transport w lasach w okolicach Magdalenki i zabezpieczyłem go w Magdalence u Parola.
Nastąpiło włamanie i straciliśmy jakieś materiały.
Transport przerzuciliśmy z “Przemem” do Wincetego Bukowskiego do Milanówka. Lokal zorganizował “Przem”. Ponieważ lokal – gospodarstwo rolne był położony niedaleko cmentarza, po sprzęt przyjeżdżałem “Żukiem” na platformie którego woziłem wieńce. Na przełomie sierpnia i września 83 roku wyładowałem tam jeszcze jeden transport.
Pamiętam jakiś paskudny transport na jesieni 1983 odebrany i gdzieś w okolicy Michalina i gdzieś tam magazynowany. W trybie alarmowym przerzucaliśmy go Ewy i Krzyśka Kuranów w Aleksandrowie koło Falenicy.

Pamiętam, że Ewa i Krzysiek obładowni sprzętem dopytywali się “Przema” kiedy opróżni magazyn i to ja miałem ich zapewniać, że nastąpi to już niedługo.
Był jeszcze jakiś transport, który zabezpieczyłem częściowo w garażu rodziców w Ursusie.
Zimą 1982/83 próbowałem odebrać jakiś transport na cmentarzu, ale były jakieś kłopoty z kłódką, do której miałem mieć klucze i nic z tego nie wyszło, odebrałem gdzie indziej, niestety nie pamiętam gdzie.

Adresy lokali wrzutowych dostawałem początkowo od “Janusza” a później od “Przema”
Z ciekawszych miejsc gdzie woziłem towar pamiętam “Kuźnię Napoleońską” w Paprotni i do klasztor w Ołtarzewie gdzie kontaktowałem się z księdzem Najdolskim.
Wspomagałem, poza oficjalnym rozdzielnikiem moich przyjaciół z “Głosu Ursusa”.

Uczestniczyłem też w akcjach ulotkowych “Grup Oporu”. Pamiętam akcję w Ursusie i Pruszkowie, kiedy to na kilka godzin przed wmurowaniem płyty na murach Starówki sypaliśmy ulotki zawiadamiające mieszkańców o tym wydarzeniu. Było nas dwóch: Marek Parol i ja. Osobno sypał Jan Otkałło.

Sypaliśmy na rogu Marszałkowkiej i Świętokrzyskiej, a naszym stałym rejonem był odcinek na Alei Krakowskiej od Banacha do kina Ochota. Ludzi – kilka osób dostarczył Marek Parol.
Pamiętam złe doświadczenia z wyrzutnikami – używałem dwóch typów sprężynowe i pirotechniczne – dostarczane były przez “Janusza”. Często musiałem je rozbrajać i sypać z ręki.
Akcje ulotkowe prowadziła również moja mama Janina Sawicka, pracowała w SGPiS i z górnego piętra holu sypała ulotki z ręki.

W moim otoczeniu doszło również do kilku wpadek.
W czasie akcji ulotkowej związanej z płytą na Starówce wpadł Jan Otkałło – sypał sam na osiedlu “Niedźwiadek” i informacja o jego wpadce dotarła do mnie z opóźnieniem.

Na manifestację 31 sierpnia 1983 roku zmobilizowałem grupę około 22 – 25 osób w tym pięć kobiet. Większość pochodziła z Pruszkowa i okolic. Było też czterech ludzi z Otwocka ćwiczących karate i młody lekarz, który nam towarzyszył z apteczką pierwszej pomocy. Zbieraliśmy się w kościele św. Barbary na Emilii Plater. W pobliżu mieliśmy lokal kontaktowy u pani Gmurkowskiej wdowy po pułkowniku L.W.P. W grupie byli Lucyna Kalinowska, Roman Romaszko Marek Parol i Ryszard Borkowski. Nawaliła dostawa butelek samozapalających i wspólnie z Markiem Parolem odbieraliśmy je osobiście z mieszkania Grubego Piotra na Gdańskiej. Były to dwie torby butelek i towarzyszące im opaski chemiczne, jakieś petardy i gaz używany przez SB. Mimo rewizji na mieście udało się taksówkami przewieść cały ładunek do św. Barbary. Początkowo nie używaliśmy tych środków, pod koniec demonstracji grupa nasza stopniała do około 13 osób. Siedząc w ławce w kościele kleiłem opaski na butelkach i rozdawałem je kobietom, które przekazywały je dalej. Niestety w kościele był tajniak. Rozpoznałem go i chciałem zatrzymać, ale uciekł przez płot otaczający kościół. Wybiegłem wspólnie z Parolem i jednym z karateków, aby zorientować się gdzie szybko można użyć butelek i oczyścić kościół. Wracałem po 15 minutach, ale pod kościołem była już SB chwytająca moich ludzi. Widziałem wynoszonego przez trzech tajniaków Ryszarda Borkowskiego, w trójkę próbowaliśmy go obić, ale funcjonariuszy SB było dużo, wdaliśmy się w bójkę bez rezultatów. Bilans strat był spory. Zabrano Ryszarda Borkowskiego i czterech ludzi z Pruszkowa. Udało się uciec Romaszce, który zgubił kurtkę (udało mi się ją odnaleźć) i Lucynie Kalinowskiej, która, choć podrapana wyrwała się z rąk SB.

W mieszkaniu Lucyny Kalinowskiej urządzono rewizję, znaleziono bibułę i mój rewolwer gazowy. Zatrzymano Lucynę, Krystynę Kalitkę i Marylę Kowalczyk.
Basia Fabisiak nocowała u siebie Marylę Kowalczyk i Jurka Szlubowskiego. Wpadła bezpieka, zdemolowała mieszkanie (zrywano boazerie i wyrywano parapety), ale nic nie znaleziono i nikogo nie aresztowano. Bywałem często na tych lokalach i wykorzystywałem je do przechowywania drobnego sprzętu i materiałów.

Wyjechałem do USA w marcu 1984 roku, po pierwszej odmowie wizy interweniował w mojej sprawie Janusz Onyszkiewicz i konsulat wizę wydał. Po czterech latach pobytu w USA w marcu 1988 wróciłem do kraju.

Bogdan Sawicki

Dziś mija 20 lat. Cały dzień myślałam o tym wszystkim, o tobie Piotrze też. O twojej prośbie (oczywiście prośby nie znoszącej sprzeciwu) opisania tego , co pamiętam i jak pamiętam.

Serce rośnie, ze się udało ich obalić ale jest tez trochę smutno… bo to tyle lat temu a wydaje się , że wczoraj, bo byliśmy młodzi, wierzyliśmy święcie w to co robiliśmy. Takie “dorosłe dzieci”, do dziś nie bardzo dojrzali.

Ja pamiętam tamte lata z perspektywy trochę innej niż ty, Piotr.

Zapomniałam raczej to co było smutne, co wtedy myślałam jak mój mąż siedział i co będzie dalej. Zapamiętałam to co było wesołe, kończyło się śmiechem i dużą wódka.

Dziś, gdy opowiadam niektóre historie mojemu 12-sto letniemu synowi, to otwiera gębę ze zdziwienia i słucha tego jak bajki ze szczęśliwym zakończeniem. I nie należy szukać daleko, bo moje córki 29 i 27 lat, które uczestniczyły w tym, pomagały nam nieświadomie, też podchodzą do tych spraw zupełnie inaczej, a może są bardziej dojrzale od nas. Wtedy moja starsza córka Ania, po kolejnych walkach ulicznych na Starówce , zakładała durszlak na głowę i biało-czerwone sandałki na kij od szczotki i wraz ze swoim kuzynem bawili się na balkonie naszego mieszkania na rynku nowego miasta w demonstrację chodząc w kółko i krzycząc ,,Solidarność” itp. A raz nie było czym oddychać bo był upal a Starówka była zagazowana, a im to wcale nie przeszkadzało.

Kiedyś ta gromadka czepiających się moich kolan dzieci (siostrzenica lat 8, siostrzeniec lat 3, moje córki Ania 2 lata i Ewa pół roku) uratowała Janusza od aresztowania. W maju 1982r. robił on zdjęcia tajniakom gromadzącym się na rynku nowego miasta. Został zauważony, oddział zomowców obstawił całą trzypiętrową kamienice a do mieszkania wpadł oficer i czterech mundurowych z bronią gotowa do strzału . Myśleli pewnie, że wykryli kolejne konspiracyjne mieszkanie, gdzie się produkuje prasę albo bóg wie co jeszcze. Stanęli zdezorientowani na widok czwórki dzieci i sparaliżowanej mojej matki. Wtedy mój siostrzeniec podszedł do zomowca i poprosił o pokazanie mu karabinu. Temu wyrostkowi w hełmie tak się głupio zrobiło, że schowali broń i wyszli. Dzięki temu nie rewidowali mieszkania jedynie wzięli Janusza. Ja po ich wyjściu zabrałam się za palenie ulotek i prasy, w mieszkaniu było czarno od dymu i na to wszedł ten oficer z zapytaniem, czy nie zostawił u nas rękawiczek, po czym wycofał się szybciutko. I ten sam milicjant puścił Janusz wolno z pod komendy na wilczej.

Albo jak Tomek z Januszem (właściwie tylko Tomek, bo Janusz leżał nieprzytomny ze zmęczenia) przekopali ogródek działkowy pewnej pani przy Dworcu Gdańskim, gdy uciekali 3 maja przed oddziałem zomowców.

Chłopaki Jędrek, Piotrek, Wiesiek, Kazik, Tomek, Janusz byli zawsze, inni przychodzili i odchodzili. Normalna kolej rzeczy.

Wspaniały Wiesiek Piątkowski we wspanialej Warszawiance, którą wiózł nas na sylwestra do Kazików (oczywiście mocno spóźniony jak zawsze) i z którym piliśmy toast na Moście Poniatowskiego śpiewając mury i “szeptem mówię mała patrz , cywilizowany świat”.

Po wyjściu na wolność, Janusz pracował w Piławie, gdzie poznał sympatyków solidarności, którzy za przysłowiową flaszkę (wtedy bez tego towaru nic nie można było załatwić) wynieśli z komitetu PZPR nowy powielacz, który przewieziony przez taksówkę Wiesia służył wiele lat grupom oporu (to ten sam powielacz , który podobno przyjechał ze Szwecji – patrz Wikipedia. Z tego widać jak silne jest słowo słyszane i co z tego można zrobić).

Pewnego podczas mszy za ojczyznę w kościele na Żoliborzu grupa stawiała wraz ze skoczkami gadałę. Gadała została zabezpieczona przed niepowołanymi osobami alarmem, który uruchamiał petard z gazem łzawiącym. Gadałę ustawiono na strychu jednego z domu przy placu. I na cale swoje nieszczęście z tego właśnie strychu chciała skorzystać jakaś zakochana para i uruchomili alarm, petard odpaliła i para wyszła przerażona lekko zagazowana.

Któregoś dnia, a było to na wiosnę, nie pamiętam czy 84 roku, ok. 6.00 wiozłam kilka tysięcy ulotek do pani Basi na Marysin Wawerski. Leżały na tylnym siedzeniu i pod, przykryte kocem. Na trasie Łazienkowskiej zatrzymał mnie patrol MO. Myślę sobie koniec, to juz po mnie. Koc spadł, zdążyłam go zarzucić na paczki. Wysiadałam dałam dokumenty. Miły pan obszedł samochód i oświadczył, że jedno światło mi wysiadło i pali się tylko postojowe. Ja robiąc minę słodkiej idiotki poprosiłam o pomoc, no cóż pomógł mi, coś tam wyczyścił i światła zapaliły się normalne. Nie wierzę, że nie widział tych ulotek opakowanych byle jak. Ale jak tu nie wierzyć w milicjanta dżentelmena. Przez 2 godziny miałam nogi miękkie i wypaliłam chmarę papierosów.

Pamiętam pełne szczęścia toasty za zdrowie nieżyjących już Brezniewa, Andropowa, Czernienki wygłaszane w długich kolejkach do sklepów monopolowych.

Dzięki Kaziu za sklep monopolowy i benzynę.

Mocne ucałowania dla Ani Piątkowskiej, która wpadała na krótką chwilkę o godz. 22, a wychodziła o 4 nad ranem. Kochaliśmy ja za to.

Dzięki za to, że nie wstydzę się patrzeć codziennie rano w lustro.

Elżbieta Pachniak

Moje PRL-owskie dzieciństwo.

Urodziłem się w 1965 roku w dniu powołania Józefa Cyrankiewicza na premiera PRL. Gdzieś daleko w wolnym świecie Beatlesi nagrywają “Help” i “Yesterday”, a Mick Jagger tworzy “Satisfaction”. Dorastam w jakże złudnym przekonaniu, że jestem wnukiem Józefa Piłsudskiego :))). W domu stoją figurki “dziadka” (jak pieszczotliwie mawiano na Marszałka) więc skojarzenie jest proste. Potem okazuje się, że to nie Komendant, a Zygmunt Górski ps. “Gryz” moim dziadkiem jest. Dopiero po latach archiwa wojskowe i obozowe odsłonią mi historię jego życia – w wieku 8 lat dziadek został wyrzucony z carskiej szkoły za udział w strajkach szkolnych w 1905 roku. Tworzył radomskie struktury PPS, NZR, POW, by w końcu wstąpić do Legionów. Jako nastolatek kolportował i drukował prasę konspiracyjną, malował hasła na murach, gromadził broń zdobytą od Rosjan, rozbrajał Austriaków w Radomiu i Niemców w Warszawie. W styczniu 1941 r. został aresztowany przez Gestapo. Pełni wówczas funkcję Szefa Grupy Bojowej Radomskiego Okręgu ZWZ “Jodła”. Po brutalnym śledztwie trafił do KL Auschwitz, gdzie został rozstrzelany na słynnym “Żwirowisku” niespełna dwa miesiące później. Chciałbym wierzyć, że jego geny w jakimś stopniu wpłynęły na mój przyszły światopogląd.


Ja, w przeciwieństwie do mojego dziadka, dzieciństwo mam beztroskie. Moje pierwsze przygody na warszawskiej Pradze i pierwsza wielka miłość, Lolek i Bolek, Bonanza, Reksio, Kobra, Zorro i Niewidzialna Ręka. Jedyny problem to wieczny lęk przed czarną Wołgą z zakonnicami łaknącymi młodej polskiej krwi dla chorych na białaczkę dzieci w NRD. To była pierwsza i najstraszniejsza “urban legend” w moim życiu. Wszystkie podwórka pustoszały, gdy pojawiała się czarna Wołga! Później dowiedziałem się że Wołga to ulubiony samochód nie zakonnic a UB. Gdzieś w piątej klasie podstawówki pojawiło się zainteresowanie XX-wieczną historią Polski oraz fascynacja lotnictwem. Potem jednak zaczął psuć się sielankowy obraz świata – może wraz z wprowadzeniem pierwszych kartek na cukier w połowie lat ’70. Pamiętam jak ojciec w wielkiej tajemnicy opowiadał mi o Katyniu, Poznaniu’56 czy Wybrzeżu’70 ostrzegając zarazem, że prawda to niebezpieczna. Wyraźnie wspomnienie z wakacji na podradomskiej wsi ’76 to dziecięce plotki o stojących na bocznicy wagonach pełnych rosyjskich żołnierzy. Uzbrojeni po zęby czekali na znak do interwencji w pobliskim Radomiu. Opowieść ojca o spalonym KW Partii w Radomiu i traktorze ciągnącym dywan z transparentem “Chcemy chleba nie dywanów”. Pierwsze podziemne wydawnictwo jakie zapamiętałem w domu nosiło chyba tytuł- “Na indeksie GUKPPiW”, wydana pod koniec lat 70-tych czarna lista PRL-owskiej cenzury. Jak przez mgłę słyszę jeszcze jak starszy kolega objaśnia mi znaczenie napisów KOR i KPN wymalowanych na murach pod koniec lat siedemdziesiątych. Jeszcze teraz odczuwam radość tego poranka gdy z kilkugodzinnym opóźnieniem dowiedziałem się że my Polacy “mamy Papieża”. Czy ktokolwiek w tamtym rozdyskutowanym porannym autobusie mógł przypuszczać, co to będzie oznaczało dla Polski i Świata. Docierają pierwsze wieści o sowieckiej okupacji Afganistanu. Moim wieczorom spędzanym w domu nieustannie towarzyszą ciche trzaski i zachrypnięty głos Radia “Wolna Europa”. Z tego jednostajnego i niezrozumiałego dla dziecka szumu z czasem wydobywają się pojedyncze słowa, zdania, komunikaty, a w końcu obraz PRL i komunizmu. Moja ciotka Zofia Romanowiczowa (z domu Górska) jest znaną pisarką emigracyjną. Na paryskiej wyspie Św. Ludwika, wraz z mężem Kazimierzem prowadzi Księgarnie Polską, Wydawnictwo “Libella” oraz Galerię “Lambert”, tworząc jeden z ważniejszych ośrodków emigracji polskiej na obczyźnie po II wojnie światowej. W 7 i 8 klasie podstawówki walczymy o każde słowo ze skomuszałymi nauczycielami historii. Dostają apopleksji, gdy pod byle pretekstem próbowaliśmy zakłócać lekcję poruszaniem tematyki roku 20-tego, Legionów Piłsudskiego czy Katynia.

Jest jeszcze jedno wydarzenie, które z pewnością kształtuje moją przyszłość. Była to niewinna w gruncie rzeczy przygoda z MO w 77 może 78 roku. W trakcie przejścia z kolegami przez Trasę Łazienkowską w niedozwolonym miejscu, wymachujemy w stronę “suki” floretem Jacka Czarneckiego “Czarnego” (trenował szermierkę) coś tam wykrzykując. Milicjanci ochoczo przyłączyli się do zabawy i w chwilę później ścigają nas po całym Grochowie swoją śliczną milicyjną suką. Poczułem po raz pierwszy ten dreszczyk emocji i… i nie dałem się złapać. Zapewne od tego sztubackiego wybryku zaczęło się nasze kumplowanie z “Czarnym”.

W wieku 15 lat byłem już przygotowany emocjonalnie do nadejścia polskiego “Sierpnia”. Przychodzi rok ’80. Najpierw docierają informacje o strajkach na Lubelszczyźnie, chwilę potem stoi Gdańsk, Szczecin, Jastrzębie, wreszcie strajkuje cała Polska. Od września 1980 roku uczę się w Technikum Lotniczym. Na lekcje dojeżdżam autobusami obklejonymi plakatami o pogotowiu strajkowym. Odbywam praktyki w Warszawskich Zakładach Mechanicznych i Państwowych Zakładach Lotniczych – widzę rodzącą się Solidarność. Pamiętam wzruszające uroczystości z okazji 11 listopada w Katedrze. Chyba wtedy powstała tzw. Dolinka Katyńska, symboliczne miejsce na Cmentarzu Powązkowskim, skąd “nieznani sprawcy” ciągle kradli powstające tam tablice i plakaty. Atmosfera staję się coraz bardziej napięta. Pobicie Rulewskiego w Bydgoszczy, pacyfikacja Wyższej Szkoły Pożarnictwa na Żoliborzu i przygotowania do organizacji “Marszu Gwiaździstego” w Warszawie. Warszawa huczy od plotek o planowanym wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Moja siostra Agnieszka Górska (obecnie Dzikowska), studiuje na I roku Biologii na Uniwersytecie Warszawskim. Zazdroszczę jej tej dorosłości, możliwości wstąpienia do NZS, a przede wszystkim udziału w strajkach studenckich. Strajki na UW kończą się na kilka dni przed wprowadzeniem Stanu Wojennego.

Stan wojenny

W nocy z 12 na 13 grudnia coś dziwnego dzieje się na naszym podwórku. W środku nocy pod sąsiedni tzw. “blok wojskowy”, zjeżdżają się ciężarówki wojskowe i samochody osobowe. Nic jeszcze nie podejrzewamy i idziemy spać. Stan wojenny odkrywamy sennie i powoli, jak nieświadoma tragedii ta część społeczeństwa, której nie dotknęły nocne aresztowania. Powielam schemat wielu polskich przebudzeń w dniu 13 grudnia 1981. Godzina 10.00: głucha cisza zamiast ulubionej audycji satyrycznej “60 minut na godzinę”; milczenie telefonu, kasza w telewizorze, choć powinien kończyć się właśnie Teleranek… i wreszcie Jaruzelski ze swoim “przemówieniem do narodu”. Nie wierzymy własnym uszom:

Stan Wojenny!
Godzina milicyjna!
Zakaz zgromadzeń!
Zakaz fotografowania!

Wszystko to brzmi tak nierzeczywiście, tak okupacyjnie. Cicho gra Radio “Wolna Europa” – analizujemy każde słowo. Wieczorem robię pierwszą nielegalną rzecz w moim życiu. Z dużej gumy wycinam dwukolorowy stempel i drukuję pierwsze w życiu ulotki o wysublimowanej treści “WRON Won”. Okrutnie dumny jestem z tego hasła, do momentu gdy się okazało, że wielu na nie wpadło.

Działam w konspiracji przed mamą, która woli, bym nie zaczynał tak szybko dorosłego życia Swoją droga sama zachęca mnie do czytania bibuły – dziś myślę, że widziała dużo więcej niż mi się wtedy zdawało. Czasem tylko miała pretensje (zwłaszcza po moich zatrzymaniach), że znów jej o czymś nie powiedziałem. W tym czasie mój ojciec pracuje na kontrakcie w Algierii pozostawiony sam na sam z troskami o los rodziny, bez wieści od nas. Noszę przy sobie list do mojej cioci we Francji, w którym chcemy poinformować rodzinę, zwłaszcza ojca, że u nas wszystko ok. List ten miał zostać przekazany pierwszemu napotkanemu obcokrajowcowi z prośbą o wysłanie za granicę. Następnego dnia urywam się spod opieki mamy i pędzę do “Czarnego” pochwalić się moimi ulotkami. Mamy przymusowe ferie, wieczorem siedzimy w domu przymuszeni godziną milicyjną. Rozkładam w pokoju dziesiątki postemplowanych kartek formatu A3, które po wyschnięciu tnę na pojedyncze ulotki. Gotowe rozklejam i rozrzucam na Grochowie. Z uwagi na pracochłonne cięcie dużych arkuszy papieru, masowo ogołacamy sklepy spożywcze z papierowej taśmy w rolkach, służącej do drukowania paragonów. Wydrukowane w ten sposób ulotki, cięło się dużo szybciej. Następną innowacją był druk ulotek na szarej taśmie pocztowej, która z jednej strony pokryta była cuchnącym, ale mocno trzymającym na gładkich powierzchniach, klejem kostnym. Dzięki temu na akcje zamiast kleju brało się mokrą gąbkę. To moja pierwsza nielegalna drukarnia i moje pierwsze ulotkowania – mam 15 lat.

Dziś ulotki wyglądają całkiem niewinnie, jak dzisiejsze wlepki. Każde dziecko przygotuje takie coś w 5 minut na komputerze i “rzuci” na laserową drukarkę. Jednak to jest początek lat 80-tych! Za posiadanie powielacza idzie się do więzienia, a posiadacze maszyn do pisania wzbudzają zainteresowanie władz. Praktycznie wszystkie rzeczy, potrzebne w drukarni tj. maszyny, papier, farby, folie samoprzylepne są albo nieosiągalne lub reglamentowane pod nadzorem. Komputer, podłączony do telewizora, pełniącego rolę monitora, kojarzy się jedynie z grami Atari i joystickiem. Tak więc w tych czasach gdy drukowanie czegokolwiek oznacza konieczność udania się do usługowego punktu ksero, najlepiej z dowodem osobistym w zębach – uzyskany efekt jest w pełni zadawalający. Jest Stan Wojenny i traktuję tę działalność bardzo poważnie, wiedząc że konsekwencje w przypadku złapania na gorącym uczynku z pewnością będą całkowicie “dorosłe”. Dziś, te cudem zachowane skrawki papieru mają dla mnie zdecydowanie większą wartość, niż profesjonalne ulotki “tłuczone” parę lat później w kilkudziesięciotysięcznych nakładach na powielaczu.

W poniedziałek 14 grudnia wpadamy z “Czarnym” do jego szkoły, gdzie jego nauczyciel Przysposobienia Obronnego pozwala nam się zapoznać z przekrojowym modelem Kałasznikowa. Już nie pamiętam o czym sobie myślałem poznając zasadę działania AK-47, z pewnością o niczym grzecznym. Po wyjściu ze szkoły, kotwiczymy na kilka godzin w kilkusetosobowej kolejce po chleb. Na półkach sklepowych jest już jedynie tylko ocet spirytusowy. Podobno jajko na bazarze kosztuje juz 1000 zł (oficjalna cena cukru to 10,50zł… i tak go nie było).

W odpowiedzi na ogłoszony “zakaz fotografowania” wyciągam z szafy kieszonkową Smienę i, półprofesjonalnego w owych czasach, Zenitha. Pierwsze dni stanu wojennego spędzamy z “Czarnym” fotografowaniem wszystkiego co “wojenne”.

Do dziś pamiętam jak uciekamy przed milicją przez zaśnieżony Park Ujazdowski. Krzyczę “tu gdzieś jest jeziorko” – chwilę potem pęka pod nami niewidoczny lód powodując przyśpieszając bicie serca. Przez znajomą z czasów podstawówki dziurę w ogrodzeniu wybiegamy na ul. Jazdów -tym razem jeszcze się udaje…

16 grudnia 1981 ZOMO pacyfikuje KWK “Wujek”, lękliwie pojawiają się pierwsze w świece w oknach. Ustalamy rodzinne hasło mówiące o wpadce – jest to imię Eryk użyte w dowolnym kontekście. Należało do znajomego mamy, który za kolaborację z komuną stał się “persona non grata”. I w ten sposób Eryk XYZ zostaje skazany na zapomnienie, zaś jego imię właściwie spożytkowane. Po raz pierwszy zostałem zatrzymany 17 grudnia 1981 w trakcie wyprawy na kolejne “bezkrwawe łowy”. Dotarliśmy z “Czarnym” w okolice słynnego kina “Moskwa”. Obrazek utrwalony przez Chrisa Niedenthala – SKOT z Moskwą i “Czasem Apokalipsy” w tle, jako symbol Stanu Wojennego obiegnie cały świat. Kto wie może i nam udało się wtedy zrobić podobne – niestety nie przetrwała ani jedna klisza z tamtych dni. Jakiś “czerwony” emeryt krzyczy na nas, że niewolono fotografować, że stan wojenny… Wskakujemy do tramwaju, za oknem gratka, SKOT z wieżyczką, koksownik i wojskowy posterunek. Otwieram okno w tramwaju i na bezczelnego robię zdjęcia. Moja lekkomyślność wepchnie nas po chwili w łapy wojska i milicji. Któż mógł przypuszczać, że zatrzymają ruch na całej Puławskiej i będą po kolei rewidować wszystkie tramwaje, których zjechało się już całe mnóstwo. Żołnierze wyciągają mnie z tramwaju, a “Czarny” niczym piastunka ujawnia się mówiąc, że jesteśmy razem. Jestem na niego zły – mogłem przecież usiąść sam, a tak liczba” jeńców” wzrasta niepotrzebnie. Lądujemy na komendzie na Malczewskiego. Przydaje się wcześniej uzgodniona wersję zeznań: jesteśmy modelarzami – zdjęcia nam są niezbędne do budowy modeli pojazdów pancernych. W trakcie przesłuchania straszony jestem nieuchronnym więzieniem i różnymi takimi. Znaleziony przy mnie list do rodziny za granicą ląduje w koszu – do dziś nie wiem czy była to szykana “słuchającego” mnie milicjanta, czy też próba ukrycia obciążającego mnie w jakiś niezrozumiały sposób dowodu. W domu nic nie wiedzą. Wieczorne walenie do drzwi – koleżanka mojej siostry żartuje mówiąc do mamy – To po Panią! – ma jednak rację, przyszli po mamę w sprawie syna. Podwieziona “suką” na komendę na Malczewskiego zastaje mnie w pokoju z kapitanem, który ogląda w telewizji odcinek serialu dla młodzieży “Gniewko, syn rybaka”. Po wysłuchaniu pogawędki o “latających kulkach na ulicach mogących trafić synka w głowę” zobowiązuje się pilnować mnie, bym był grzeczny. “Czarny” uznany za prowodyra zostaje na “dołku” i wychodzi chyba dopiero następnego dnia.

Pojawia się pierwsza bibuła w pełnym tego słowa znaczeniu, kolejny powrót rosyjskiego самизата. Otrzymany w zaufaniu tekst, przepisujemy na maszynie w 5-7 kopiach na cieniutkich bibułkach (tzw. przebitka), i puszczamy dalej w obieg. Jest to sposób na obejście stalinowskiej cenzury stosowany przez rosyjskich dysydentów już w Rosji lat 50-tych ubiegłego wieku. W samizdacie ukazywały się utwory Sołżenicyna, Bukowskiego czy Pasternaka i w końcu prasa niezależna. O ile dobrze pamiętam, na początku stycznia ’82 pojawiają się pierwsze podziemne gazety – Tygodnik “Mazowsze” i “Tygodnik Wojenny”. Wydane na powielaczu wlewają w nasze serce nadzieję… “jeszcze Polska nie zginęła”!

Mimo pierwszego niepowodzenia nie zaprzestaję fotografowania. Tym razem idę sam, jako że “Czarny”, leży powalony anginą po nocy spędzonej w areszcie po ostatnim zatrzymaniu. Ubrany w wojskową kurtkę z podpinka tzw. “bechatkę”, mam pod nią wystarczająco dużo miejsca na schowanie aparatu fotograficznego. Przez szparę miedzy guzikami wystawiam obiektyw, do kieszeni przeciągam wężyk fotograficzny. Wyruszam na miasto – siedziba Regionu “Mazowsze” na Mazowieckiej, Huta, Uniwersytet, czołgi, transportery, wojsko przy koksownikach. Rozzuchwalony skutecznością mojego maskowania robię zomowcom i wojskowym zdjęcia z paru metrów. W końcu docieram na wojskowe rogatki na Trakcie Lubelskim. Tu szczęście mnie opuszcza – fotografowany żołnierz, przeładowaniem Kałasznikowa i gestem daje mi do zrozumienia, że zostałem zdemaskowany. Jest 30 grudnia, po aresztowaniu ląduję na milicyjnej Izbie Dziecka, gdzie spędzam noc wśród małoletnich złodziei, prostytutek i uciekinierów z domu. W tym szemranym towarzystwie są też niewinne dzieci, które po prostu zgubiły się i czekają na rodziców. Do dziś pamiętam przerażoną małą, śliczną dziewczynkę, której rodzice zostali aresztowani. Muszę rozebrać się do naga przy milicjancie, a następnie czekać tak, aż dostanę do ubrania szare drelichy. Tak wyglądało wychowanie młodzieży i resocjalizacja a la PRL. Zakratowane okna, zamknięte sale, permanentny nadzór i spacerniak ogrodzony drutem kolczastym -jednym słowem więzienie dla dzieci. Na Sylwestra udaje mi się jednak wrócić do domu, ponownie odebrany przez moją dzielną mamę. Tracę wtedy chyba drugi aparat fotograficzny, pierwszy zarekwirowano mi 17 grudnia. Tym razem dostaję wyrok w sądzie dla nieletnich -trafiam pod nadzór kuratora i zostaje uprzedzony, że przy następnym “wybryku” dotychczasowe przewinienia dopisze mi się do wyroku. Starszy o dwa lata “Czarny”, musi się tłumaczyć w sądzie, że nie był chory, nie wiedział o mojej wyprawie i nie jest prowodyrem.

“Czarny” od swojego kolegi z czasów Międzyszkolnego Komitetu Odnowy, Skolewicza, dostaje pierwsze profesjonalne ulotki – przedstawiają owłosione męskie narządy płciowe w czarnych okularach z podpisem “PRON-CIE wzywa”. Najpierw je rozrzucamy, potem widząc jak wiele się marnuje wdeptanych w błoto, zaczynamy je kleić gdzie popadnie. Potem dowiadujemy się, że Skolewicz został aresztowany, za oblanie pomnika Feliksa Dzierżyńskiego walerianą, co ściągnęło koty z całej okolicy, które zbezcześciły pamięć “wielkiego” Polaka. Tracimy dojście do ulotek. Kolejnym aktem nieposłuszeństwa jest malowanie haseł niepodległościowych i solidarnościowych na murach. Jedna z pierwszych robót na mieście. Idziemy z “Czarnym” na Nowy Świat. Jest ciemno, za chwile godzina milicyjną, ulica pustoszeje. Mamy tak wielkie problemy z zgęstniałą na mrozie farbą, że jeden z nas musi trzymać puszkę, drugi zaś maluje pędzlem twardym jak kołek. Strasznie długo nam się to schodzi, tymczasem po drugiej ludzie ulicy w oknie pojawiają jacyś ludzie z silną lampą, zupełnie jakby chcieli nam oświetlić ścianę. Mam wrażenie, że to właśnie wtedy miał miejsce nieudany eksperyment z farbą zmieszaną ze szkłem wodnym, która miała być trudna do zamalowania. Jej recepturę wzięliśmy z którejś, wspomnianej wyżej, książek o AK. W okresie tym, zapadam na chorobę czerwonych raje i brudnego ubrania będących następstwem wycieczek z otwartą puszką farby i pędzlem. Choroba to powszechna wśród znajomych i nie było na nią skutecznego lekarstwa, poza trudnym do zdobycia lakierem w spray’u. Był on jednak dostępny tylko w komisach i do tanich nie należał. Kiedy go już jednak zdobyliśmy pojawiła się nowa technika malowania, jaką były szablony. Szablon ze starannie wyciętym napisem (np. logo Solidarności) przykładało się do ściany i malowało sprayem. Tym razem czerwone były już tylko paznokcie. Niestety mokry od farby szablon sprawiał pewne problemy w noszeniu przy sobie. Dlatego technikę tę, dość szybko zarzuciliśmy. Najgorsze było to że napisy te były łatwousuwalne, a po zamalowaniu nie zwracały już niczyjej uwagi. Zupełnie inaczej było z dużymi napisami na murach. Zamalowanie hasła politycznego należało do obowiązków administratora budynku lub dozorcy. Osoby te bardzo szybko zorientowały się, że władzy wystarczy sam fakt przerobienia liter, tak by stały się nieczytelne. W ten sposób rozwinął się nowy rodzaj sztuki ulicznej tzw. “bałwanki”. Skąd ta nazwa? Otóż, pierwszą literą większości napisów, ze zrozumiałych względów była “S” – występowała bowiem w dwóch ważnych słowach: “Strajk” i “Solidarność”. Była to także litera największa, po pierwsze pierwsza, po drugie stres malujących nielegalne hasła był często na tyle silny, że litery, na początku wielkie i okazałe, w trakcie pisanie miały naturalną tendencję do zmniejszania się. No i właśnie tę literę “S” “zamalowacze” zawsze zamieniali na cyfrę 8, a stąd do sylwetki “bałwanka” już był tylko krok – kapeusz, miotełka i trzecia główka były częstymi atrybutami “baławanków”. Dzięki temu obie strony były zadowolone. “Zamalowacze” oszczędzali sumienie, wysiłek i farbę, a my z radością patrzyliśmy jak polskie miasta pokrywają się “bałwankami” – niezbitym dowodem oporu stawianego komunistom. A że napis nie był do końca czytelny, cóż i tak wszystko było jasne… Kiedyś nawet cieszyłem się, że mój napis został “zabałwankowany”. Było to w przejściu podziemnym na Placu Na Rozdrożu. Była tam piękna, długa na kilkanaście metrów śnieżnobiała ściana ze sztucznego marmuru – idealne tło pod hasła polityczne. Na samym początku stanu wojennego namalowaliśmy tam wielki napis “Solidarność”. Powstały napis natychmiast zamalowano szerokim pasem szarej farby. Po pewnym czasie władze postanowiły zrobić porządek i oczyściły całą ścianę, wzmagając ochronę przejścia patrolem milicji. Jestem prawie pewien, ze była to pułapka na malarzy. Od tej chwili praktycznie co wieczór, chodziłem tamtędy wieczorem, ze sprayem w kieszeni czekając na okazję kiedy “teren będzie wolny”. Pewnego dnia, tak mnie zaskoczył brak milicjantów, że rozpocząłem pracę nie mając gotowej koncepcji. Walnąłem wielką “SOLIDARNOŚĆ”, patrzę a tu zostało jeszcze kupę wolnego miejsca, dopisałem “ŻYJE”, lepiej, ale wciąż mało… niewiele myśląc skończyłem słowami “A TY?” i szczęśliwy poleciałem do domu. Następnego dnia wszyscy znajomi się ze mnie wyśmiewali! Cóż, biorąc pod uwagę logikę i sens wypowiedzi nie wyszło mi to najlepiej. Na szczęście mój wstyd szybko skrył się pod “bałwankami”. Tak było juz znacznie lepiej. Tym razem te naprawdę spore “bałwanki” przetrwały kilka lat – odwiedzałem je regularnie.

Ponieważ jestem pod nadzorem kuratora, mama stwierdza, że na manifestacje 1-go maja 1982 pójdę w… jej asyście. Pierwszy raz mam wtedy okazję zapłakać po zetknięciu z gazami łzawiącymi. Z okolic Freta próbujemy się przedostać pod Katedrę – bezskutecznie. Zaczyna się prawdziwa walka – barykady, kamienie, pałowanie, gaz i armatki wodne. Po łapance urządzonej na manifestantów przez ZOMO uciekamy na Plac Krasińskich. Od znajomych przez okno dowiadujemy się, że telefony, które komuna włączyła łaskawie kilka dni wcześniej, milkną ponownie. Dwa dni później jest manifestacja na Placu Zamkowym z okazji Konstytucji 3 Maja. Po próbie dojścia pod Plac Zamkowy, ewakuujemy się z mamą do znajomych na Bednarską i tam pozornie bezpieczni z pierwszego piętra obserwujemy milicyjne polowanie na ludzi. Chwilę później nie wierzę własnym oczom -milicjant stojący w wyłazie milicyjnej Nysy, jakby w zwolnionym tempie celuje we mnie i… strzela do mnie z miotacza gazu. Wystrzelony ładunek rozbija się na ościeżnicy okna kilka centymetrów od mojej głowy. Wtedy zrozumiałem, że ZOMO, stosując zasadę zbiorowej odpowiedzialności, strzelało do wszystkiego co się ruszało, nawet małolatów wyglądających przez okno. Potem dowiadujemy się, że ZOMO-wcy dla animuszu dostają przed akcją narkotyki. Po następnej manifestacji -było to chyba 11 listopada 1982, ląduję na błoniach pod Skarpą Warszawską, gdzie konnica z ZOMO, uzbrojona w szturmowe pałki rozpoczyna polowanie na ludzi. Razem z tłumem biegnę w stronę jakichś drzwi u podnóża skarpy. Wpadam prosto w zbity ludzki tłum – okazało się, że to niewielkie pomieszczenie, które pęka w szwach od wpadających ciągle nowych uciekinierów, nie ma wyjścia! Jak szprotki w puszce, bojąc się poruszyć, czekamy na aresztowanie. ZOMO-wcy nie zorientowali się jednak co jest w owym “śmietniku” – unikamy zapakowania do “bud” i wywiezienia na “dołek”.

Na porządku dziennym jest manifestowanie obywatelskiego nieposłuszeństwa -świeczki w oknie w rocznicę masakr robotników, bojkot TV. Na naszych ubraniach oraz szyjach wiszą miniaturowe znaczki Solidarności, orły w koronie i wreszcie genialny symbol obywatelskiego nieposłuszeństwa – oporniki. Co jakiś czas dyrektor mojego Technikum Kosiński urządza polowania na osoby noszące znaczki, ustawia nas w szeregu po czym po kolei wszystko nam zrywa – do kosza lecą jak leci – oporniki, Krafwerk, Solidarność, ACDC, orzełki z koroną, Pink Floyd, wymowne CDN, TSA i inne. Skoro juz muzyce mowa to pamiętam jak biegaliśmy na koncerty Perfectu bezkarnie wykrzyczeć i wyśpiewać “chcemy bić ZOMO”. Moja przydomowa drukarnia “gumkowa” cały czas działa. Było to proste i bezpieczne rozwiązanie, pozwalające na druk ulotek natychmiast po przyjściu pomysłu do głowy. Nie było problemy z farba, matrycami i transportem materiałów poligraficznych, a drukować można było na wszystkim, zarówno na przypadkowym papierze w domu, jak i na rozklejonych reżimowych plakatach. Juz po kilku godzinach przygotowań efekt pracy pojawia się na ścianach, autobusach, moich ulubionych windach czy wreszcie w szkołach od własnej budy oczywiście zaczynając.

Kończą się przymusowe ferie i wracam do szkoły. Indoktrynacja nauczycieli na lekcjach pod wymownymi nazwami “Przysposobienie Obronne” oraz “Przysposobienie do życia w rodzinie socjalistycznej”, otwiera nam noże w kieszeniach. Do dziś pamiętam płk Potasińskiego, starego komunistę lejącego na nas antyamerykański i antysolidarnościowy jad – wciąż pamiętam jego opowieści z cyklu “ten nędzny aktor Reagan”. Radosny moment Stanu Wojennego – umiera Leonid Breżniew. Prezent od Opaczności dla Polaków w wigilię Święta Niepodległości. Pamiętam, jak próbują nas w szkole zmuszać do oglądania relacji z pogrzebu. Szybko rezygnują jednak widząc jak wielką radość sprawia nam widok trumny na lawecie. Potem następują krótkie rządy Genseków: Andropowa i Czernienki którzy, umierają po kilkunastu miesiącach rządzenia. Równie szybko odchodzi następca Konstantin. Kończy się pewna epoka. Przy tej okazji przypomina mi się jak namalowałem kiedyś od niechcenia pieczątkę na czystej recepcie lekarskiej, wyglądała mniej więcej tak:

Był to niedokończony pomysł na ulotkę. Któregoś dnia w zamieszaniu, mój kolega myśląc, że to lewa recepta, podprowadził mi moje dzieło, wypełnił i … usprawiedliwił sobie nieobecność. Nikt nie przeczytał pieczątki! Za karę musiał mi później pomóc zrobić skok na dziennik klasowy, by ten niebezpieczny dowód usunąć.

Włączam się wraz z rodziną w akcję kupowania papieru, barwników i pasty BHP (podstawowy składnik farby drukarskiej) na potrzeby nielegalnych drukarni. Brak materiałów poligraficznych, a także obserwacja osób kupujących większe ilości, powodują konieczność rozproszenia zakupów dokonywanych przez podziemie. W tajemniczy sposób wzmaga się powszechny popyt na papier i pastę BHP, również wśród staruszków i dzieci. Kupowane z własnych środków materiały poligraficzne, przekazuje się tym samym kanałem, którym dostało się “bibułę”. Tą sama zbiera się pieniądze na działalność podziemna. Wraz z darami podaje się hasła, które jako potwierdzenie wpłat ukazują się w prasie podziemnej.

Regularnie bierzemy udział w odbywających się w Kościele Stanisława Kostki mszach za Ojczyznę, słuchając kazań ks. Jerzego Popiełuszki. Po jednej z Mszy na Żoliborzu wracamy w grupie kilkunastu osób alejami Ujazdowskimi. Koło Ambasady Amerykańskiej milicjanci w cywilnych samochodach rozpoczynają polowanie na nas. Nie pamiętam juz dziś, kto kogo wtedy sprowokował – oni nas czy na odwrót. Znów jak w 1981 uciekam przez park Ujazdowski, tym razem jednak jest ciepło, jeziorko widać wyraźnie a dziur w płocie ciągle czynna. Na ulicy Jazdów wpada na nas cywilny FIAT z milicjantami w środku. Przychodzi mi wówczas niezbyt mądry pomysł do głowy. Pomimo, iż mamy przewagę ilościową, mówię kolegom by ukryli się w zaroślach, a sam z długowłosym, mogącym uchodzić za dziewczynę Czarkiem Rautszko udajemy parę i wchodzimy na łukowatą kładkę dla pieszych nad Trasą Łazienkowską vis a vis Zamku Książąt Mazowieckich. Milicjanci szybko dopadają nas, przygniatając nas samochodem do barierki. Po chwili wyskakujących milicjantów wraz z drzwiami wpychamy z powrotem do samochodu. Ja zaczynam uciekać po kładce, Czarek wraca galopem z powrotem w stronę zarośli, gdzie skryli się nasi koledzy. Milicjanci natychmiast zaczynają pościg – za mną samochodem, za Czarkiem pieszo. Do dziś pamiętam mój cień, szybko rozszerzający od zbliżających się świateł samochodu. Strach dodaje mi skrzydeł, biję życiowy rekord biegu na 100m i skoku wzwyż. Nie wiem jaki cudem przelatuję nad drutem kolczastym ogrodzenia zamku. Tam już jestem bezpieczny – milicja nie kwapi się wejść na teren budowy bez posiłków. Tymczasem Czarek z goniącym go milicjantem wpada pomiędzy czekających kolegów. Sytuacja odwraca się i tym razem milicjant bije rekordy bieguna 100m.

Powstanie Federacji Młodzieży Walczącej. Współpraca z Grupami Oporu “Solidarni”.

Na początku jest nas kilku: oprócz mnie, Artur Dąbrowski, “Młody” (Cezary Rautszko), “Kornela” (Tomasz Roguski). Niektórzy z moich kolegów działali przed 13 grudnia ’81 w Federacji Młodzieży Szkolnej, Międzyszkolnym Komitecie Odnowy, Wolnym Konwersatorium Uczniowskim czy KIHAM (Krąg Instruktorów Harcerskich im.A.Małkowskiego). Poznajemy się w 1984 roku podczas kolportażu i druku wywodzącego pisma “Bunt” w wydawanie którego zaangażowani byli Artur Dąbrowski i Tomasz Roguski. Po kilku rozmowach dochodzimy do wniosku, że formuła FMS nie pasuje do Polski “Jaruzelskiej” i postanawiamy powołać nową organizację. Formułą naczelną naszej organizacji ma być otwartość na poglądy polityczne, gospodarcze czy społeczne naszych członków, zaś celem nadrzędnym walka o niepodległość i zwalczanie komuny. Modyfikujemy nazwę FMS -u tak, by brzmiała bardziej “bojowo”. I tak w czerwcu 1984 na “polance” na praskim brzegu Wisły powołana zostaje Federacja Młodzieży Walczącej. W skład Komitetu Założycielskiego FMW wchodzą Artur Dąbrowski, Cezary Rautszko, Tomasz Roguski i Jacek Górski. Na “polance” byli z nami również bracia Wojtek i Michał Lewiccy oraz Maciej Brodacki, jednak koledzy ci po kilku dniach pożeglowali każdy w swoją stronę i nie kontynuowali działalności w FMW. “Czarny” miał pecha – był chyba na jakimś obozie harcerskim i przyłącza do nas dopiero pod koniec wakacji. Ja w tym czasie kupuję pierwszy w życiu pojazd, sowiecki wojskowy K-750 ciężki motor z koszem, który odda mi nieocenione usługi w przyszłości.

Ustalamy zasady mające gwarantować bezpieczeństwo naszej organizacji. Pełna konspiracja oparta na wzorach AK-owskich. W naszym najbliższym środowisku nikt nie może wiedzieć co robimy. Nie ujawniamy się, nie udzielamy się publicznie, nie nosimy opozycyjnych znaczków. Naszym nadrzędnym celem jest skuteczne kąsanie czerwonego, rozwój Federacji (w tym naszej poligrafii) i jej ekspansja na całą Polskę.

W sierpniu ’84 powołany zostaje Centralny Zespół Informacyjny CZI, który pod wodzą Tomka Roguskiego “Kornela”, z udziałem “Marianka” Mariusza Kamińskiego, przygotowuje gazetę “FMW”. We wrześniu ’84 zamieszczamy informacje o powstaniu FMW w 3 numerze praktycznie przejętego przez nas młodzieżowego pisma “Bunt”, który jak piszemy udostępnia swoje łamy Federacji Młodzieży Walczącej. Drukujemy go na ramce na matrycach białkowych w mieszkaniu “Młodego”. Matryce przygotowuje, polecona przez “Czarnego”, Iza Makowska, moja późniejsza żona. Następne komunikaty umieszczamy w “Tygodniku Mazowsze”, “Woli”, “Tu i Teraz” oraz Radiu “Wolna Europa”. Na starcie mamy dużego pecha do poligrafii – ze względów bezpieczeństwa musimy się odciąć od jawnej przed ’81 Federacji Młodzieży Szkolnej oraz powiązanego z nią “Buntu”, kończą się nam matryce białkowe. Opisów technik drukarskich szukamy w “Bibule” Józefa Piłsudskiego i wydanej pod ziemią książeczce “Mały Drukarz”. Inspiruje nas ponadto świetnie oddana organizacja drukarni Armii Krajowej, świetnie oddana przez Stanisława Jankowskiego w książce “Z fałszywym Ausweisem w prawdziwej Warszawie”. Skoro już o tym mowa, to jest jeszcze jedna pozycja – “Wielka Gra” Aleksandra Kamińskiego. Podręcznik do małego sabotażu napisany przez autora “”Kamieni na Szaniec. Wydany pod okupacją hitlerowską, decyzją KG AK, zostaje zniszczony w 1942 r. natychmiast po wydrukowaniu, jako nazbyt dekonspirujący metody działania podziemia. Książka ta, swoisty biały kruk, ukazuje się nakładem Niezależnego Wydawnictwa Harcerskiego w 1983 roku. Podobnie jak w pierwszym wydaniu AK-owskim, sfałszowana została data wydania na 1981 rok, tak by nie budzić zainteresowania SB – bądź co bądź był to prawdziwy podręcznik sabotażu i walki zbrojnej.. Tym razem nikt już nie niszczy tego bezcennego podręcznika. Robimy matryce ze folii spożywczych: aluminiowej lub PCV. Wkręcało się taki wynalazek do maszyny wraz z gruboziarnistym papierem ściernym. W miejscu uderzeń czcionki pojawiały się otwory, przez które wałkiem fotograficznym przeciskało się potem farbę na papier. Na białku, lub ww. foliach zdeterminowani drukarze potrafili nawet wystukać większy napis lub rysunek (podobną techniką wykonano winiety pierwszych gdańskich “Monitów”). Gazeta ta ma być grzecznościowo drukowana w jakiejś zaprzyjaźnionej drukarni podziemnej. Niestety, współpraca kończy zagubieniem w niewyjaśnionych okolicznościach gotowych już makiet do pierwszych trzech numerów. Po tych doświadczeniach wiemy już, że liczyć można tylko na siebie. Ponownie zaczynamy od “zera”. Po kilku nieudanych eksperymentach z ramką, matrycami białkowymi, czy własnoręcznie tworzonymi matrycami na foliach PU i Alu. W listopadzie ’84 w “zaginionego” pisma “FMW” doraźnie wydajemy “Serwis Informacyjny CZI FMW”. Jest on drukowany i kolportowany, sprawdzoną na początku Stanu Wojennego, niskonakładową metodą “przeczytaj, przepisz i podaj dalej”. Dzięki temu nasi czytelnicy włączają się w działalność opozycyjną, a jak wiadomo nic tak nie jednoczy tak mocno jak wspólny cel. Pierwsze rzuty “Serwisu” stukane są przez moja starszą siostrę Agnieszkę Górską (obecnie Dzikowską) na maszynie do pisania, a następnie trafiają do innych “przepisywaczy”. Dla bezpieczeństwa maszynę stawia się na kocu, wszystkie szpary w drzwiach szczelnie zatyka, tak by żaden dźwięk nie przedostał się na klatkę schodowa. Wydajność tej pracochłonnej metody to jednorazowo 5-7 marnych kopii (oryginał umożliwiający identyfikację maszyny do pisania, ze względów bezpieczeństwa jest niszczony). Łączny nakład to maksimum kilkadziesiąt egzemplarzy. Dziś takie nieliczne zachowane przebitki (niestety nie odnalazł się żaden numer Serwisu Informacyjny) budzą wzruszenie – podobnie jak ulotki odbijane na gumie, pokazują one jak ciężko było wydać cokolwiek poza oficjalnym obiegiem. Nie licząc wrześniowego numeru “Buntu”, Serwis Informacyjny CZI jest jednym z dwóch pierwszych oficjalnych tytułów FMW. Zainspirowane komunikatem z Radia Wolna Europa powstaje gdańskie FMW, a wraz z nim w podobnym okresie co “Serwis Informacyjny FMW” pismo “Monit”. Szczęście nasze nie zna granic – obie grupy, gdańska i warszawska, zaczynają działać niezależnie szukając do siebie kontaktu.

Tymczasem cały nasz wysiłek skupia się na znalezieniu dojścia do drukarni lub pozyskania sprzętu. W trakcie próby odkupienia ze złomu starego powielacza białkowego okazuje się, że muszę się wylegitymować. Rezygnujemy z wykradzenia tego powielacza, jako że kierownik złomu obserwuje nas uważnie, poza tym znajomy “specjalista” stwierdza, iż w ramach złomowania sprzęt został poważnie zniszczony. Pamiętamy też wzmiankę z reżimowej o zatrzymaniu Mirosława Chojeckiego z “Nowej” za “kradzież” powielacza ze złomu – stwierdzamy, że nie tędy droga do własnej poligrafii.

Jedna z pierwszych wspólnych akcji malowania napisów – “Czarny”, Artur Dąbrowski i ja. W pewnym momencie słyszymy za plecami chłodny głos Artura – “Uwaga psy…” – serca podchodzą nam do gardeł. Po chwili Artur, śmiejąc się z nas do łez, kończy czytanie tabliczki na klatce schodowej “…wyprowadzać tylko na smyczy!”

Październik ’84. Natychmiast po porwaniu ks. Jerzego Popiełuszki zaczynamy działać w służbie kościelnej w Parafii Św. Stanisława Kostki. Pilnowanie kościoła przed UB-kami i czekanie na jakikolwiek sygnał o ks. Jerzym. Wreszcie koszmarna informacja przekazana przez DTV (Dziennik Telewizyjny) – niewyobrażalny ból w sercu i powracające pytanie -Jak oni mogli uczynić coś tak potwornego?!”. Pełnimy warty przed symboliczną tablicą z wielkim zdjęciem Ks. Jerzego. Mimo przenikliwego zimna, musimy rozbierać w czasie tych dyżurów- taki żar bił od świec i zniczy, które ciągle przynosili ludzie. Do naszych obowiązków należy też regularne, 24-godzinne pilnowanie płotu parafii. Chodziło o to SB-cy nie przedostali się do środka i nic nam nie podrzucili, lub nie zrobili jakiejś prowokacji.. Ludzie zapadają na swoistą psychozę. W każdym podjeżdżającym samochodzie widzą SB-ków. Pamiętam jak kiedyś musiałem bronić ludzi którzy przyjechali do kościoła dobrego imienia ludzi, którzy podjechali zabytkowym samochodem Willys MB z drugiej wojny światowej. Dla starszych ludzi pilnujących kościoła poddanym strasznemu stresowi tamtych dni, sprawa była zero-jedynkowa, gazikami jeżdżą SB-cy! W czasie służby na terenie parafii św. Stanisława Kostki, poznaję Adama Golańskiego, drukarza KOS-a, który zaoferował nam pomoc w wydaniu gazety. Na Żoliborzu przyłącza do nas jeszcze kilka osób, w tym Monika Szewczak, późniejsza żona Adama. Jesteśmy na Żoliborzu dzień w dzień aż do pogrzebu Ks. Jerzego.

Mówi się że na pogrzebie było ok. miliona ludzi – jesteśmy na terenie wewnętrznym kościoła więc tłumów tych nie widzimy. Znów kończy się pewna epoka…

Poprzez Katarzynę Kołodziejczyk nawiązujemy kontakt Henrykiem Wujcem z Regionu Mazowsze. Kontakty te natychmiast owocują udzieleniem nam nieocenionej pomocy. W kawiarni przy placu na Rozdrożu spotykam się z kimś z “góry” Konfederacji Polski Niepodległej (prawdopodobnie był to Andrzej Szomański), dostajemy propozycję przekształcenia w młodzieżówkę KPN – wolimy jednak iść dalej własną drogą.

W domu Adama spędzamy Sylwestra 1984. Konspiracja konspiracją – czasami musimy się jednak rozerwać, zapominając o zdrowym rozsądku. Na zabawę idę przebrany w oryginalny mundur sowieckiego żołnierza, kupionego przez Artura Dąbrowskiego od Rosjan, jak znam życie pewnie za wódkę. Nie pamiętam w jaki sposób mundur ten dostał się w ręce SB, stał się on jednak bohaterem reportażu o pobiciu rosyjskiego żołnierza, którego “młodociani przestępcy” okradli z broni i munduru. Temat ten często przewijał się potem na przesłuchaniach bliższych i dalszych znajomych wraz z pytaniami o “Jacków” (tak mówiono na mnie i “Czarnego”).

U Adama poznajemy możliwości sitodruku, który po doświadczeniach z rwącymi się matrycami białkowymi był dla nas szczytem techniki. Lubiłem drukować u Adama. Miał samodzielne mieszkanie, jego rodzice mieszkali po drugiej stronie studni w starej mokotowskiej kamienicy. Swoboda nieporównywalnie większa niż u Czarka Rautszko, gdzie powstawał “Bunt” i pierwsze ulotki. Tam musieliśmy barykadować w jego pokoju, starając się ukryć ramkę przed jego rodzicami. U Adama do dyspozycji mamy wielkie mieszkanie i co najważniejsze bardzo dobry sprzęt grający – “Nasze Wiadomości” powstają przy dźwiękach “Dire Straits”, “Genesis” i “Marillion”. Nigdy później nie mieliśmy już takiego komfortu -drukowaliśmy w bardzo wielu miejscach, jednak “najzabawniej” było na Żelaznej, w mieszkaniu pewnego robotnika z Zakładów Mechanicznych “Nowotki”. Była to było jednopokojowa, kilkunastometrowa klitką z przepierzeniem z szafy, tworzącym coś w rodzaju kuchni – tam pracowaliśmy. Wspólna dla całego piętra łazienka znajdowała się na korytarzu, toteż mycie sita i sprzętu dostarczało wielu niezapomnianych wrażeń. Jakby tego nie było dość, nasz uroczy gospodarz regularnie upijał się, po czym za przepierzeniem w rytm naszej drukarskiej roboty uprawiał radosny seks ze ściągniętą nie wiadomo kiedy “koleżanką”. Cienkie ściany niczym mikrofon przenosiły na korytarz każdy szelest, zarówno stukanie sita jak i odgłosy aktywności naszego gospodarza. Najwięcej emocji dostarczała jednak wyprawa z sitem do łazienki. Już otwierając drzwi mieszkania w środku nocy byliśmy pewni, że rzuci się na nas UB-cja niechybnie zwabiona naszą orkiestrą. Wszystko odbywało się przy okrutnym akompaniamencie skrzypiącej podłogi i drzwi oraz ryczącego kranu z zimną wodą (ciepłej oczywiście nie było). Czasami pod drzwiami ustawiała się kolejka osób czekających “za potrzebą”. Byliśmy tam tylko raz, uciekliśmy jakby nas gonił cały oddział ZOMO. Przejmujemy kilka opuszczonych piwnic w domu robiąc w nich magazyny materiałów poligraficznych. Dzięki że nie były one w żaden sposób powiązane z numerem mieszkania, SB-kom nigdy nie udało się ich znaleć. Wraz z “Kornelem” (Tomasz Roguski) szykujemy pierwszy numer Naszych Wiadomości.

Tytuł i szata graficzna wywodzi się z legionowego pisma “Wiadomości Polskie” wychodzącego w Cieszynie w latach 1914-1918, jednej z niewielu pamiątek po moim dziadku. Mając za sobą naukę rysunku technicznego projektuję winietę Naszych Wiadomości oraz pisane “solidarycą” logo FMW. Do winiety dla powagi dokładam PRL-owskiego orła, którego oczywiście koronuję. Makieta powstaje w moim mieszkaniu na Grochowie. Chowam ją pod kołdrą za każdym razem, gdy ktoś dzwoni do drzwi, lub gdy zbliża się mama. Ku mojemu przerażeniu w pewnym momencie siada na łóżku na prawie już ukończonej makiecie, by ze mną “poważnie” o czymś porozmawiać. Makietę na szczęście dało się odratować.

W lutym 1985 Federacja Młodzieży Walczącej po raz pierwszy formalnie zaistniała na politycznej mapie Polski – obok kilkudziesięciu organizacji podziemnych sygnujemy tzw. “Apel Jałtański”, skierowany do sygnatariuszy ustaleń jałtańskich, rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a także społeczeństw tych państw i narodów Europy Środkowo-Wschodniej. Sygnatariusze Apelu, zaznaczając iż nie kwestionują granic państwowych w powojennej Europie, domagali się rewizji postanowień jałtańskich w duchu karty narodów ONZ, tj. przede wszystkim prawem narodów do wolności.

Z uwagi na szatę graficzną i duży format “konkurencja” nazywała nasze pismo “Dziennikiem Urzędowym”. Trafili w sedno – naszą intencja było nadanie pismu wszelkich cech legalności – już sama winieta miała być demonstracją naszej walki o wolność i niepodległość. Zachłysnąwszy się możliwościami sitodruku próbujemy sił z grafiką – na pierwszy ogień idzie reklama sowieckiego radia VEF206 (idealnego do słuchania Wolnej Europy), która jest prawdopodobnie pierwszą w podziemiu reklamą o charakterze marketingowym. Przygotowuję również kilka karykatur – wszystkie moje rysunki podpisywałem małym krzyżykiem, umieszczonym najczęściej w górnym prawym rogu. Data wydania 1 numeru Naszych Wiadomości nie jest przypadkowa – 23 luty to urodziny Adama. Należał mu się ten prezent, za to co dla nas zrobił.

W 1985 sitodruk był szczytem poligraficznych możliwości. Z wykonanej z wielką starannością przez redakcję “Naszych Widomości” makiety zaprzyjaźniony zakład fotograficzny wykonuje tzw. diapozytyw “diap”, czyli przezroczystą fotografie makiety. Następnie na ramce, obciągniętej specjalną tkaniną (“sito”) specjalna aluminiową “rynienką” rozprowadza się cieniutka warstwę emulsji światłoczułej. Po jej wyschnięciu do “sita” na styk przykłada się “diap”, poczym naświetla się go lampa kwarcową. Przy tej okazji sami korzystamy z lamp, opalając się na heban w oczekiwaniu na zakończenie procesu. Ja osobiście przypłacam to poparzeniem, dwadzieścia minut kwarcówki to zbyt wiele jak na pierwsze opalenie, a może po prostu zapomniałem przyłożyć “diap” również do siebie. W wyniku światła lamp emulsja utwardza się, za wyjątkiem miejsc przysłoniętych czarnym drukiem z “diapa”. Po zakończeniu naświetlania, nieutwardzoną emulsję wypłukuje się prysznicem w wannie. W nieutwardzonych miejscach, powstają mikro otworki, przez które “raklą”, szeroką gumową szpachlą obsadzoną w drewnie, przeciskana będzie farba drukarska. Tak przygotowane “sito”, specjalnymi zawiasami przykręca się do masywnego stołu. Do haka na suficie przywiązuje się gumę, która unosząc “sito” do góry, po każdym przeciągnięciu rakli, ogranicza ilość niezbędnych drukarzy do dwóch osób. Jeden z drukarzy oburącz macha “raklą”, drugi musi nadążyć z wyciąganiem już wydrukowanych egzemplarzy z wierzchu ryzy papieru, leżącej na stole bezpośrednio pod sitem. Przedtem należy oczywiście przygotować farbę. Przywożone potajemnie z zagranicy “sita” są wielorazowego użytku i trzeba o nie dbać jak o prawdziwy skarb. Komuniści szybko orientują się do czego służy pasta BHP i zaczynają dodawać do niej piasek. By uniknąć zniszczenia “sita”, należało całą pastę BHP wstępnie przetrzeć przez poświęcone na ten cel małe “sito”, a następnie wymieszać z barwnikiem do np. farby malarskiej.

I tak w podwójnej konspiracji zaczynamy drukować NW. Oprócz SB musimy się kryć przed właścicielami drukarni tj. KOS-em (początkowo przeciwnemu zwiększaniu ryzyka wpadki przez wpuszczenie do profesjonalnej drukarni nieznanych “małolatów”). Potem koledzy z KOS-a zaakceptowali naszą chałturę i dalej udzielali nam już nieocenionej pomocy (Zbigniew Mazurczuk “Krasnal”, Tadeusz Wiackiewicz – wielkie dzięki za Wasze wsparcie).

Po kilku miesiącach niezależnego funkcjonowania wreszcie udaje się nam nawiązać kontakt z Gdańskiem. Z tamtych czasów pamiętam doskonale Błażeja Drożdża i “Darka”. Zaczynają się regularne podróże pomiędzy Gdańskiem a Warszawą. Integrujemy się na Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymce na Jasną Górę w sierpniu ’85. Wszelkie komunikaty uzgadniamy i podpisujemy już razem. W listopadzie 1985 dołącza do nas Ruch Młodzieży Niezależnej z Krakowa – powstaje Rada Koordynacyjna FMW. Nawiązujemy też ścisłą współpracę z Ruchem Młodzieży Niezależnej wydającej m.in. pismo “Szaniec” – z tego co pamiętam współpraca trwała przez kilka lat, możliwe że do 1989 roku.

Organizujemy niezależne wykłady i tajne nauczanie. Do dziś pamiętam spotkanie z legendą opozycji, Jackiem Kuroniem gdzieś na początku ’86. Siedzimy w kilkanaście osób na czym popadnie wokół kanapy zajmowanej przez naszego wykładowcę. W jakiejś przerwie opowiada nam o transmitowanej przez nas audycji Radia “S” widzianej oczami więźnia Rakowieckiej (o akcji tej piszę dalej w kontekście współpracy z Radiem “Solidarność”). Te podziękowania za audycję to była jedna z wspanialszych chwil w moim życiu.

Nie zdając sobie z tego sprawy szybko stajemy się najbardziej aktywna niezależną grupą młodzieżową. W ciągu kilku lat ośrodki Federacji Młodzieży Walczącej powstają w takich miastach jak m.in.: Bydgoszcz, Białystok, Chełm (rozbity przez SB na początku działalności), Gdynia, Płock, Nowy Sącz, Olsztyn (Warmia i Mazury), Poznań, Przemyśl, Rzeszów, Siedlce, Szczecin, Łódź, Kętrzyn, Kielce, Kutno, Tarnów, Warka, Wrocław, Zamość, Żory.

Jeszcze w ’84 roku przez Henryka Wujca poznaję śp. “Teosia” (Teodor Klincewicz) -szefa i twórcę Grup Oporu “Solidarni”. “Teosia” zapamiętałem jako radosnego, ale strasznie zmęczonego i zabieganego szczupłego 30-latka. Do dziś furorę robi jego wspomnienie z czasów stanu wojennego, które pozwolę sobie przytoczyć i tutaj:

“Pewnego dnia po powrocie do domu Teoś wpada na swojego kilkuletniego siostrzeńca, “starszaka” w powyciąganych rajstopkach. Spogląda on na “Teosia” z butną miną oświadcza:

-” Wujek! Wujek! Nie wiem jak młodsi koledzy, ale moje pokolenie jest dla BOLSZEWII stracone…”

W strukturze organizacyjnej solidarnościowego podziemia Grupy Oporu “Solidarni” podlegają przewodniczącemu Regionu Solidarności “Mazowsze” i członkowi TKK “Solidarność” zarazem, czyli Zbigniewowi Bujakowi. Od tego momentu warszawskie FMW rozpoczyna ścisłą współpracę z Grupami Oporu “Solidarni” – współpracujemy z Grupą Wojtka Nachiło “Waldka”. W okresie tej współpracy przez GO “S” przewinęła się duża ilość grochowskiej młodzieży. Osoby które zapamiętałem z tamtych lat to min. Jacek Czarnecki “Czarny” (FMW), NN Rafał Dzięciołowski “Pasek”(FMW), Konrad Falęcki “Koń”, Wojciech Gniadzik “Gniady”, Grzegorz Kawulak, Zbigniew Krawczyk “Cięć”, Maciej Kutrowski “Kuter”, Mirek Mikołajczuk “Mikuś”, Mateusz Mroz “Matys”, Ryszard Nachiło “Rychu”, Paweł Płaczkowski “Pawełek”, Jacek Popławski “Mleczarz”, Adam Rosłoniec “Adaśko”, Piotr Szynkiel “Kuba”, “Czereśniak” (FMW), Marek Wiewiorowski “Długi” (FMW), Tomasz Winek “Haze” alias “Loze”, Jacek Winek vel Gawryszewski “Winniczek”, Janek Zieliński “Zielnia”, “Jankoś”, NN “Kepler”(FMW). Wielu członków FMW prowadziło akcje równolegle, nie wchodząc w struktury GO “S”. Mamy punkt kontaktowy i zborny na koronie Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie. Miejsce doskonałe z uwagi na doskonałą widoczność na około, łatwość ucieczki i doskonały punkt komunikacyjny. Stąd rozjeżdżaliśmy się samochodami, autobusami, tramwajami, a nawet rowerami i motocyklami na “robotę”. Gdyby Milicja chciała obstawić taki teren musiała i nas złapać musiała by zaangażować z pewnością kilkuset funkcjonariuszy. Później, po wpadkach naszych kolegów, dla bezpieczeństwa, porzucamy stadion, przenosząc się na tyły malutkiej stacji CPN na Zwycięzców lub do Parku Skaryszewskiego. Żadne z tych miejsc nie mogło się równać ze Stadionem, nic dziwnego. Tam była cisza i spokój, później w nowych miejscach ciągle ktoś nam przeszkadzał. A może po prostu wyczuliśmy, że to właśnie tam blisko, 30 lat później ma powstać Stadion Narodowy na potrzeby EURO2012 (o ile oczywiście się uda) i stąd ten nasz sentyment do tego miejsca.

Akcje uliczne wchodzą w nową dla nas jakość – z amatorskich wyskoków, stają się profesjonalnymi akcjami przygotowanymi przez cały sztab ludzi. Są chwile, kiedy sypiemy prawie codziennie starając się nadążyć za powielaczami drukującymi kilkudziesięciotysięczne nakłady. Początkowo do GO “Solidarni” wchodzę wraz z “Czarnym”. W oparciu o techniki poznane w GO “S” przeprowadzamy akcje uliczne własnymi siłami. Dla bezpieczeństwa nie wprowadzamy pozostałych kolegów z FMW do GO “S”. Działamy dwutorowo w FMW i GO “S”, dublując w ten sposób struktury na wypadek wpadki. Wciąż nam się wydaje, że jesteśmy zbyt mało skuteczni – myślimy o prawdziwej walce z komuna. Kolce do przebijania opon, materiały wybuchowe, butelki z benzyną czy wreszcie niedoszła na szczęście do skutku akcja wysadzenia w powietrze rurociągu “Przyjaźń”. Opatrzność, a właściwie dorośli działacze czuwają nad nami, schładzając nasze gorące głowy. W końcu uspokojeni zajmujemy się “grzeczną” działalnością podziemną, która i tak dostarcza nam niezapomnianych emocji. Malujemy hasła polityczne, rozwieszamy transparenty w centrum Warszawy, z których często wysypują się zwinięte w środku ulotki.

Stosujemy kilka metod ulotkowania. Akcje przeprowadzamy w szkołach i uczelniach, przy okazji malując na korytarzach hasła antykomunistyczne. Najwięcej jednak emocji towarzyszy akcjom “na mieście”. Pierwsza z technik to ulotkowanie “na bombę” polega na wysokim wyrzuceniu “la bomby” z przejściowej bramy, wprost nad przechodzących ludzi. “La bomba” to około 1000-1500 ulotek zwiniętych w rulon, który rozsypuje się w powietrzu. Dla zwiększenia efektu wybierało się ciągi o dużym natężeniu ruchu przechodniów, ucieczka odbywała się poprzez przejściową bramę na inna ulicę. Metoda ta wykonywana w tłumie przechodniów wymagała stalowych nerwów. Stres podobny jak przy pierwszym skoku na spadochronie.

Bardziej zaawansowaną, relaksującą wręcz metodą była “przywieszka”. Paczka ok. 2000-3000 ulotek związana była wędkarską żyłką, pod którą wsadzało się zapalony lont lub podobnie działający zachodni papieros. Przepalały one żyłkę z kilkuminutowym opóźnieniem. “Przywieszkę” montowało się najczęściej na gzymsie budynku, a lont pozwalał na w miarę spokojne wyjście z budynku i obserwowanie efektów akcji. Ponieważ wyłazy dachowe są zamykane, musimy się włamywać przecinając kłódki. Czasami dochodzi do zabawnych scen. Kiedyś dopada nas lokator z awanturą, że włamaliśmy się na dach. Zorientowawszy się jednak, co zrobiliśmy natychmiast z uśmiechem się wycofuje i pędzi za nami zbierać ulotki z chodnika. Innym razem wieszamy przywieszkę nad siedzibą “Aerofłotu” w Jerozolimskich. Podchodząc do krawędzi dachu nagle zauważam, że zniknął ubezpieczający mnie “Czarny”. Po chwilę widzę, jak wije się niczym wąż pomiędzy kominami. Zapytany co robi, odpowiada, że gdzieś w oknie obserwuje nas jakaś “baba”. Pytam “myślisz, że jak się będziesz czołgał, to wydasz się mniej podejrzany”? Wstaje, otrzepuje się i szybko kończymy. Co tu dużo mówić, dziś w wygodnym fotelu i laptopem na kolanach, fajnie wspomina się te przygody, jednak w tamtych latach, była to dla nas potężna porcja stresu. Niczym na wyprawie w wysokie góry, za każdym razem zakładaliśmy że tym razem możemy nie wrócić.

Działając trzecią, najbardziej spektakularną metoda wykorzystujemy wyrzutniki pirotechniczne. Składały się one z plastikowej rury kanalizacyjnej wypełnionej materiałem wybuchowym i ulotkami. Wyrzutniki wyposażone w zapalnik czasowy umieszczało się w miejscach najbardziej niebezpiecznych do ulotkowania na otwartych przestrzeniach, często nadzorowanych przez MO, gdzie inne metody były zbyt ryzykowne. Torbę z wyrzutnikiem stawiało się w miejscu, odseparowanym od przechodniów, tak by nie było ryzyka poranienia osób przypadkowych. Z tego też powodu, torba pilnowana, aż do samej eksplozji. Staraliśmy się unikać koszy na śmieci, gdyż cieszyły się dużym zainteresowaniem i ciężko je było upilnować. Pamiętam, że kiedyś musieliśmy interweniować i nie przytrzymać do momentu wybuchu jakiegoś ciekawskiego “pijaczka”, który miał niezwykle zadziwioną minę, gdy jego niedoszły łup eksplodował, zamieniając się w chmurę ulotek. Mieliśmy też kilka nieprzyjemnych wypadków z tymi wyrzutnikami, sami stając się ich ofiarami. Co najmniej dwa razy doszło do natychmiastowego zapłonu w trakcie uruchamiania zapalnika, który miał działać z opóźnieniem. Pamiętam jak “prowadziłem” rannego w rękę, poparzonego i zakrwawionego Wojtka Nachiło “Waldka” (GO”S”), uciekając z pełnego ludzi przystanku na skrzyżowaniu Jerozolimskich i Marszałkowskiej pod Hotelem Forum (dziś Novotel). Miejsce tamtej akcji było wybrane z premedytacja – na środku skrzyżowaniu zawsze byli funkcjonariusze MO, a nam zależało by zagrać im “na nosie”. Jeden z naszych kolegów po eksplozji trafił do okulisty na płukanie oczu twierdząc, że eksplodował mu w twarz piecyk gazowy w trakcie czyszczenia. W odpowiedzi usłyszał od uśmiechniętego okulisty radę by raczej nie używał prochu do tej czynności.

W kwietniu 1985 roku w kotle urządzonym przez naszego znajomego Zygmunta Krzemińskiego, zwanego przez nas “Mistrzem” zatrzymanych zostaje mnóstwo osób, w tym moja późniejsza żona, Iza Makowska. Bez wyroku zostaje osadzona na 10 miesięcy w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej. Po tych wydarzeniach wraz z Moniką Szewczak ewakuujemy drukarnie z domu Adama Golańskiego do jej mieszkania na Czerniakowskiej. Niestety wpadam w poślizg na śliskiej jezdni i bokiem uderzam w wojskową Wołgę. Natychmiast biorę winę na siebie, podpisując wszystkie oświadczenia, modląc się o to by nikt nie zorientował się, że mój “maluch” wypełniony jest po brzegi sitami, farbami i papierem. Na szczęście nikt nie wezwał milicji, prawdopodobnie dlatego, że nie było wtedy jeszcze telefonów komórkowych. Robi się wokół nas gęsta atmosfera, po kilku tygodniach drukarnię przerzucamy na Mokotów, by wreszcie osiąść na kilka miesięcy na Tamce. Tam, w mieszkaniu ciotki Moniki, śp. Niny Ruczko dochodzi do wpadki w marcu ’86. W trakcie drukowania aresztowani zostają Nina Ruczko, Jacek Kutzner, Tomek Grudziński i Robert Napiórkowski. Wychodzą “z amnestii” po czterech miesiącach.

Nieco wcześniej, jeszcze w ’85 roku do grup małego sabotażu dołączają Rafał Dzięciołowski “Pasek” (ze swoim Polskim Fiatem 125p), Grzegorz Rzadkowski “Bziuniek” (jego brat Robert -jubiler robił dla nas srebrne krzyżyki z literą “S”) i NN “Kepler”. Ten ostatni zapisał się w naszej pamięci wrzuceniem paczki z ulotkami wprost do dziecięcego wózka, który pechowo znalazł się w zasięgu jego “sierpowego” – na szczęście dziecku nic się nie stało, a ludzie szybko wyczyścili wózek z ulotek. W 1985 roku poznaję “Kubę” alias “Czereśniaka” (Piotr Szynkiel), który okazuje się posiadać duże kontakty wśród młodzieży robotniczej. Piotrek weźmie na siebie ciężar kierowania warszawską FMW od drugiej połowy 1986 roku. Było wielu innych kolegów i koleżanek – ich nazwisk i imion nie jesteśmy w stanie dziś odtworzyć z uwagi na ściśle wówczas przestrzegane reguły konspiracji.

Oprócz regularnego ulotkowania wykonujemy transmisje Radia “Solidarność” -zarówno radiowe jak i uliczne przy wykorzystaniu sprzętu nagłaśniającego (tzw. “gadał”). Gadała składała się z dużej kolumny głośnikowej, akumulatora i samochodowego odtwarzacza kaset magnetofonowych. Najbardziej spektakularną akcją było nadanie audycji dla więźniów politycznych uwięzionych w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej z okazji “Tygodnia Więźnia Politycznego” w październiku 1985 r. W akcji bierze udział kilkanaście, może więcej osób. Jeden zespół wymienia kłódkę w wyłazie i instaluje migające diody (napisze o nich za moment). Kto inny przywozi sprzęt. Reszta obstawia pobliskie ulice. Gadała umieszczona została umieszczona na dachu budynku w odległości zaledwie kilku metrów od wieżyczki strażnika. Na dach wchodzę wraz z “Matysem” (Mateusz Mroz GO”S”). Przed tego typu akcjami zawsze był problem z obsadzeniem “głównej roli”, ponieważ wszyscy chcieli iść. W związku z tym pogodzić nas musiało losowanie zapałkami. Szczęście tym razem “Matysowi”, ja miałem zaklepany udział z uwagi na Izę, siedzącą na Rakowieckiej. Po wyjściu na dach rozpakowujemy “gadałę”, z przerażeniem stwierdzając, że jest śnieżno biała. Na czarnym dachu stanowimy wyborny cel dla strażnika, którego postać na wieżyczce strażniczej widzimy jak na dłoni. Wystrzelony przez niego pocisk karabinowy przewraca naszą “gadałę” juz na samym początku emisji. Ona jednak, lekko uszkodzona, wywrócona gra dalej. Właściwie sam sygnał Radia “S” (“siekiera, motyka bimber szklanka”) wzbudził tak wielką euforię wśród więźniów politycznych przebywających w pawilonach II i III, że i tak nie usłyszeli oni reszty audycji. Więźniowie, zarówno polityczni jak i kryminalni zaczęli łomotać “platerami” robiąc tak wielkie zamieszanie, że do stłumienia tego buntu, ściągnięto tak zwane “atandy”, czyli uzbrojone w tarcze, kaski i pałki oddziały szturmowe służby więziennej. Na Rakowieckiej przebywali wtedy m.in. Jacek Kuroń, moja przyszła żona Iza Makowska i nasz kolega “Koń” (Konrad Falęcki GO”S”). Dla ostatnich dwojga na końcu audycji w ramach swoistego koncertu życzeń nagraliśmy ich ulubione utwory “Tramwaj nr 3” Wałów Jagiellońskich oraz “Skórę” AYA RL – w hałasie i zamieszaniu nikt nie zwrócił na to uwagi. W tym czasie w całym rejonie więzienia zrobiło się juz niebiesko od Milicji. Na szczęście nas już od kilku minut nie ma w niebezpiecznej okolicy. Po drodze mijamy się z pędzącymi na sygnale ze wszystkich stron “sukami”. Znów 1:0 dla nas!

Ustawianie gadał na mieście wymagało przygotowania terenu akcji kilka dni wcześniej. Polegało to np. na włamaniu się do skrzynki elektrycznej “trafo”, umieszczeniu tam sprzętu nagłaśniającego i założeniu własnej kłódki. “Gadałę”, która miała urządzenie opóźniające uruchamiało się przed samą audycją. Do dziś pamiętam akcję w największym warszawskim przejściu podziemnym pod skrzyżowaniem Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Główne zadanie wykonuje tym razem “Winniczek” (Jacek Winek, GO”S”) i “Waldek” (Wojtek Nachiło GO”S”). Przebrani w robotnicze drelichy z torbami monterskimi na ramieniu, mają się wcielić w role pracowników zakładu energetycznego. Na pozostałych kilkunastu kolegach spoczęło przygotowanie operacji i obstawienie całego tereny. W przypadku wpadki mamy wszyscy spróbować odbić ” jeńców”. Atmosfera napięta, my jednak zamiast się denerwować pękamy ze śmiechu widząc jak się wystroili. Z komicznymi beretami z antenką na głowach, znudzonymi minami i “petem” bez filtra w ustach spokojnie otwierają “trafo”, uruchamiają gadałę, zamykają kłódkę i leniwym krokiem oddalają się. W chwilę po odejściu “facetów w berecikach” zaczyna się audycja Radia “S”. Zbiera się tłum, natychmiast pojawiają się milicjanci, stale patrolujący to przejście. Próbują otworzyć metalową szafę “trafo” w końcu widząc migające światełko. Otóż do dobrego tonu należało pozostawienie niespodzianki dla milicjantów. Była nią migająca dioda sugerujące obecność zapalnika i ładunku wybuchowego. Milicja bojąc się o własne życie zawsze czekała na przyjazd saperów. W tym czasie “gadała” dalej gra, często już tylko dla milicjantów, którzy wypierają ludzi z miejsca audycji. Dość często dochodzi na tym tle do awantur i szarpaniny z Milicja oraz spisywania i zatrzymań przypadkowych widzów.

Nadajemy również na falach radiowych – poczynając od małych nadajników mieszczących się w obudowie startera świetlówki (zasięg ograniczony praktycznie do jednego podwórka), na profesjonalnych radiostacjach “Gruba Berta”, ważących po kilkanaście kilo kolosach z trudem mieszczących się w dużej torbie turystycznej, kończąc. Na końcu audycji Radia “S” zawsze jest komunikat z prośbą o gaszenie i zapalanie świateł przez naszych słuchaczy, co pozwalało nam oszacować zasięg naszych urządzeń. Do dziś pamiętam wzruszenie po akcji na blokowisku pod nazwą Oś. “Za Żelazną. Bramą”, kiedy zostaliśmy wynagrodzeni setkami mrugających świateł informujących, że skutecznie zajęliśmy pasmo reżimowego Dziennika Telewizyjnego sygnałem audycji Radia “S”. Akcje te działały wyjątkowo działały bezsilnej komunie na nerwy, zagłuszanie DTV było skutecznym ciosem. Na wysokich warszawskich budynkach pojawiły się pelengatory – urządzenia namierzające, które miały nas wykryć. Nie wiem nic o ich skuteczności, jednak kręcąc się na pół godziny przed zapowiadaną w prasie audycją Radia “S”, były dla wtajemniczonych niechybnym znakiem, że należy włączyć telewizor i czekać na Radio “S”. Z czasem komuna zaczęła stosować zagłuszanie. Operatorzy zagłuszarek, zawsze jednak czekali na nasz sygnał. Dzięki temu do słuchaczy docierała bez przeszkód “Siekiera, motyka, bimber, szklanka” i nawet jeśli traciliśmy 90% audycji to odnosiliśmy kolejne zwycięstwo nad komuną – słuchacze otrzymywali czytelny sygnał naszej walki i bezkarności.

W drugiej końcówce lat 80-tych własne audycje w Warszawie nadaje również Federacja Młodzieży Walczącej. W tym czasie działalnością FMW w Warszawie, kieruje już “Kuba” (Piotrek Szynkiel). Przeprowadzono prawdopodobnie trzy transmisję w Warszawie, tj. na Żoliborzu (ul. Potocka), na Pradze Północ (Rondo Starzyńskiego) oraz na Pradze Południe (okolice Dworca Wschodniego). Transmisje, podobnie jak w przypadku Radia Solidarność odbywały się w paśmie Dziennika Telewizyjnego. Poczynając od 1984 r. uczestniczymy we wszystkich akcjach antyreferendalnych i antywyborczych z liczeniem frekwencji włącznie. Przed liczeniem mamy liczne spotkania organizacyjne, gdzie statystycy instruują nas jak szacować liczbę uprawnionych do głosowania oraz jak liczyć głosujących. Przekazywane nam są adresy skrzynek kontaktowych i harmonogramy działania. Dla określenia liczebności okręgu wyborczego stosuję własną, niezwykle precyzyjna metodę. Zbyt późno na nią jednak wpadłem, by się podzielić z kolegami. Dziś myślę, że dobrze się stało, rozpoznanie tej metody przez SB, niechybnie doprowadziło by do wielkiej dekonspiracji. Ustalałem nazwisko osoby mieszkającej w “ostatnim” mieszkaniu danego okręgu (ostatnia alfabetycznie ulica, najwyższe numery domu i mieszkania) po czym podając się za członka tej rodziny szedłem do punktu wyborczego sprawdzić swą obecność na liście, twierdząc oczywiście że nie mam dowodu bo czekam na nowy. Znudzony pracownik komisji wyborczej otwierał przy mnie księgę wyborców pokazując mi ostatni numer porządkowy, tożsamy z liczbą uprawnionych do głosowania. Frekwencję liczyło się na dwa sposoby -stały i wyrywkowy (statystyczny). “Stały” wymagał dojścia do mieszkania z oknem na komisje wyborczą i żmudnego liczenia przez cały dzień wychodzących osób. W przypadku metody statystycznej mieliśmy wyznaczone przez statystyków ściśle określone kilku- może kilkunastominutowe okresy liczenia osób wychodzących z konkretnych komisji wyborczych. Osoba licząca dostawała wówczas listę punktów z podanymi godzinami obserwacji i przez cały dzień jeździła po mieście. Uzyskane wyniki wpisujemy do specjalnych formularzy i wieczorem zdajemy w skrzynkach kontaktowych. Dzięki sprawnej organizacji pierwsze wyniki liczenia frekwencji wyborczej społeczeństwo Radio Europa podaje już wieczorem, zaś oficjalne dane z frekwencji publikowane są przez prasę podziemną kilka dni później. Do historii przechodzą komunikaty komunistyczne komunikaty o frekwencji sięgających 99% z czymś tam po przecinku. Mimo konspiracji i skromnych możliwości mamy podobny “czas”, do dzisiejszych komunikatów wyborczych, tworzonych przez wyposażonych w nowoczesne techniki teletransmisyjne i nowoczesny sprzęt komputerowy, pracowników OBOP.

W czasie, gdy ja przekazuję swoje wyniki na skrzynce kontaktowej, na drugim końcu Grochowa SB-cy przywożą na rewizję do domów, zatrzymanych przy liczeniu kolegów z GO”S”. Są to Adaśko (Adam Rosłaniec) oraz bracia “Waldek” (Wojtek Nachiło) i “Rysiek”(Ryszard Nachiło). Pierwsza rewizja miała się odbyć w domu “Adaśka”, którego na klatkę wprowadza dwóch ZOMOW-ców w asyście tajniaka. W drzwiach jego mieszkania dochodzi do szarpaniny z ojcem “Adaśka”, który zaczyna się kłócić z SB-kami, w końcu wyrywa syna, wpycha go do mieszkania, sam zaś zostaje na korytarzu w łapciach i krótkich spodenkach. W tym czasie “Adaśko” zamyka od środka drzwi wejściowe, po czym wraz z mamą “czyści” mieszkanie. Całe domowe archiwum ląduje w podwójnej ścianie pomiędzy łazienką a klatką schodową, zaś w powietrzu unosi się zapach waleriany mający sugerować poważne kłopoty z sercem Pani domu. Tymczasem atmosfera na klatce rozkręca się. Pan Rosłoniec kłóci się na klatce z milicją żywo gestykulując, zaś trzymani w “suce” słyszą jak milicjantka wzywa pomoc krzycząc do radia “biją naszych”. Po chwili pod klatkę Rosłańców przyjeżdża kilkanaście “Nysek” z ZOMO-wcami. Piętro powyżej i poniżej wypełniają się ZOMO-wcami szykującymi się do szturmu – scena niczym z “Leona Zawodowca”. Na szczęście po chwili kapitan kierujący akcją, dostaje polecenie by nie eskalować awantury w dniu wyborów i ZOMO wycofuje się. Tata “Adama” kilka dni później zostaje wezwany na komisariat… wraca dopiero po odsiadce.

Przystępujących do nas nowych członków FMW szkolimy w konspiracyjnym fachu. W naszej działalności stosowaliśmy (z nielicznymi wyjątkami) fanatyczną konspirację, która spowodowała, że dziś ciężko odnaleźć kolegów sprzed 21 lat. Wynika ona z lektury wspomnień akowców, którzy byli dla nas prawdziwymi bohaterami i wzorcami do naśladowania. Szkoda, że wówczas nic nie wiedziałem o moim dziadku.

W ramach naszej działalności kolportujemy, nie tylko prasę młodzieżową, ale praktycznie wszystko, co krąży w drugim obiegu książki, znaczki itp. Aktywnie włączamy się w kolportaż “Tygodnika Mazowsze”, “KOS-a”, “Tu i Teraz”, “Woli” i wielu innych. Wielu z nas drukuje powyższe gazety i wiele innych tytułów, książek, znaczków, plakatów, koszulek itp. Współpracujemy także z powstałym w połowie lat osiemdziesiątych pismem PWA, które zakasowało wszystkie pozostałe tytuły jakością druku i doskonałymi zdjęciami. W mieszkaniu mojej siostry Agnieszki Dzikowskiej urządzany jest punkt kolportażu PWA -działa krótko – został “uśpiony” zaraz po porwaniu mnie przez SB-ków w lutym 86, o czy piszę dalej.

W przypadku wpadki w pierwszej kolejności czyszczone jest mieszkanie ” jeńca” (o ile uda się wyprzedzić rewizję i kocioł SB). Po wyczyszczeniu mieszkania, wszelkie kontakty są natychmiast zrywane a ewentualna opieka i dalsza pomoc świadczona jest przez Komitet Prymasowski. W takich przypadkach powstrzymujemy się przed pisaniem o naszym złapanym koledze, by nie pokazywać SB naszych powiązań. Do dziś pamiętam kolegę aresztowanego przez ubeków w czasie prowadzonej przeze mnie dla niego pierwszej lekcji ulotkowania “na bombę”. Ustawiamy się w jednej z bram przy ul. Marszałkowskiej, która miała drugi wylot również na Poznańską. Na środku pomiędzy podwórkami był ok. 3 metrowy płot z siatki drucianej dzielący podwórka z obu stron. Płot ten stanowił przeszkodę zarówno dla uciekających jak i pościgu. Stwierdziłem, że zaryzykujemy, bo brama przez ten płot nie była jeszcze “sypana”. Niestety pech chciał, że brama jest obstawiona również przez SB. Nauczycielowi, czyli mnie, udało się uciec, płot pokonałem wyrywając się SB-kowi szarpiącego mnie za nogawkę – do dziś mam z tego powodu wyrzuty sumienia za kolegę. Wciąż widzę mojego ucznia ściąganego przez ubeków na ziemię. Stałem może dwa metry dalej – już z drugiej strony płotu, który Nie mogłem zrobić nic więcej poza natychmiastową ucieczką. Niestety nie pamiętam jego nazwiska i mam nadzieję, że dzięki tym wspomnieniom stronie uda nam się znów spotkać i podziękować za to, że nie dał złamać ubekom. Pamiętam też innego kolegę, boksera ze Śląska, który przy kolejnej wpadce zamiast uciekać rozprasował ubeków na ziemi, poczym od niechcenia rzucił “u nas się nie ucieka, u nas się ich leje”. Tracę z nim kontakt po tym jak się dowiaduję, że w trakcie przesłuchania w Katowicach pokazywano mu moje zdjęcia, prawdopodobnie z przed domu Adama Golańskiego.

Dla bezpieczeństwa wycofuje się z tworzenia Naszych Wiadomości – dalej wychodzą regularnie aż do 1989 roku, już bez mojego udziału – rozprowadzane są głównie w wśród warszawskiej młodzieży.

W październiku 1985 razem z GO “Solidarni” bierzemy udział w samobójczej akcji nad barem “Donald” na rogu ul. Szpitalnej i Rutkowskiego. Akcja ta, zorganizowana chyba z okazji Tygodnia Więźnia Politycznego, właściwie od samego początku skazana była na klęskę. Z tego co pamiętam w akcji w prasie na kilkanaście dni wcześniej zapowiadano manifestację i transmisję Radia “S” koło Domów Centrum i Marszałkowskiej. Na miejscu akcji doszło do niezwykle silnej koncentracji funkcjonariuszy SB i MO. Kilka dni wcześniej nad barem “Donald” zainstalowano specjalną windę, która w ostatniej chwili miała wciągnąć “gadałę” na bezpieczną wysokość na elewacji budynku. Na godzinę wcześniej rozpoczęliśmy akcje ulotkowe w centrum Warszawy informujące o miejscu manifestacji koło baru “Donald”. W czasie sypania w naszpikowanym SB-kami Domach Towarowych Centrum aresztowany zostaje Jacek Czarnecki. Chwilę później SB-cy aresztują następnych naszych kolegów z GO”S” w trakcie próby zamontowania “gadały”. Jednego rannego w akcji kolegę w zamieszaniu (i oczywiście niechcący) sami wsadzamy do ubekom do FIAT-a myśląc, że to nasz samochód. Akcja kończy się totalnym niepowodzeniem. Zgodnie z naszymi zasadami mieszkanie “Czarnego” czyszczę z jego mamą natychmiast po jego zatrzymaniu, wyprzedzając rewizję zrobioną przez SB kilka godzin później. “Czarny”, po wyroku z tzw. bomby, ląduje w więzieniu na Białołęce osadzony w celi z kryminalistami. Wychodzi chyba kilka miesięcy później z amnestii, po czym natychmiast zostaje powołany do wojska i ląduje w Batalionach Inżynieryjno Budowlanych mających opinie jednostki karnej.

W lutym 1986 roku przychodzi moja kolej – zostaję porwany przez “nieznanych sprawców”. Po obezwładnieniu mnie jakimś środkiem chemicznym zostaję przewieziony do nieznanej piwnicy, gdzie po przywiązaniu do krzesła rozpoczyna się obróbka – jestem przypalany papierosem, rażony prądem w narządy płciowe, bity prętem. Wypytywany jestem o Solidarność, Oświatę Niezależną, prasę niezależna. Na szczęście mdleję – nie wiem czy długo bym to jeszcze wytrzymał – czuję że byłem wtedy naprawdę bliski załamania -myślałem, że już po mnie. Na koniec pomalowany moim własnym czerwonym sprayem i nieprzytomny zostaję wyrzucony na torach kolejowych na warszawskim Grochowie przy ul. Makowskiej. O świcie budzi mnie dotkliwe zimno, na szczęście przed nadjechaniem pociągu. Potraktowałem to jako przesłanie – ulica Makowska i moja narzeczona Iza Makowska, dopiero co wypuszczona z AŚ Rakowiecka po 10-cio miesięcznej odsiadce bez wyroku – to nie mógł być zbieg okoliczności. Zgodnie z zasadami konspiracji udaję się na polityczną kwarantannę. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę na Pradze Południe przez asesora nomen-omen Gawędę zostaje umorzone z powodu nie wykrycia NN sprawców. Nikogo nie zdziwiło, że czynności śledcze ograniczyły się do przesłuchania mnie i moich znajomych, głównie na okoliczność prowadzonej działalności – mimo gotowości wskazania miejsca uprowadzenia i śladów Milicja nie przeprowadziła nawet wizji lokalnej. Z ramienia Podziemia, sprawę moją bada Anatol Lawina, któremu w moim mieszkaniu zdaje relację z porwania. Z opisanych wcześniej powodów “Nasze Wiadomości” milczą na ten temat – nie publikujemy relacji z tego wydarzenia, nie chcąc wskazywać powiązań organizacyjnych. Informację o pobiciu (z powodów konspiracyjnych występuje jako “21-letni pracownik Politechniki Warszawskiej”) podaje Tygodnik Mazowsze i Radio “Wolna Europa”.

Pod koniec maja ’86 wielki przeżywamy szok i gorycz klęski. Aresztowany zostaje Zbyszek Bujak, legenda podziemia ukrywający się od 13 grudnia, któremu podlegały GO “Solidarni”. Komuna triumfuje – nadają reportaż o jego aresztowaniu w DTV. Do dziś pamiętam to przygnębienie i apatię – Co będzie teraz dalej? Czy podziemie podźwignie się z tej klęski? Podźwignęło się jednak, nad podziw szybko, a nasza Federacja Młodzieży Walczącej żywiołowo rozwija się w całej Polsce.

Z późniejszych form aktywności, pamiętam jak w czasie owej kwarantanny, jeszcze w roku ’86, czekamy z “Czarnym” na wypuszczenie więźniów politycznych na Rakowieckiej. Przed więzieniem zebrał się spory tłum, jednak po chwili pojawiła się Milicja i usunęła wszystkich zgromadzonych, za wyjątkiem “Jacków”, którzy przed bramą AŚ Mokotów wykonywali wyimaginowany remont kapitalny “poważnie uszkodzonego” motocykla. Na chodniku rozłożyliśmy zdemontowane cylinder, rura wydechowe i mnóstwo luźnych narzędzi. Upaprani czarnym smarem byliśmy praktycznie “niedotykalni”. Kiedy okazało się, że ze zwolnień nici, złożyliśmy motor do kupy i odjechaliśmy spod bramy z takim fasonem, że już po przejechaniu może kilometra byliśmy rewidowani przez patrol Milicji na Pl. Unii Lubelskiej – byliśmy jednak czyści jak łzy i puszczono nas wolno.

W ramach drobnej dygresji musze stwierdzić, że rosyjska technika całkiem nieźle na przysłużyła walce z komuną – oprócz aparatów fotograficznych Zenit i Smiena, radioodbiorników VEF do nasłuchu Wolnej Europy i motocykla K-750, do transportu papieru wykorzystywaliśmy pożyczany od niczego nie świadomego kolegi (“Stiopa”, wybacz proszę), wojskowy samochód terenowy GAZ-69. Pomalowany na wojskowo nie budził zainteresowania patroli MO. Do środka można było zmieścić z pół tony papieru i dlatego świetnie nadawał się do zaopatrywania drukarni w papier i szybkiego wywożenia świeżego nakładu “Naszych Wiadomości” i innych drukowanych gazet.

Jeszcze jedno wspomnienie związane z FMW – przez warszawską “konkurencję” nazywani jesteśmy “federastami” (od federacji) albo “wieśniakami’ (przez podobieństwo nazwy naszej organizacji do “ZMW”, skrótu Związek Młodzieży Wiejskiej – oficjalnej PRL-owskiej młodzieżówki) – mi zaś przydzielono w Grupach Oporu “Solidarni” przydzielono ksywę “Wiejski” z której jestem dumny do dziś.

Pożegnanie z Federacją

Po roku kwarantanny, jako 22-letni student Politechniki Warszawskiej nie widzę już w sobie “młodzieńca”. Nie zamierzam, jak wyśmiewani przez nas działacze ZSMP (młodzieżówka PZPR-u, Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej), czuć się młodo do 40-tki. Dalszą działalność prowadzę więc już głównie w GO “Solidarni”. W Federacji pozostają jeszcze przez jakiś czas Artur Dąbrowski i Tomasz Roguski. Wszyscy w ramach dorastania przechodzimy do struktur naszych starszych “braci” i “sióstr” tj. GO Solidarni, NSZZ Solidarność i NZS.

8 marca 1988 wielka manifestacja NZS-u w 20-tą rocznicę Marca ’68. Widać już wyraźnie narastającą falę nastrojów niepodległościowych społeczeństwa, która za chwilę doprowadzi do kapitulacji komunistów. Był to wyraźny powiew świeżego powietrza, po beznadziei drugiej połowy lat 80-tych, kiedy to komuna skutecznie zdusiła wielki, narodowy polski entuzjazm lat 1980-1981. Nie jestem pewien co do roku, ale prawdopodobnie to właśnie wtedy instalujemy naszą “gadałę” na Uniwersytecie Warszawskim.

Nauka na PW nie idzie mi jednak za dobrze, większość wolnego czasu poświęcam działalności opozycyjnej i ukochanym motocyklom. Następstwem braku postępów w nauce jest skreślenie mnie z listy studentów Politechniki Warszawskiej w 1988. Natychmiast upomina się o mnie Ludowe Wojsko Polskie. Mając doświadczenie w poligrafii drukuje sobie fikcyjną kartę szpitalną i tak uzbrojony udaję się na wojskową komisję lekarską. Niestety mam wyjątkowego pecha. Użyty przeze mnie pierwowzór karty szpitalnej całkowicie się zdezaktualizował (zmiana druku, ordynatora i lekarzy prowadzących) i natychmiast w związku z tym zostałem zdemaskowany przez członka komisji, lekarza tego samego szpitala i oddziału, który widnieje na mojej “lipnej” karcie. Dostaję propozycję nie do odrzucenia -“kamasze” albo “odsiadka”. Wybieram to pierwsze i odbieram bilet do Ludowego Wojska Polskiego (LWP), będąc zmuszony do wysłuchania pompatycznej formułki o zaszczytnej służbie socjalistycznej ojczyźnie wyrecytowanej przez pułkownika na WKU. Już po chwili żałuję wyboru – wyraźnie wyczuwa się wiszącą w powietrzu nerwówkę przed zbliżającymi się strajkami ’88. Mam się stawić w jednostce pod koniec kwietnia. Nie śpieszy mi się. W dniu 2 maja wybucha strajk w Stoczni Gdańskiej, ZOMO otacza stocznię, ponownie milkną telefony. Zakładam się z kolegami o jakiś alkohol, że wrócę po miesiącu (wygranej nigdy nie zobaczyłem – podobno wróciłem za wcześnie). Sam sobie golę głowę, by nie dać się upokorzyć fryzjerowi wojskowemu i w dniu 3 maja docieram do jednostki Wojsk Lotniczych w Oleśnicy koło Wrocławia. Przyjmującego mnie na stan oficerowi, mówię że nie miałem czasu stawić się w terminie – podobno mam za to mieć wyznaczoną karę dyscyplinarną. Nie można jednak skazać za nieposłuszeństwo, gdyż przyszedłem bez pomocy WSW. W wojsku nerwowa atmosfera w związku z sytuacją polityczną. Pogadanki z politrukiem uświadamiają mi, że za moment mogę stanąć z AK-47 na ramieniu na przeciwko moich kolegów. To wzmaga moja determinację by się z wojska urwać. Po kilku głośnych awanturach i wizytach u lekarzy “od głowy” zostaję uznany za osobę cierpiącą na “zespół dezadaptacyjny”, czyli mówiąc wprost – za “wariata”. Zadzieram z kilkoma starymi żołnierzami, którzy dowiadują się o moim planie zemsty za nieludzką falę, której poddają “młodych kotów”. Po wyjściu z wojska zamierzałem spowodować, ze dostaną niewinny list z “West Point Military Academy” adresowany na jednostkę wojskową. Już widziałem oczami wyobraźni jak spowiadają się przed oficerem politycznym z tego, czego nie zrobili.

W związku z moimi zainteresowaniami historią II wojny światowej sam prowadziłem wówczas bogatą korespondencje międzynarodową, między innymi z West Point – łatwo było by mi się podszyć pod moje niedoszłe ofiary i napisać list z prośbą o odpowiedź. Na marginesie chcę wspomnieć, że w tamtych czasach, wszystkie listy trafiały do mnie otwarte, z podłużną pieczątką “ocenzurowano” (włącznie z listami z “zaprzyjaźnionej” Ukrainy).

Mój plan zemsty pali jednak na panewce – zdradza mnie kolega, do dziś nie rozumiem dlaczego to zrobił. Zostałem uprzedzony przez jakiegoś młodego żołnierza (dzięki ci chłopie) – z początku mu nie wierzę, potem jednak przekonuje mnie mówiąc mi o szczegółach mojego planu zemsty. Nikt o nich nie wiedział poza mną i zdrajcą. “Stare wojsko” postanawiają zrobić ze mną porządek i nie wypuścić mnie z wojska, z którego miałem wyjść przecież już za 3 dni (nawet nie chcę myśleć co to oznaczało). Ukrywam się przez te kilka dni nocując w śmietniku i krzakach. Błogosławię chwilę, kiedy wojsko wydaliło moje, obce już ciało po zaledwie 17 dniach – to było moje prawdziwe “семнадастъ мгновений весны”. Na pożegnanie LWP wnioskuje o odebranie mi prawa jazdy jako żem “wariat”, a ja cieszę się uratowaniem życia, uciekając zawczasu przed zemstą “starego wojska”. Niezrażony zamachem na moje prawko tryumfująco wracam do Warszawy, gdzie natychmiast zostaje oskarżony przez LWP o uchylanie się od służby wojskowej. Broni mnie mecenas Wiesław Johan z Komitetu Prymasowskiego na Piwnej. Dzięki jego sprytowi, nie zostaje dopuszczona do głosu oskarżycielka, czyli szefowa komisji wyborczej – zagorzała komunistka. Wezwano ją w charakterze świadka, przez dwie godziny taksowała mnie spojrzeniem prokuratora – po 15 minutach rozprawy i wniosku formalnym mecenasa, woźny obwieścił jej że jest zbędna. W chwilę później w zamian za przyznanie się do winy i mojego “obłędu” cieszę się niskim wyrokiem – sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata i o dziwo – nieodebranym prawem jazdy.


Mój motocykl K-750 – jeden z pierwszych “członków” FMW. Stoję koło autobusu (drugi z prawej) rozmawiając z Tadeuszem Janiszewskim – Komisarzem Wyborczym nr 7 Komitetu Obywatelskiego “S” na Grochowie w maju 1989r.

Po wyjściu z wojska włączam się w strajki studenckie w 1988 i 1989 roku. Moim starym sowieckim motocyklem, K-750, służącym dzielnie w FMW od 1984 roku, transportuję na Uniwersytet materiały poligraficzne a potem rozwożę drukowane tam plakaty, bibułę i ulotki. Po Okrągłym Stole włączam się w działalność Komitetu Obywatelskiego “Solidarność”, zamieniając motocykl ogłoszeniowy, przez co notorycznie kontrolowany jestem przez drogówkę. Kleje ulotki i plakaty wyborcze. Rozwożę wydrukowane materiały z drukarni w pierwszej siedzibie Komitetu Obywatelskiego “Solidarność” na Fredry, m.in. do strajkujących studentów na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie jednego z takich kursów, razem z Jankiem Zielińskim wiozę ciepły jeszcze nakład NZS-owskiego pisma CIA (jeszcze wówczas nielegalnego) ukrytego pod… legalnymi już plakatami wyborczymi KO “S”. Dla niepoznaki omijamy bramę główną, kierując się do tzw. Bramy Śląskiej wychodzącej na ulicę Oboźną. Nie mogliśmy zrobić nic głupszego. Po chwili zatrzymuje nas Milicja pilnująca bocznych wejść Uniwerka i rewiduje kosz motocykla. Kłócimy się z milicją, wykrzykując, że materiały KO “S” są legalne. W zamieszaniu tym nikt nie zwraca uwagi na CIA. Milicjanci, nie wiedząc co mają z nami zrobić, czepiają się do stłuczonej lampki w motocyklu. Po chwili wjeżdżamy bez problemu na teren Uniwerku. Wraz z Juliuszem Siudzińskim (znanym kolekcjonerem samochodów zabytkowych) biorę udział w spotkaniach wyborczych, na których mój sowiecki motocykl “eskortuje” jego przedwojenny autobus Polski Fiat 618. Do dziś pamiętam twarze milicjantów legitymujących mnie w trakcie plakatowania, na widok prezentowanego przez mnie oficjalnego upoważnienia “do prowadzenia akcji plakatowej, na terenie dzielnicy Praga Południe”. Staliśmy na przeciwko siebie z dziwacznymi minami, wiedząc że coś tu nie gra… Przecież mieliśmy się bawić w “policjantów i złodziei”, a tu jakieś upoważnienia i legalne plakaty!

Zostaje tzw. mężem zaufania i jako członek Komisji Wyborczej i z ramienia KO “S” nadzoruję przebieg wyborów w jednym z okręgów na Pradze Południe. Po wyborach 1989 roku całkowicie wycofuję się z działalności politycznej.

Wspomnienia te starałem się spisać chronologicznie, przepraszam wszystkie osoby, które pominąłem i za wszystkie relacje, które po ponad 20-latach mogły uległy zniekształceniu lub zatarciu

Na zakończenie pragnę podziękować za wspólną działalność wszystkim kolegom i koleżankom z podziemia, tym wspomnianym wyżej i tym zapomnianym. Chcę podziękować także mojej mamie, która miała ze mną tyle emocji i tacie, który na długo przed rokiem ’80 nauczył mnie słuchać Radia “Wolna Europa”.

Jacek Górski “Wiejski”

Zaczynam pisać po sympatycznej wymianie informacji przy pomocy poczty elektronicznej z Grzegorzem Jaczyńskim, jaka nastąpiła po spotkaniu NZS-owskim na Politechnice Warszawskiej we wrześniu 2005.

Grzegorza nie znałem do tej pory (myślę, że się poznamy), jednak Jego “wspomnienie o Teosiu” (tak zatytułowany był e’mail ), w którym zamieścił trochę zdjęć poruszyło w mojej pamięci zepchnięte gdzieś głęboko tematy związane z latami osiemdziesiątymi, z antykomunistycznymi manifestacjami, nielegalnymi gazetkami i książkami, akcjami ulotkowymi i cała tą atmosferą, jaka panowała wśród ludzi nie akceptujących realnego socjalizmu w wydaniu Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana.

To dość pocieszne, ale wtedy, gdy byłem zaangażowany w działalność antykomunistycznych organizacji otrzymywałem sporo pytań, związanych z podziemiem od sympatyków Solidarności, którzy jednak nigdy nie przekroczyli progu biernego zaangażowania. Na te pytania nie mogłem przeważnie odpowiadać i nie odpowiadałem, często bowiem dotyczyły zbyt konkretnych rzeczy – kto, gdzie, kiedy, jak itp., a ja przestrzegałem zasad konspiracji. Po 1989 roku, a dla mnie po 1991, kiedy uznałem, że można już o wszystkim swobodnie mówić okazało się, że nikogo to już nie interesuje. Tak więc wszystko zaczął przysypywać pył zapomnienia, aż tu po ponad 20 latach od tych wydarzeń dociera do mnie wiadomość, że ktoś zbiera wspomnienia, dotyczące Grup Oporu i chce z tego stworzyć jakąś większą całość. No cóż, może i moja cegiełka się przyda.

Nie mam żadnej wątpliwości dlaczego przystąpiłem do antykomunistycznego ruchu. Powodem było wprowadzenie stanu wojennego 13.12.1981 r. Na studia dostałem się w 1980 – w roku wielkiego przełomu. Chłopak 19 letni przeważnie doprecyzowuje światopogląd, samodzielnie weryfikuje poglądy wpojone mu przez rodzinę, szkołę i środowisko. Rok 1980 i 81 był dla mnie rokiem wielkich, zdumiewających odkryć w tym zakresie. Przede wszystkim dotarła do mnie skala kłamstwa, jakim karmiono nas zarówno w szkole, jak i w życiu publicznym i w mediach. To było po prostu wstrząsające. Wszystkie dziedziny życia, a w szczególności komunistyczna historia, literatura i filozofia przesycone były totalnym kłamstwem. Chodziłem na wykłady, spotkania, wchłaniałem nowe książki, ale nie włączałem się aktywnie w ten ogólnopolski zryw, zmierzający do upodmiotowienia polskiego społeczeństwa. Myślałem sobie – trzeba będzie się w to włączyć, teraz jednak muszę zakorzenić się na studiach, otrzaskać z nowym światem, do którego przez samo zdanie egzaminów na Politechnikę Warszawską i studiowanie jeszcze nie czułem przynależności. Jednak, gdy usłyszałem przemówienie radiowe Jaruzelskiego 13.12.1981 rano powiedziałem sobie – o nie, ta banda nie jest w stanie zabrać mi wolności. W gronie kilku zaufanych kolegów zaczęliśmy dyskusje, co robić, żeby nie dać rzucić się na kolana. W końcu razem ze Zbyszkiem Hurlakiem kupiliśmy farbę i zaczęliśmy malować napisy na murach – Solidarność żyje itp. Dziś nie jestem nawet pewien dokładnej treści. Jednocześnie przekazaliśmy informację Andrzejowi Dusińskiemu ( NZS – owcowi z naszego wydziału – Inżynierii Lądowej PW, którego dobrze znaliśmy i do którego mieliśmy zaufanie), że chcemy włączyć się w coś większego. Za jakiś czas umówił nas z Wiktorem Świerczem (też z naszego wydziału) i tak wciągnęliśmy się do Grup Oporu, choć nie od razu taka nazwa padała. Spotykaliśmy się w akademiku politechniki na ks. Janusza i początkowo nasza grupa stworzona z mieszkańców tego akademika liczyła kilka osób. Pamiętam oczywiście Witka (tak mówiliśmy na Wiktora, naszego szefa), Zbyszka Hurlaka – mojego serdecznego druha i Andrzeja Kalatę oraz Jurka Andrzejuka, który po jakimś czasie odłączył się od naszej grupy i w ogóle od czynnego zaangażowania w “podziemie” Na pewno na początku rzucaliśmy ulotki, czy coś jeszcze robiliśmy np. malowanie murów, klejenie plakatów w tej chwili nie pamiętam. Kiedy były nasze pierwsze akcje ulotkowe? Nie jestem pewien, na pewno jednak w końcu kwietnia, czyli w ramach przygotowań do manifestacji 1 i 3 majowych rzucaliśmy ulotki. Jaką techniką nie dałbym głowy. Nastąpił gorący okres. Akcje ulotkowe, lub plakatowe następowały jedna za drugą, bywało, że wychodziliśmy dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Techniki ulotkowania – “z lontem”, “z ręki” i oczywiście rozkładanie. Było to bardzo stresujące. Życie w ciągłym napięciu. Częste spotkania, omawianie miejsc i sposobu ulotkowania, odebranie towaru i wykonanie akcji. Do tego dochodziła “bibuła”, czyli gazety i książki – na początku pojedyncze sztuki, później coraz więcej, w końcu regularne odbiory, organizowanie “skrzynek”, przekazywanie “bibuły” innym.

Oczywiście cały czas były też jakieś gorące dyskusje o NZS, o Solidarności, o Polsce, zdaje się, że nawet zostaliśmy przyjęci do nielegalnego NZS u, dostaliśmy, lub kupiliśmy niebieskie koszulki z napisem NZS Inżynieri Lądowej, które czasem były przez nas manifestacyjnie noszone. W wakacje trochę oddechu i w nowym roku akademickim, już w nowym akademiku Babilon, do którego po wakacjach się przenieśliśmy od nowa orka na całego – akcje ulotkowe, bibuła, spotkania, dyskusje. Przez Witka poznaliśmy “ostrą” grupę chłopaków z Warszawy, głównie z Grochowa, w której było m.in. dwóch braci – Wojtek (późniejszy szef grupy) i Rysiek Nachiło, a także Stachu Cegliński oraz kilkanaście osób, które znałem jedynie z imienia lub pseudonimu. Współdziałaliśmy z nimi do końca w wielu sprawach. Robiliśmy wspólne akcje, wymienialiśmy się bibułą, dyskutowaliśmy, chodziliśmy na spotkania typu “nielegalne wykłady” np. z J.Kuroniem, A. Drawiczem, J.Staniszkis, czy A. Celińskim (tak, tak, a dziś wylądował u bolszewików!!)

Nie potrafię umiejscowić w czasie, kiedy zaczęły się tzw. “gadały”. Nie wiem również, kto był ich pomysłodawcą i technicznym wykonawcą. Gadała to był magnetofon kasetowy z silnym głośnikiem, który ustawiało się w trudno dostępnym miejscu. Na kasecie nagrane były oczywiście jakieś komunikaty RKW, zakazane piosenki itp. Brałem udział w dwu takich akcjach. Pierwsza w przejściu podziemnym pod skrzyżowaniem Al. Jerozolimskie / Marszałkowska. Zdaje się, że całość wymyślił Witek, jeden z lepszych “pistoletów”, jakich znałem. Włamaliśmy się najpierw do jakiejś kanciapki z ażurowymi drzwiami, zamkniętymi na kłódkę. Drzwi wychodziły bezpośrednio na przejście podziemne. Ustawiliśmy gadałę, Witek włączył magnetofon z nagraniem tak ustawionym, że jakiś czas nie było głosu, zamknęliśmy kanciapkę i założyliśmy nową kłódkę. Odeszliśmy na bezpieczną odległość zerkając, czy nikt nas nie obserwuje. Za jakiś czas odzywa się głos naszej, choć przygotowanej gdzie indziej i przez kogoś innego audycji. Tłum, przechodzący zatrzymuje się. Hurra, ludzie słuchają. Nagle do kanciapki podchodzi jakiś młody facet, szarpie za kłódkę, coś gniewnie wykrzykuje. Gdy z tłumu rozlega się pomruk niezadowolenia, sięga po pistolet. Na szczęście nie strzela. Ludzie pierzchają, my razem z nimi – szczęśliwi, że się wszystko udało.

Druga akcja z “gadałą” to ustawienie jej na dachu budynków sąsiadujących z więzieniem na Rakowieckiej. To musiało być już gdzieś w roku 1983. Audycja przeznaczona była dla więźniów politycznych. Mojego w niej udziału dokładnie nie pamiętam. Zdaje się, że byłem na rozpoznaniu razem z Witkiem, a w samej akcji uczestniczyłem jako obstawa. Akcja wykonana była większymi siłami i główne skrzypce grała w niej grupa Wojtka Nachiło. Udało się ustawić gadałę i nadać audycję dla więźniów bez wpadki. Już z opowiadania pozostawionego obserwatora wiem, że w kilka minut od początku audycji zrobiło się w tej okolicy niebiesko od milicji, co oczywiście sprawiło nam dużą radość, tym bardziej, że nas już tam nie było.

Uczestniczyłem w większości manifestacji, jakie odbywały się w Warszawie w tym czasie. No bo jak mogłem inaczej. Rzucałem ulotki, żeby ludzie manifestowali i protestowali, a sam bym siedział w domu? Manifestacje należały do kolorytu tamtego czasu. My wychodziliśmy na ulice i krzyczeliśmy Solidarność, Solidarność oni nas pałowali, obrzucali gazem łzawiącym i polewali wodą z armatek. Słyszałem od innych kolegów o jakimś sterowaniu manifestacjami, podsłuchach dowodzenia milicyjnego, rzucaniu kolców pod transportery co miało miedzy innymi być jednym z zadań GO, ale sam się z tym nie zetknąłem.

Na początku grudnia 1982 r. zdarzyła się nam wpadka na tzw. “gorącym uczynku”. Było to plakatowanie miasta w ramach podgrzewania atmosfery przed pierwszą rocznicą wprowadzenia stanu wojennego. Kleiliśmy we dwóch ze Zbyszkiem Hurlakiem w samym centrum, jakoś tak późno wieczorem. Nagle Zbyszek zauważył jakiś patrol. Przeszliśmy w inne miejsce. Zbyszek chciał zakończyć akcję. Miał rację, ale przekonałem go, że dokleimy jeszcze resztę i zrywamy się. Zaszli nas z drugiej strony. Usłyszałem łomot wojskowych butów, kątem oka zobaczyłem, że jeden zdejmuje w biegu z pleców pistolet maszynowy, usłyszałem ostre okrzyki “stój, bo strzelam”, albo coś podobnego. Nie uciekaliśmy. Zaprowadzili nas na komendę milicji na Wilczą. Gliniarze oglądali nas jak w ZOO, co trochę jakiś przechodził i rzucał kąśliwą uwagę. Ale o dziwo (vivat biurokracja!!!) jakiś czas zostawili nas zupełnie samych. Nie było komu zająć się nami. Zanim przylazł pierwszy na przesłuchanie, już uzgodniliśmy podstawowe fakty i linię obrony. Potem przerzucili nas do aresztu śledczego na terenie mokotowskiego więzienia (Rakowiecka 37,o ile mnie pamięć nie myli pawilon 3, oddział 2). Dominujące wspomnienie z tego czasu to brzęk kluczy, stukot butów po stalowych pomostach, kraty, druty, rury, blachy. Gdy zatrzasnęły się za mną drzwi celi byłem pewien, że w zamknięciu spędzę minimum dwa lata. Z tzw. “dekretu” (Dekret o stanie wojennym) minimalne wyroki wynosiły dwa lata. Okazało się coś zupełnie innego. 13 grudnia ‘ 82 władza ludowa ogłosiła zawieszenie stanu wojennego i amnestię, a nas wypuścili po niecałych trzech tygodniach od aresztowania, dokładnie w wigilię Bożego Narodzenia. Jakiś czas po wyjściu z aresztu dowiedziałem się, ze tej samej nocy wpadł Wiktor Świercz oraz Rysiek Nachiło i Stachu Cegliński. Wyszli jakiś tydzień później.

Na jakiś czas trzeba było przycupnąć…

Zająłem się studiami. Cel podstawowy – zaliczyć sesję zimową. Na uczelni otrzymaliśmy pełne wsparcie ze strony kadry naukowej. Pomimo nacisków ze strony SB nie tylko nie zgodzono się nas wyrzucić ze studiów, ale roztoczono nad nami opiekę. Mną i Zbigniewem opiekowali się dr Wojciech Grodecki ,specjalista od budowli podziemnych i dr Wojciech Radomski – mostowiec .Obaj byli pracownikami naukowymi Politechniki Warszawskiej wydział Inżynierii Lądowej. Rewelacyjni ludzie. Zawsze chętni do pomocy, dyskretni, kulturalni i na poziomie. Pomagając nam sami też się narażali. Nikt przecież nie wiedział, jak rozwinie się sytuacja ogólna. Przy późniejszych wpadkach i aresztowaniach zawsze któryś pojawiał się na rozprawie, jako przedstawiciel uczelni i oświadczał, że ten oto “student zatrzymany właśnie przedwczoraj przez milicję na manifestacji ma bardzo dobrą opinię i jest uczelni bardzo potrzebny”, lub coś podobnego w zależności od okoliczności. Po zaliczeniu półrocza i sesji znów powoli zaczęliśmy wciągać się ponownie w “tematy”. Zbyszek już do ulotkowania nie wrócił, zaczął ciągnąć inne sprawy. Ja ulotkowałem już raczej z doskoku tzn. w bardziej “gorącym” okresie, albo czasem tak dla sportu. Powoli główny ciężar naszych działań zaczął przechodzić na kolportaż prasy, książek, sami próbowaliśmy coś wydawać (m.in. udało się wydrukować trzy książki :”Polska zgwałcona” Mikołajczyka, “Myśli staroświeckiego Polaka” Wierzbickiego oraz “Konspira”), prowadziliśmy bibliotekę “podziemną”, współorganizowaliśmy (razem z Markiem Więzowskim) druk dwutygodnika “Kos” (drukarzami byli nasi koledzy Wiesiek Borkowski i Czarek Oleksiak) i robiliśmy wiele innych absolutnie nielegalnych rzeczy. Jednak w 1983 roku sporo chodziłem jeszcze często na ulotkowanie, głównie z Andrzejem Kalatą. Rzucaliśmy prawie wyłącznie “z ręki”. Była to technika szybsza i nie wymagała dużych przygotowań. Brało się po prostu jedną, lub dwie paczki ulotek i wchodziło w tłum np. na ruchliwej ulicy. W pewnym momencie rzucało się ulotki nad głowami tłumu i “w długą”. Ulotki rozsypywały się w piękny warkocz i opadały na ludzi. Jeden rzucał, drugi obstawiał. Następnym razem zmiana. Wcześniej dość często rzucaliśmy ulotki “z lontem”. Polegało to na znalezieniu odpowiedniego okienka np. na klatce schodowej, ale koniecznie musiało wychodzić na uczęszczany plac, lub ulicę. Zawieszało się paczkę z ulotkami, owiniętą żyłką z lontem. Podpalało się lont i opuszczało lokal. Za dwie, trzy minuty z bezpiecznej odległości można było obserwować reakcję ludzi na sypiące się “z nieba” ulotki. Ta technika wymagała jednak wcześniejszego rozpoznania, była bardziej pracochłonna- dlatego ją zarzuciliśmy.

Zdarzył nam się raz niezbyt przyjemny wypadek. Umówiliśmy się, że rzucamy na bardzo ruchliwym chodniku przy domach Centrum. Andrzej rzucał, ja obstawiałem. Nie miał w co wcześniej włożyć ulotek i pożyczył ode mnie skórzaną torbę, którą dostałem od mamy na gwiazdkę. Wyciąga z torby ulotki, rzuca i w chwilę później ledwo wymyka się z rąk dwóch gości, którzy rzucili się na niego. Widzę jak jeden łapie go za rękę, ale zostaje mu w ręku jedynie moja torba. Andrzej wężowym ruchem wyrywa do przodu, leci jak pies Huckelbery – z telewizyjną, niewiarygodną prędkością, wskakuje na maskę jakiegoś auta i błyskawicznie odstawia SB-eków. Po jakiś stu, dwustu metrach poddali się. Ja ruszyłem za nimi w pewnej odległości. Zatrzymali się przy wystawie. Przechodząc obok nich usłyszałem – “ty głąbie, trzeba było mu nogę podłożyć”. Uważnie patrzyłem – torby nie mieli. SB ek musiał ją zaraz upuścić w pościgu. Poleciałem szybko na miejsce, gdzie Andrzej rzucał ulotki. Torby już nie było. Była ona ważna z dwóch powodów : po pierwsze był to dla mnie cenny prezent, po drugie zostawiłem w niej lekkomyślnie zeszyt, po którym mogłem zostać rozpoznany. Spotkaliśmy się w akademiku, szczęśliwi, ze tak to się skończyło. Później, gdy omawialiśmy sytuację w większym gronie okazało się, że to miejsce wybrały sobie wcześniej już dwie ekipy ulotkowe i SB ecja zastawiła pułapkę. Na szczęście nieskuteczną.

Z ciekawszych akcji Grup Oporu RKW “Solidarni” opisałbym jeszcze jedną, z którą zetknąłem się. Była to akcja we Wrocławiu. Daty dziś nie pamiętam, ale gdybym miał strzelać to powiedziałbym gdzieś tak w 1985 r. Byłem wówczas starym, doświadczonym, pracującym z wielkim zaangażowaniem konspiratorem, który otarł się kilkakrotnie o areszty (Rakowiecka, Wilcza, pałac Mostowskich i Cyryla Metodego). Wojtek Nachiło spytał mnie, czy nie wziąłbym udziału w takiej akcji wyjazdowej. Pomysł spodobał mi się, zgodziłem się chętnie. Tym razem miało być coś wyjątkowego. Sekcja techniczna opracowała nową metodę rzucania ulotek. Do odpowiednio skonstruowanej rury z lekkim ładunkiem wybuchowym wkładało się ulotki, po ustawieniu jej w odpowiednim miejscu zapalało lont i ulotki wyskakiwały w powietrze. Wiedziałem już wcześniej z opowiadań, że takie próby były czynione, ale w praktyce miałem spotkać się z tym po raz pierwszy (i zresztą ostatni). Do dziś nie znam dokładnych przyczyn, dla których ekipa kilkunastu młodych ludzi z Warszawy ulotkowała we Wrocławiu. Dostaliśmy wiadomość, że mamy wesprzeć tamtejszą Solidarność. Dziś nawet nie pamiętam, jaka była treść ulotek, ani z kim byłem w parze do wyrzutnika ulotek (chyba z Witkiem). Niewykluczone, że chodziło o wsparcie Frasyniuka w jego rywalizacji z Solidarnością Walczącą, która była dość mocna we Wrocławiu. Akcja powiodła się, zdecydowana większość ulotek poszła w górę, nikt nie wpadł. W telewizji mówili wówczas o grupie terrorystycznej i pokazywali jakąś przestraszoną hukiem kobietę. Zdaje się, że ze względu na potencjalne zagrożenie dla organizatorów i osób postronnych ta “wybuchowa” technika ulotkowania nie była więcej stosowana.

Do tej pory bardziej koncentrowałem się na faktach, starając się jednocześnie oddać ducha czasów. Jaka była jednak istota naszego zaangażowania? Dlaczego ryzykowaliśmy, zamiast spokojnie sobie studiować? Jeżeli chodzi o mnie, to pierwszym impulsem był bunt przeciwko temu, że komuna chciała mi zabrać coś ważnego. Tak odczuwałem wprowadzenie stanu wojennego i te wszystkie zakazy. Jednak w miarę upływu czasu szukałem identyfikacji pozytywnej. Dość szybko zorientowałem się, że środowisko postkorowskie mi nie odpowiada. Lektury “Krytyki”, czy “Vacatu” uświadomiły mi, że jest to środowisko posiadające inny system wartości niż mój, w którym wiara w Boga i 10 przykazań były fundamentem. Z sympatią odnosiłem się do środowisk określających się jako patriotyczne, niepodległościowe oraz korwinowców. Powoli sprzeciw, bunt przeciwko rzeczywistości realnego socjalizmu schodził na dalszy plan, a na pierwszy wysunął się świadomy (bo poparty dużą liczbą lektur) patriotyzm i szacunek dla polskich tradycji. Doszedłem wreszcie do konstatacji, że całe to osobiste poświęcenie i ryzyko ma sens, bo tworzymy wspólnotę narodową i każdy powinien coś oddać dla dobra wspólnego. Praktycznie wszyscy, których znałem oprócz “knucia” dużo czytali, dużo również dyskutowaliśmy, czasem w przelocie np. podczas odbierania partii gazetek ze “skrzynki”, albo na spotkaniach towarzysko-organizacyjnych. Pamiętam np. burzliwe spotkanie w Babilonie, na którym mogło być ze dwadzieścia osób. Musiało to być w 1983 roku. Chyba po raz pierwszy widziałem wówczas Teodora Klincewicza, szefa Grup Oporu, którego Witek przedstawił nam jako Rafała. Przyczyną spotkania był ferment panujący od jakiegoś czasu w naszych szeregach. Byliśmy od wprowadzenia stanu wojennego prawie cały czas na wysokich obrotach. Ulotki, manifestacje – permanentna akcja. A tu tymczasem masowy opór społeczny wobec WRON – y zaczął powoli przygasać. Komuna natomiast miała się całkiem dobrze. Wielu z nas myślało (ja do nich również należałem), że trzeba ostrzej, w podtekście, żeby wysadzać bolszewickie pomniki, zbierać broń itp. Nie pamiętam argumentów Rafała – był jednak przeciw. Byliśmy młodzi, mieliśmy gorące głowy, ale ten zapał do ostrzejszych metod walki nie mógł być zbyt mocny, ponieważ wkrótce przygasł. Nie zamienił się w czyn. Atmosfera musiała być wszędzie podobna i wkrótce w podziemnej prasie ukazało się sporo artykułów, że Solidarność to ruch pokojowy, że to jest jego siła, stawiano Ghandiego za wzór, a ponieważ my oprócz tego, że niejednokrotnie drukowaliśmy i kolportowaliśmy prasę, to ją również czytaliśmy, przeważnie od deski do deski to artykuły te do nas również docierały.. Treści tam zawarte oczywiście bardzo na nas wpływały. Tak więc dotarło do nas, że nie otrzymamy wsparcia od naszego dowództwa i w związku z tym nie należy szukać broni.

Klincewicza widziałem raptem kilka razy i w latach osiemdziesiątych nie poznałem w ogóle jego nazwiska. Najpierw znałem go jako Rafała, potem zdaje się, że po jakiejś odsiadce przyjął ksywkę Borys. Gdy Witek wpadł w ręce towarzyszy po raz drugi i został posadzony na kilka miesięcy spotkałem Klincewicza po raz ostatni. Przedstawił mnie Tadeuszowi (też pseudonim), który jakiś czas był moim głównym kontaktem do Grup Oporu. Po jakimś czasie i ten kontakt się zerwał i ze sprawami GO miałem do czynienia przez Wojtka Nachiło i to również z rzadka . W międzyczasie dopinałem inne sprawy np. skład książek wydawnictwa Pokolenie, skrzynkę przerzutowa dla prasy i książek oraz wymienione już wcześniej przeze mnie inne inicjatywy, nie byłem więc bezrobotny.

Tadeusz to jedna z zagadek z tamtego czasu, której nie próbowałem i nie musiałem rozwiązywać. Jakiś czas po zerwaniu się z nim mojego kontaktu rozeszła się wieść, że wprowadził go do “podziemia” agent SB, który został zdemaskowany w sprawie MRKS – u, niejaki Miastowski. Mnie ta historia w pewnym sensie mogła dotyczyć, bo miałem przecież z nim kontakty, ale w momencie gdy zaczęły krążyć informacje, że Tadeusz jest również agentem nie miałem już z nim do czynienia, choć pomimo to czułem się lekko zagrożony. Oczywiście chciałbym wiedzieć dziś, jak było naprawdę.

Tyle moich wspomnień z tamtego czasu związanych z Grupami Oporu RKW “Solidarni”. Nie starałem się opowiadać zbyt szeroko, ale z drugiej strony nie mogłem ograniczyć się jedynie do akcji. Czasem trudno byłoby przyporządkować jakieś konkretne działanie do Grup Oporu, ponieważ w pewnym momencie różne wątki zaczęły się przeplatać, nowe pomysły nawet zrodzone w środowisku GO nabierały pewnego rozpędu i w konsekwencji stawały się samodzielnym bytem. Nie jestem w stanie w ogóle powiedzieć, kiedy zakończyłem współpracę z GO. Prawdopodobnie była to jakaś wspólna akcja z Wojtkiem Nachiło, lub Andrzejem Kalatą gdzieś koło 1985, albo 86 roku, być może właśnie ta wrocławska wyjazdówka, albo jakaś z akcji ulotkowych. W pewnym momencie moje zainteresowania poszły bardziej w kierunku druku i kolportażu książek i tym zajmowałem się do 1987r, kiedy rozstałem się z “podziemiem” po skończeniu studiów i zmianie stanu cywilnego.

Ruch wydawniczy, samoorganizacja społeczna, manifestacje były wg. mnie właściwą dla tamtego czasu odpowiedzią na próbę powrotu do realnego socjalizmu, jaką podjął Jaruzelski z towarzyszami 13.12.1981. Znalazłem się w samym środku tego ruchu, jako jego aktywny współuczestnik. Od pewnego momentu traktowałem nasze zaangażowanie jako naturalną kontynuację powstań narodowych, czy działalności Armii Krajowej, choć oczywiście rozumiałem różnicę w stopniu ryzyka – akowcy płacili życiem, my mogliśmy posiedzieć jakiś czas w więzieniu, lub mieć kłopoty ze znalezieniem pracy. Choć z drugiej strony do dziś jest niewyjaśnionych ok. 100 morderstw działaczy opozycji, lub osób czynnie sprzeciwiających się systemowi komunistycznemu w latach 80tych także stawka czasem była znacznie wyższa, czego wówczas byliśmy świadomi.

Marek Głowacki

Stan Wojenny

Początek 13 grudnia wychodzę z domu i jadę pod Region – sam nie wiem po co, ale czuję ,że coś trzeba zrobić (żona do dziś mi wypomina tamto wyjście, mówiła wtedy “masz dziecko, nie idź, o ja jej na to, że właśnie dlatego muszę iść bo kiedyś dziecko mnie zapyta – co wtedy robiłeś?) Pod Regionem już spokój, kilka osób, trochę milicji, jakieś rozmowy. Nic tu po mnie. Następnego dnia jadę do mojej Komisji Zakładowej (przy Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami) wprawdzie już od jakiegoś czasu nie pracuje, ale nadal jestem v-ce Przewodniczącym KZ, wywołuje koleżanką (Małgorzata Zembrowska) namawiam na działanie – wyprowadzamy stamtąd powielacz spirytusowy (niestety), papier, matryce i inne potrzebne być może rzeczy. Przewozimy to wszystko do Jej mieszkania .Małgosia i Jej mąż Marian byli więc pierwszymi ludźmi z którymi, zaczynamy. Dzień później udaje mi się odszukać Marka Hołuszko (dzisiaj Ewa Hołuszko) i wspólnie próbujemy coś zrobić. Marian Zembrowski i Małgosia rysują i drukują plakaty, funkcjonuje punkt kontaktowy w ich mieszkaniu na Bacha (to stamtąd mnie w 1982 zgarnęli). Razem z Markiem spotykamy się z jakimiś ludźmi z zakładów warszawskich – jedne spotkania przynoszą nadzieje, inne mogą załamać. W zakładach Marek ma więcej kontaktów i To On organizuje MKK (Międzyzakładową Komisję Koordynacyjną), mnie bardziej interesują działania na ulicy. Tak mija grudzień, styczeń, luty. MKK powoli nabiera form organizacyjnych, a ja tworzę zalążki grupy tzw.” specjalnej”. Jakoś w lutym 82 r. mam już w piwnicy dużo papieru dostarczanego mi przez znajomych, znajomych znajomych i mniej znajomych. Umawiam się z Markiem(Ewą), że przyśle kogoś po odbiór i faktycznie w wyznaczonym czasie zgłasza się (szok!) moja koleżanka z podstawówki – Jola Hałat. Tak więc poznaję Jej męża -Kazika i wielu ,wielu ludzi, którzy później współpracowali ze mną w mniejszym, bądź większym stopniu. U Joli i Kazika poznaje m. in. Wieśka Piątkowskiego, Adama Krassuskiego, Tadka Janiszewskiego, Krzyśka Jankowskiego, wspomnę tylko kilka tych nazwisk. Kazik choć zaangażowany w działalność innych struktur stanowił nieoceniona pomoc, zawsze mogłem liczyć na transport (taksówka bagażowa _Żuk) i na pomoc w różnych działaniach. Z transportem zresztą nie miałem kłopotu do końca. Zawsze mogłem liczyć na mojego przyjaciela z lat szkolnych Krzysztofa Rudkowskiego, wszelkie materiały przewoziłem też bezpiecznie taksówką należącą do Tadka Kostrzewy ,woził Wiesiek Piątkowski i Tadek Janiszewski a poźniej doszedł do tego maluch Elżbiety Pachniak).Przed majem 82 nawiązuje kontakt z Adą Wróblewską (to kolejna koleżanka z podstawówki) i Jej mężem Piotrem- zajmują się początkowo kolportażem, później także opracowaniami graficznymi i drukiem. Dzięki Adzie nawiązuje kontakt z ówczesnymi pracownikami PGM WOLA :Januszem Pachniakiem, Tomkiem Karpińskim, H.Talmą, K.Kujawą i innymi (wymienionymi w akcie oskarżenia) Początkowo są to spotkania, rozmowy, wzajemne ” wybadywanie się”. I chyba w maju zatrzymują mnie na Placu Zwycięstwa, kolegium, wspólne zbieranie pieniędzy na wykup (zresztą później prowadzący śledztwo kpt. Celewski z nieukrywanym żalem stwierdził ” że przecież już mnie kiedyś mieli”) Na wspólnym “dołku ” poznaje kilku świetnych ludzi, których nazwisk nie pamiętam, ale po tym zdarzeniu na pewno pojawia się p. Barbara Janczak – mieszka na tym samym osiedlu co ja i …… kolejny punkt kolportażu, a co ważniejsze Jej syn Andrzej przyłącza się do grupy- a mój dwuletni syn staje się pupilkiem w żłobku.
Cały czas odbywają się spotkania w ramach MKK, czasem organizowane w “moich ” punktach, coraz częściej jednak gdzie indziej. Koło czerwca chyba nawiązuję kontakt ze mną Jacek Turski – student polonistyki tworzący wraz z kolegami gazetkę DRUK. Staram mu się pomóc, gazetka wychodzi ma całkiem niezły kolportaż i dostęp do informacji.
A propos studentów polonistyki – pamiętam spotkanie MKK odbywające się na Grochowskiej(Wiatracznej) gdzie jednym z uczestników był Maciek Zalewski z WOLI, a na spotkanie przyszło kilku młodych ludzi- Maciek wypada ze spotkania wściekły, sypiąc przekleństwami ” co to za konspiracja jak tu większość to moi słuchacze i jak ja mam później z nimi pracować”- wszystko to oczywiście przerywane odpowiednimi wstawkami.
Jak wspomniałem MKK działa w Zakładach i tylko czasem potrzebuje akcji zewnętrznych – kolejne spotkanie na Żoliborzu z “dowództwem” MKK (Marek Hołuszko, Marian Parchowski i paru innych) i…… kolejna różnica zdań na temat form działania, a do tego jeszcze niezrozumiała dla mnie “konkurencja” z MRKS.

Grupy Oporu “SOLIDARNI”

Nie pamiętam jak i kto skontaktował mnie z Teosiem- miało to miejsce w czerwcu 82 r., spotkanie odbyło się na (chyba) Saskiej w mieszkaniu pełnym pamiątek z podróży (jakieś maski, afrykańskie gadżety itp.) .Rozmowa – Teoś opowiada o zamierzeniach, podoba mi się i umawiamy się na następne spotkanie, tym razem w kawiarence na Francuskiej. Kolejne spotkanie i …..omawiamy sprawę ” zabezpieczenia” demonstracji 31 sierpnia 82. Kolce, butelki i inne akcesoria(w tym RMG- ręczne miotacze gazowe- jedyne które się do czegoś nadawały). “Konspiracja” : hasła, punkty kontaktowe (gdzieś na Prostej) i jak w piosence Pogodnego… adres nie ten, pomylone mieszkanie…. Sąsiad, który mówi: “oj to chyba piętro wyżej”, a osoba która miała być wyszła po zakupy.
Mimo to zaczęła się współpraca z Grupami i trwała z przerwami do 1985 r. Ulotki, malowania, obstawa innych grup (tablica na Barbakanie – wtedy bardzo ładnie obmalowaliśmy siedzibę prokuratury przy Krakowskim Przedmieściu)… pełne ręce (czasem dosłownie) roboty.
Na 1 listopada 1982 roku moja grupa podejmuje się postawienia 7-metrowego Krzyż z tablicą poświęconą ofiarom stanu wojennego w okolicach Dolinki Katyńskiej na Powązkach. Krzyż i tablicę załatwia Teoś, transport ja (a ściślej mówiąc Kazik Hałat).
Akcja wg założeń ma wyglądać tak- stawiamy krzyż, a rano ma przybyć na miejsce grupa ludzi składając pod nim kwiaty. Nie wszystkie założenia jednak wychodzą – zamiast delegacji z kwiatami na cmentarzu pojawiła się ubecja. Doszło do bezpośredniego starcia i zatrzymania najmłodszego z grupy- Tomka Karpińskiego (niestety uciekał w niewłaściwą stronę). Seria aresztowań i właściwie większość z uczestników wpada w łapy ubecji.
Kilka dni później wpadam i ja w sposób dziwny i dość zaskakujący.
Po spotkaniu z Teosiem, na którym zdałem relację z akcji pojechałem na Bacha do Małgosi i Mariana Zembrowskich tak na wszelki wypadek powiedzieć żeby pozbyli się powielacza i materiałów. Miałem być tam tylko chwilkę, ale byłem zmęczony, niewyspany i głodny.
Małgosia zaproponowała obiad, a ja w oczekiwaniu zdrzemnąłem się. Przebudzenie nie było miłe – w mieszkaniu była ubecja, spokojnie, grzecznie prowadzali przeszukanie. Wyciągnęli powielacz, jakąś prasę, ulotki – udawałem wielkie zdziwienie, że coś takiego u nich jest i wyglądało na to, że nie wiązali mnie ze sprawą. Miałem być świadkiem rewizji.
Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie po wejściu do mieszkania ubeka, którego trafiłem na cmentarzu. Jedno spojrzenie….. i już nie było tak grzecznie- natychmiast mnie skuli, zrewidowali (mocno spóźnione działanie, bo wszystkiego co miałem pozbyłem się wcześniej, gdy mogłem swobodnie chodzić do łazienki) no i chwilkę później wyprowadzili skutego do dwóch potężnie zbudowanych ubeków. Jeden szedł przed nami a czwarty odbezpieczył pistolet mówiąc ,że będzie w razie próby ucieczki strzelał. Zapytałem tylko jak sobie wyobraża moją ucieczkę z tymi dwoma po bokach. Czarna Wołga i jazda… jedziemy wzdłuż Wisły i jeden z nich pyta czy słyszałem o topielcach, mówię ,że tak ,ale mam prośbę, ostatnią być może.. niech mnie wywiozą dalej bo tu woda brudna. Zastraszanie się skończyło. Wjeżdżamy do Pałacu Mostowskich – tu przywitanie “hrabia Mostowski wita w swoim pałacu hrabiego Rzewuskiego” i trafiam do kpt. Celewskiego, który mówi ” mamy na Pana to i to i co Pan na to, Pan przemyśli a tym czasem chce się z Panem spotkać mój szef -płk. Adamski (chyba). Wprowadzają mnie do gabinetu, gdzie zastaje dwóch : wspomnianego Adamskiego (a może Adamczyka) i jakiegoś z MSW (nazwiska nie zapamiętałem choć się przedstawiał) Rozmowa w skrócie : Pan skontaktuje nas z Bujakiem a my załatwimy wyjazd, zwolnienie itp. Odpowiadam, że nawet jakbym wiedział gdzie jest to i tak nie sądzę bym im mógł to powiedzieć. Pytanie- Pan wierzy w to co robi? Odpowiedź – Tak i rozmowa między nimi “widzisz, mówiłem ,że z nim się tego nie da”
Z płk. Adamskim spotkałem się raz jeszcze już na Rakowieckiej. Wezwał mnie do swojego tam gabinetu, żeby zapytać jak się czuje po liście do Jaruzelskiego podpisanym kapral Wałęsa.
Noc na dołku, przesłuchanie, noc na dołku i na Zimną do prokuratury wojskowej. Sprawę prowadzi ppor. Marek Walczyk -zarzuty i postanowienie o tymczasowym aresztowaniu.
Muszę tu wstawić pewną dygresję – W wielu wspomnieniach słyszałem jaki to z tego Celeskiego i Walczyka kawał s……syna, jak znęcali się nad ludźmi….być może i tak było, ja jednak w swoich z nimi wymuszonych kontaktach tego nie odczułem. Wprost przeciwnie – byli grzeczni, uprzejmi i choć stali po przeciwnej stronie…….nie mogę im zarzucić braku kultury. Mało tego to właśnie Walczyk wydał zgodę na moje uczestnictwo w pogrzebie babki, wprawdzie cały czas w asyście i skuty ale przez chwilę poza murami.

Areszt Śledczy Rakowiecka (6.11.82 do 6.08.83)

Na najbliższe 9 miesięcy to mój nowy adres. Trafiam do pawilonu III oddz. III.
W celi(a może właściwiej pod celą) jakiś aferzysta, nie pamiętam nazwiska, młody sympatyczny i Robert Chenoir- kapuś, podający się za działającego w służbie zdrowia. Podejrzanie często wzywany i wracający z przesłuchań jakoś zadowolony. W takim składzie mijają pierwsze dwa miesiące. Miesiące drobnych potyczek z klawiszami – głównie o sposób ścielenia łóżka i składania ubrania. Ci co tam byli wiedzą o czym mówię, innym postaram się trochę przybliżyć. Składanie ubrań oczywiście w tzw. kostkę a łóżka w szyny. Tymczasem ja postanowiłem łóżko zaścielać tylko kocem, a ubranie składać tak sobie. Przez cały mój pobyt szła o to walka- raporty, wezwania do Naczelnika, w końcu kara tzw. twardego łoża(izolatka).
Nie pomogło, do końca mimo obietnic Naczelnika, że mnie osobiście nauczy. Chcieli też mnie nauczyć meldowania się u Naczelnika czy tzw. Wychowawcy – bezskutecznie. Jak podobno mówił naczelnik do mojej żony, kiedy ta składała wniosek o paczkę- tak krnąbrnego więźnia jeszcze nie miał.
Po pobycie w izolatce zmiana składu pod celą – przez najbliższe sześć miesięcy siedzę razem z Jankiem Rulewskim, Długi czas siedzimy we dwóch, czasem wrzucają nam do celi jakiś ludzi, po paru dniach zabierają, później dołącza do nas Edek Mizikowski z MRKS. Od naszej celi nikt już chyba nie oczekuje ścielenia łóżek czy składania ubrań. Pogodzili się także z formą zwracania do tzw. Wychowawcy – tak to właśnie wyglądało tzw. Wychowawca.
Monotonię przerywają przesłuchania, czasem informacje wykrzykiwane przez okno i niewątpliwie audycja (gadała) – to naprawdę było coś ważnego, tam za murami.
Zbliża się wizyta Papieża, ktoś rzuca pomysł zorganizowania postu do którego oczywiście się przyłączamy. Po 7-dniowym poście postanawiamy w naszej celi kontynuować dalej. Jesteśmy we trzech Janek, Edek i ja. Piszemy oświadczenie, że w intencji zgody itd. postanawiamy pościć tzn. nie przyjmować posiłków z wyjątkiem płynów przez kolejne dni. Celę naszą wizytuje naczelnik, który usiłuje odwieść od pomysłu- bezskutecznie-Mało tego próbujemy przekonać go ,że intencja jest ze wszech miar słuszna i właściwie powinien się do nas przyłączyć i biedak nie bardzo wie co ma powiedzieć. Następnego dnia rano rozbijają naszą celę. Do czasu obiadu siedzę sam- odmawiam posiłku, wezwanie do naczelnika, który twierdzi, że sam pozostałem a reszta się wycofała- odpowiadam, nie szkodzi, choć nie wierzę, że Rulewski zrezygnował. Wracam do celi -po jakimś czasie wrzucają do mnie jakiegoś oszusta karcianego prowadzącego głodówkę. Od niego dowiaduje się ,że Janek trafił do celi głodówkowej (sami kryminalni) i miał podobną co ja rozmowę z naczelnikiem i choć nie umawialiśmy się bardzo podobnie odpowiedział.Jest to już czas mojego procesu. Odmawiając posiłku w trakcie widzenia podczas przerwy w rozprawie zyskuje chyba jakieś uznanie u klawiszy – przymykają oko gdy przekazuje żonie zdjęcie tablicy, które udało mi się zabrać z akt sprawy.
Rozprawa w toku, prokurator żąda 4,5 roku, sąd przed mową obrońców zarządza przerwę, przerwa się wydłuża, aż w końcu sąd uznaje, że nie jest właściwy do rozpatrywania tej sprawy. Wiadomo, że amnestia choć z przepisów nie wynika wprost ,że mnie obejmuje.
Papiery gdzieś wędrują między sądami i dopiero 6 sierpnia zostaje zwolniony.

Grupy Oporu ciąg dalszy

Po wyjściu chwila odpoczynku – wyjeżdżam nad Wigry, zimno, ciągle pada deszcz- kiepski ten urlop. Odwiedza mnie tam Tomek Karpiński, mimo odsiadki (niedługiej wprawdzie, ale zawsze, na Rakowieckiej obchodził swoje 18 urodziny) chce coś robić dalej. Umawiamy się po moim powrocie. Na spotkanie przychodzi z Januszem Pachniakiem i jego żoną Elżbietą.
Dołącza do nas Andrzej Janczak – jeden z nielicznych uczestników akcji stawiania Krzyża, który nie wpadł.. Są niezawodni Jola i Kazik Hałat i wiele osób związanych ze mną wcześniej. Pierwszą naszą wspólną akcją jest postawienie w tym samym miejscu co stał krzyż repliki tablicy. Spotykam się z Teosiem i wracamy do działania. Znowu ulotki- cały czas poszukuje bezpieczniejszego i bardziej efektownego sposobu ich rozrzucania. W grudniu 83 poznaje Mariusza Zielińskiego, dość szybko staje się moim zastępcą. To on podchwytuje moje czasem głośne myślenie o jakimś innym sposobie rozrzucania ulotek-poznaje mnie ze swoim krewnym Krzysztofem Michalskim. Krzysiek, konstruktor w ZWUT ma swoiste hobby – otóż na każde święta i nie tylko, buduje petardy. Wspólnie szukamy rozwiązania – materiał pirotechniczny jest, trzeba tylko wymyślić jak go użyć. W pracach bierze też udział kolega Krzyśka Grzegorz Podbielski. Pierwsza próba- w styczniu 84- stalowa rura wypchana gazetami i środkiem przyrządzonym przez Krzyśka. Efekt jest, ale to jeszcze nie to, gazety wyleciały wprawdzie, ale trochę przypalone a rura odleciała na parę metrów. Stanęło w końcu na użyciu 25 cm. odcinków rury kanalizacyjnej PCV o średnicy 150 zamkniętej od dołu krążkiem sklejki, na to mieszanka przygotowana przez Krzyśka (nadmanganian potasu + opiłki w odpowiedniej proporcji), to przykryte krążkiem gumowym i na to ulotki. Zadziałało, choć jeszcze przez czas jakiś były problemy z odpaleniem- używaliśmy lontu. Pierwsze wyrzutniki postawiliśmy na Starym Mieście – jeden został zabrany przez przypadkowego?? przechodnia, drugi wystrzelił. Wywołało to duże wrażenie na obecnych tam ludziach. Przy następnym spotkaniu z Teosiem umówiliśmy się na pokaz na Marszałkowskiej. W tzw. międzyczasie dzięki kontaktom Mariusza w Instytucie Teletechniki przy Poligonowej powstał elektroniczny opóźniacz zapłonu. Wyrzutniki były już w pełni gotowe do użycia. Pokaz na Marszałkowskiej był udany, efekt się spodobał i wyrzutniki weszły już do stałego użytku – przynajmniej do czasu wypadku Mariusza w 85 roku.

Użyte były w spektakularnej (dzięki telewizji) akcji w Katowicach w czerwcu ’84 wykonanej przez połączone (chociaż osobno) siły Grupy Grochowskiej i Grupy Waldeczków- w założeniu miało tam stanąć ok. 20 wyrzutników. Nam udało się postawić 8 nie wiem ile Waldeczkom. Tym niemniej akcja odbiła się sporym echem i na pewno była jedną z głośniejszych(dosłownie). Wyrzutniki stawały też we Wrocławiu (akcja Grupy Grochowskiej) Częstochowie (na zamówienie) Poznaniu (dla hecy?) i wielokrotnie w Warszawie. Stawiamy również “gadałe” na Marszałkowskiej przy Domach Centrum z audycją nagrana przeze mnie i Kazika.
Niestety jest to również czas kiedy Teoś przyprowadza na wszystkie spotkania Tadeusza (do którego jakoś nie mam zaufania) Staram się więc zachować pełną niezależność Grupy co powoduje pewne “niesnaski” Pojawiają się jakieś bzdurne oskarżenia, w końcu moje odejście. Daje do rąk Mariusza rozliczenie wszystkich ostatnio przeprowadzonych akcji i odchodzę.
Rozliczenie to niestety jest koronnym i w zasadzie jedynym dowodem w drugiej mojej sprawie.
Lato 85 wyjeżdżam na urlop – tym razem pogoda dopisuje, spotykam Edka Mizikowskiego umawiamy się na spotkanie w Warszawie-niestety wracam do pracy i pierwszego dnia po powrocie w miejscu pracy zjawia się ubecja, zabierają mnie, rewizja i znowu Pałac Mostowskich. Przesłuchanie- ja nic nie wiem, nic nie robię- no i szok- moje rozliczenie z opisem akcji. Idę wprawdzie w zaparte, ale nie ma szans. Znowu Rakowiecka.

Areszt Śledczy Rakowiecka po raz drugi 30.07.85- 9.09.86

No i wracam tu ponownie, w trochę gorszym nastroju, ale cóż zrobić. Idę na III oddział i słyszę klawisza – o nie, tylko nie on. Zawracają mnie na I, jakaś pojedyncza cela, po kilku minutach dzwonię i stwierdzam, że jeszcze nie zarobiłem na izolatkę. No cóż wiem już ,że tu da się wytrzymać. Wiem na co mogę sobie pozwolić, wiem ,że ich kary są mało skuteczne.
Zresztą dość szybko uzyskuje prawie wszelkie możliwe przywileje : możliwość leżenia w dzień, wydłużony spacer, podwójna łaźnia, udział w mszy, dieta, książki (prawie wszystkie księgozbiory z wyjątkiem prawa) prasa. Ci co trafiają ze mną pod celę mają dobrze. Poznaję kilku fajnych ludzi : początkowo siedzę z dwoma drukarzami : Emil Broniarek z NOWEJ i Roman Baraniecki z KRĘGU, później chwila z młodym Królem (KPN) parę partii szachów z Leszkiem Moczulskim (KPN) i dość długo z Andrzejem Szomańskim (KPN) z którym naprawdę się zaprzyjaźniamy. (Później utrzymujemy kontakt aż do Jego- niestety -śmierci).
Przewinęło się jeszcze wielu innych, których już niestety nie pamiętam.

Sprawę prowadzi prok. Aleksandrowicz, chudy, wredny godny zastępca osławionej Bardonowej. Akt oskarżenia i sprawa. Sędzia Kołtuniak – typowy przedstawiciel tamtego czasu i ustroju- Wyrok 5 lat, lecz zamiast uzasadnienia wyroku kolejna amnestia. Wszyscy wychodzą, a ja siedzę, pogodziłem się już właściwie ,że dłużej tu pozostanę, ale 9 września wychodzę (chyba jako jeden z ostatnich).
Jednak ta odsiadka rzutuje na moje życie rodzinne. W styczniu 86 przychodzi na świat dziecko – niestety martwe.
Żona ma żal, że była sama. Nigdy już chyba nie udało nam się wrócić tamtego czasu.
Zaczynam współdziałać ze Zbyszkiem Romaszewskim, a w grudniu zaczynam pracę w Spółdzielni UNICUM. Spotykam tu ludzi z Ursusa- stanowią trzon spółdzielni. Wszyscy wprawdzie zarabiają niezłe pieniądze, ale też każdy, no może prawie każdy coś tam jeszcze “knuje” Radcą prawnym jest wspaniały człowiek- sędzia Bogusław Niziński późniejszy Rzecznik \Interesu Publicznego, dla mnie jednak pozostanie mecenasem do którego zawsze się było można zwrócić z każdym problemem.
Ktoś zwraca się do mnie z prośbą przewiezienia na spotkanie z Czechami kilku osob. Jedziemy pożyczonym Polonezem. W samochodzie kwiat opozycji : Jacek Kuroń, Zbyszek Romaszewski, Tolek Lawina i Jan Lityński. Dojechaliśmy do Rawy Maz. Samochód wysiadł, żaden mechanik nie podejmuje się naprawy. Co robić? Tam na nas czekają!! Pod domem mam samochód służbowy, wracamy więc na holu do Warszawy- ciągnie nas Star, grzeje ponad setkę a my wszyscy w niesprawnym, na holu samochodzie. Chyba nigdy tak się nie spociłem jadąc. Udało się jednak, przesiedliśmy się do mojego Fiata i z kilkugodzinnym opóźnieniem dojechaliśmy, najpierw do Wrocławia a później na umówione spotkanie.
Innym razem Zbyszek Janas prosi o zorganizowanie przerzutu sprzętu dla Karty. Spotkanie umówione na Grzesiu na następny dzień a jemu ktoś nawalił. Cóż zrobić, zabieram Grześka Podbielskiego i jedziemy do Zakopanego, tak jak stoimy, bez specjalnych przygotowań. Meta u sympatycznych młodych ludzi prowadzących tam jakiś hotelik(schronisko) i na szczęście pożyczają nam przynajmniej buty(PATRZĄC NA NAS SŁUSZNIE JAK NA CEPRÓW GŁUPICH) i świtem następnego dnia wyprowadzają nas w góry. Szczerze mówiąc ledwo doszliśmy, na szczęście czesi zeszli trochę niżej i mieli ze sobą świetną śliwowicę. Powrót był już o wiele łatwiejszy, lepszy humor i brak na plecach 30kg.

I tak to było do 89 roku.

Nie opisałem wszystkich akcji, ani nie wymieniłem wszystkich ludzi działających w tamtym czasie. Ludzi działających aktywnie i wspomagających. Nie pamiętam nazwisk (tak było bezpieczniej), gdzieś po głowie kołatają się adresy. Jednak to dzięki im i ich zaangażowaniu udawało się coś zrobić.

Piotr Rzewuski

Wspomnienia z pobytu w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej 37 w Warszawie
Pawilon III, Odział II, Cela nr 10
6.12.1982 – 28.12.1982

Zawieźli nas na Komendę przy ulicy Malczewskiego. Bili tak niby dla rozgrzewki, bo przez nas, zamiast siedzieć w ciepłym komisariacie, musieli się uganiać po ulicach i zmarzli.

Przesłuchiwał mnie oficer SB, proponował współpracę i kusząc wczasami na Krymie dawał jednocześnie do zrozumienia, że jeśli się nie zgodzę to załatwią mnie do końca życia. Po mojej odmowie sprawę przejęła prokuratura. Jeszcze tego samego dnia, około 20.00 przewieźli nas na Komendę na Żytniej, na tak zwany “dołek”. W jednej celi ze złodziejami, pijakami i takimi tam sobie różnymi gośćmi dzieliliśmy drewniane ławy i brudne koce. Jeden z naszych współlokatorów od 1961 nie był dłużej niż cztery miesiące na wolności. Jednak po przełamaniu pierwszych lodów można było nawiązać z nimi bliższy kontakt i do późna w nocy trwały nocne więźniów rozmowy.

7 XII. Znów przesłuchanie – ten sam oficer co wczoraj pytał o poglądy i nastawienie środowiska studenckiego względem władzy i stanu wojennego.

Wieczorem, skutych w kajdanki, grożąc, że będą strzelać, jak nam coś głupiego przyjdzie do głowy, zawieźli nas do prokuratury. Po złożeniu wyjaśnień Pani Prokurator odczytała nam akt oskarżenia – kara z paragrafu 282 kk i z art. 49 Dekretu o stanie wojennym – od trzech do pięciu lat odsiadki.

08 XII. Spokojnie spędziłem czas na dołku. Na śniadanie chleb ze smalcem i czarna kawa, na obiad jakaś parszywa zupa, na kolację to samo, co na obiad. Do przykrycia tylko dwa koce, także w nieogrzewanej celi trzęśliśmy się z zimna i tuliliśmy do siebie jak kurczaki.

9 XII. Rano konwojenci zabrali mnie do aresztu śledczego na Rakowieckiej Pawilon III, Odział II cela nr 10. W czteroosobowej celi czekało już na mnie dwóch innych więźniów. Przedstawili się: Darek Rutkowski z Radia Solidarność, który nadawał między innymi audycje z Kościuszki 4 m 3 oraz Tadeusz Wypych, szef poligrafii MRKS-u. Po trzydniowym pobycie na “dołku”, jak by nie było obskurna cela wydawała mi się Hotelem Forum.

Ogólnie można wytrzymać, gdyby nie to, że przyzwyczajony do swobody, wolności i ruchu człowiek teraz musi przebywać w tej klatce 24 godziny na dobę.

Od 9 do 13 XII. Życie toczy się swoim szarym więziennym trybem. O godzinie 6.00 pobudka, 7.00 śniadanie, 13.00 obiad, 17.00 kolacja i krótki półgodzinny spacer. 18.00 apel, odebranie spodni, swetrów, płaszczy i butów. Nie wolno siadać, ani tym bardziej leżeć na łóżkach. Do przykrywania dostajemy dwa koce, poza tym dwa prześcieradła i poduszkę. Śpimy na mało przyjemnie pachnących materacach. Jako wyposażenie dostałem jeszcze aluminiowy kubek, dwa talerze i łyżkę. Z odzieży (poza spodniami, swetrem, skarpetkami i butami wszystko inne zabrali) dostałem czapkę, płaszcz, kalesony i koszulę. Bardzo pomogli mi koledzy z celi, dostałem od nich szczotkę, pastę do zębów, papierosy, dzielili się ze mną też skromnym pożywieniem, które dostali w paczkach. Wyżywienie kiepskie (choć dużo lepsze niż na dołku), na śniadanie czarna kawa, margaryna i ewentualnie jakieś dodatki: ser topiony, smalec, marmolada, chleba dostajemy po ćwiartce na dzień. Obiady: surówka z kapusty, kartofle i ohydny sos, zupy różne. W sobotę jest bigos, a w niedzielę można czasem dostać kotlet mielony z buraczkami. Na kolację zupa (ale sporadycznie) i mniej więcej to samo co na śniadanie (dodatkowo dostaję trochę więcej niż moi koledzy z racji tego, że nie mam jeszcze 21 lat – rano starsi więźniowie roznoszący śniadanie uszczęśliwiają mnie dodatkową porcją wołając “marmoladka dla małolatka”). W czwartki łaźnia. Raz na dwa tygodnie można wypożyczyć cztery ksiązki (zbiory tutejszej biblioteki są dość obszerne). W celi panuje optymizm, krążą pogłoski, że Sejm uchwali 13 XII zniesienie stanu wojennego, a to pociągnie za sobą amnestię.

13 XII. Rano kipisz (więzienna rewizja w celi). Zabrali nam naszą kochaną i tak starannie zrobioną grzałkę do herbaty. Mimo, że odcięci od świata, więźniowie już dawno wymyślili sposoby polepszenia sobie nastroju. Jednym ze sposobów było tak zwane robienie “czaju”. Picie tak zwyczajnego na wolności napoju jak herbaty było w więzieniu zabronione i zwalczane z całą furią przez służbę więzienną. Ale były sposoby, aby się napić. i ryzykować było warto. Herbata była przemycana do więzienia jako tytoń w paczkach od rodzin. Pustą metalową tubkę po paście do zębów cięło się w cienkie paski i tworzyło kabelek. Do tego grzałka – dwa wieczka po konserwach związane nitką i oddzielone zapałkami w środku. Wystarczyło tylko jeden koniec kabelka podłączyć do oprawki żarówki, drugi do kranu – włożyć grzałkę do kubka z wodą i po kilku sekundach był wrzątek, a po kilku minutach upragniony “czaj” – nic przyjemniejszego niż pić skondensowany napój, czuć lekki szum w głowie i mieć poczucie, że się zrobiło w konia klawiszy . Wieczorem na apelu podczas odbierania odzieży pokazała się Atanda – więzienne ZOMO, w pleksiglasowych kaskach, w bluzach moro i ze szturmowymi pałkami. Ponieważ Sejm nie podjął oczekiwanych decyzji, władze więzienne obawiały się rozruchów, szczególnie na trzecim pawilonie i w ten oryginalny skądinąd sposób próbowano dać nam do zrozumienia bezcelowość jakichkolwiek akcji. Oczywiście o żadnym bardziej skoordynowanym spisku wśród aresztantów nie mogło być mowy, chociażby z uwagi na trudności w porozumiewaniu się. Porozumiewać się z sąsiednimi celami można:
– morsem (stukając czymś twardym w ścianę – dwa szybkie uderzenia kreska, jedno – kropka)
– przez kibel (po wybraniu wody z sedesu) – metoda bardzo dobra, łatwa do zastosowania i trudna do namierzenia, aczkolwiek można było pogadać tylko z celą na górze albo na dole
– krzykiem przez okno – bardzo ryzykowne.
Te sposoby nawiązywania kontaktu były bardzo represjonowane przez służbę więzienną. O porozumiewaniu się z druga stroną pawilonu praktycznie nie mogło być mowy. Nastroje wśród więźniów bardzo się pogorszyły, zapanował czarny pesymizm i zrezygnowanie (chociaż jeszcze jest cień nadziei).

14 XII. Przesłuchanie. Przesłuchiwał porucznik Jóźwiak z KSMO. Wyraźnie bagatelizował sprawę, wyrażając swoje niezadowolenie, że musi zajmować się tak błahymi rzeczami. Podczas przesłuchania dowiedziałem się, że oprócz nas tej nocy aresztowano jeszcze dwóch innych plakatujących w rejonie Alei Jerozolimskich. Podobno sąsiedzi z sąsiedniego pokoju Witka. Później dowiedziałem się że byli to Zbyszek Hurlak i Marek Głowacki.

15 XII. Znów przesłuchanie. W protokole napisałem, że podtrzymuję moje zeznania złożone w prokuraturze.

21 XII. Znów przesłuchanie. Pytał o sytuacje materialną moich rodziców, o opinię u sąsiadów, czy byłem karany i o inne takie sprawy. Tego samego dnia dostałem paczkę: polędwica, sardynki, kiełbasa, gałązka jodły, opłatek. Nastroje w celi wyraźnie się poprawiły.

22 XII. Rano przyprowadzili do nas czwartego aresztanta (Marek Boszko z MKK). W tym momencie jakoś lepiej się poczułem. Może z tego względu, że odizolowani mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami, a tu okazało się, że jednak są ludzie, którzy jeszcze coś robią. Dodało mi to otuchy, wiary i siły. Ostatecznie czterech to zawsze więcej niż trzech. Tuż przed obiadem zabrali mnie z celina rozmowę z prokuratorem. Dowiedziałem się, że mam adwokata (Grażyna Błaszczyk). A więc moje wcześniejsze obawy, że będą nas trzymali nieskończenie długo bez procesu okazały się bezpodstawne. Lepszego prezentu na święta nie mogli mi już zrobić. Wieczorem wpadka. jak zwykle krzyczałem przez okno “dobranoc ekstremie” i zostałem przyłapany przez klawisza Jasia. Wpadł w rozpiętym mundurze rozjuszony do celi i szczęśliwy wymamrotał – teraz to ch. z tobą koniec – był wściekły i szczęśliwy zarazem – musiał długo na mnie polować. i w końcu się udało. Wieczorem nastroje były zupełnie inne niż w poprzednich dniach, wpłynęła na to obecność czwartego.

23 XII. Rano raport u naczelnika pawilonu (tłusty łysawy major i jeszcze jeden, którego nie znam). Zachowywali się dość grzecznie, próbując perswazją mnie przekonać o bezcelowości mojego postępowania. Mimo, że zbliżały się święta i na kratach wisiały gałązki jodły, nikt z nas tego bardziej nie odczuł. Może dlatego, że więzienne życie toczyło się normalnie a nikt z nas nie miał w sobie siły, aby stworzyć przedświąteczny nastrój. Dopiero po zgaszeniu światła przez otwarte okno dochodzi do nas cicha kolęda “Przybieżeli do Betlejem”. Nastrój stał się wtedy zdecydowanie przedświąteczny. Każdy zapadł w zadumę i przygnębienie. Nikt z nas nie znał słów żadnej kolędy.

24 XII Wigilia. Życie toczy się nadal monotonnie i szaro. Nic ciekawego poza tym, że była łaźnia i fryzjer, dostaliśmy książki i czystą bieliznę. Wieczorem dostałem dwie pocztówki, Jedną od Andrzeja, Jerzego i Filipa i innych (nie wiem zupełnie, co to za “inni”), a drugą od kolegów z grupy. Podniosły one mnie bardzo na duchu i zdecydowanie polepszyły nastrój. Jednak poza więzieniem jeszcze jest ktoś, kto pamięta i dobrze mi życzy. Przedtem dostałem jeszcze odzieżowa paczkę: ciepłą kurtkę, buty zimowe, ręcznik zabrali. Dostałem tylko maść na grzybicę (po sporych kłopotach), pastę do zębów, szczoteczkę, mydło i papier toaletowy (więc rodzice też o mnie pamiętają).

Wigilijna kolacja. Ból, ból i jeszcze raz czarny nieznośny ból, smutek. Krzyk dziewczyny za oknem “następnych Świąt w domu” i jeszcze raz ten ból. Tysiące młodych chłopców i dziewcząt zamkniętych w betonowych klatkach. Puste nakrycia przy wigilijnych stołach, gdzie czekają bliscy. ból i jeszcze raz ból, rozterki, zwątpienie.

Nasz stół nawet nie najtragiczniej zastawiony, doliczyliśmy się siedmiu potraw. Dzieliliśmy się opłatkami, Tadziu też. Najszybszego wyjścia, studiów, żebyśmy się więcej nie kłócili. Potem się mocno wycałowaliśmy, mieliśmy poczucie pewnej wspólnoty. Rozmowa toczyła się przeważnie na tematy polityczne, plan działania, obżarliśmy się niesamowicie. Po zgaszeniu światła już tylko dla samej przyzwoitości (ponieważ nikt z nas nie znał w pełni słów), odmruczeliśmy dwie kolędy.

25 XII. Szaro, przeciętnie, smutno. Nic się nie zmieniło, poza tym, że klawisze maja białe koszule. Spacer – z jednej betonowej klatki do drugiej tylko tyle, że bez dachu ;właśnie brak tego dachu dla zamkniętego człowieka stanowi wprost niesamowite i niewyobrażalne źródło radości, uniesienia i jeszcze innych wrażeń. Wieczorem z celi powyżej odebraliśmy “pukankę Morsem – woda z kibla” Po wybraniu wody i po krótkiej rozmowie okazało się że rozmawiam z Witkiem, którego posadzili nade mną.

Więźniowie korzystając z odwróconej uwagi klawiszy, którzy olali służbę i nas i schlali się w trupa, próbowali nawiązać kontakt ze znajomymi. Rozległo się pukanie tak, że nie można było się zorientować, kto ani z kim puka. Krótkie krzyki wywoławcze “Adam z MRKS” “Jacek R”. Po tym wywołaniu następowała krótka rozmowa uzgadniająca niektóre szczegóły. Potem krótkie przyjacielskie: cześć, cześć, trzymaj się. Po chwili znów następna para rozmawiała “cichym krzykiem”. Jakiś trzech więźniów krzyknęło razem “wesołych Świąt’, ktoś odpowiedział “nawzajem”. Ponadto jeszcze “Szymon pozdrawia Adama” (to ja krzyczałem). Komuś nie wyszła pukanka i dogadywał się przez okno. Potem nastąpiła cisza.

26 XII. Dzień szary i ponury. Wieczorem z jakieś celi dobiegał śpiew “Roty”. Potem znów rozmowa z Witkiem. Rano czułem się trochę chory i Witek powiedział, że dobrze byłoby zachorować, żeby przeciągnąć termin sprawy, niestety pod wieczór czuję się lepiej. Chłopcy (Darek i Marek) rozmawiają na tematy militarne od pistoletów poprzez samoloty aż do pancerników.

27 XII poniedziałek. Rano rozmowa z wychowawcą. Podpisałem deklarację o regulaminie. Następnie próbował rozmawiać ze mną na temat spraw politycznych. Na przykładzie :że jeżeli 50,5 % będzie za dyrektorem a 49,5% przeciw, potem gdy dyrektor opluje sprzątaczkę lub obryzga błotem jakiegoś pracownika i wtedy będzie 50,5% przeciw Dyrektorowi to co wtedy? Gdzie ta demokracja, przecież większość jest przeciw, próbował mi wytłumaczyć niecelowość reform. Oczywiście Solidarność doprowadziła kraj do kryzysu. Podziemie jest organizacją terrorystyczną, czego w żadnym wypadku nie można powiedzieć o ZOMO i Milicji. Oczywiście tylko mi się wydaje, że większość społeczeństwa nie popiera linii socjalistycznej odnowy i nie aprobuje zarządzeń władz. Przykład – nie udał się strajk 10 listopada. Gdy mu powiedziałem o zastraszaniu, powiedział: świetnie, bo tak właśnie trzeba. Gdy się dowiedział, że nie zmienię swoich poglądów, wróżył mi karną kompanię polową. Proponował mi nawet wyjazd na Zachód. Gdy się okazało, że jego linia myślenia zaczyna w pewnych miejscach szwankować, powiedział, że racja jest po stronie silniejszego i wszyscy musza się podporządkować, z czym się zgodziłem. Na koniec jeszcze raz wyjechał z wyjazdem na Zachód. No i do widzenia. Podejrzewam, że ten Zachód był jego rozwiązaniem, co prawda dość marginesowym, dręczących kraj kłopotów. On jako wychowawca bierze delikwenta na rozmowę, a skoro ten nie daje się przekonać, to trzeba na Zachód. Tam dopiero będę mógł mówić, co mi się podoba. Około 12.00 widzenie z ojcem. Dowiedziałem się, że sprawa poszła do sądu w piątek i rozprawy należy się spodziewać jutro lub pojutrze. Dowiedziałem się jeszcze, że wyrzucili mnie ze szkoły, adwokat zaś wyraził nadzieję, że wszystko powinno się skończyć dobrze (błaha sprawa). Adwokatem okazał się jakiś Jaszczyk ze Świętego Marcina. Dowiedziałem się, że rodzice dowiedzieli się o mojej sprawie w poniedziałek z telewizji. Rozmowa z Witkiem – zachorował na cztery dni, nie wiem czy słusznie, sprawa prawdopodobnie trochę się przeciągnie, ale czy obejmą nas wtedy ułaskawienia?

Po zapytaniu, czy ktoś ma kontakt z kimś z MRKS-u, MKK lub Radia wmieszał się Grzesiek Gampel, też z MRKS, kolega Tadka. Tadziu od razu dorwał się do kibla i uzgadniali niektóre szczegóły postępowania chyba jeszcze przez pół godziny. Potem jeszcze Grzesiek rozmawiał z Darkiem; powiedział, że liczy na wyrok w zawieszeniu.

28 XII. Rano klawisz każe mi się ubrać (myślę, że to tylko widzenie z adwokatem) wyprowadza z celi i zamyka w katarynie (małe przejściowe pomieszczenie z kubłem na odchody). Klawisze są podejrzanie mili i uprzejmi. ???

Potem rozmowa z wychowawcą. Zapytał mnie, co będę robił na Sylwestra. Coś zaczynam wietrzyć, ale nie mam jeszcze pewności. Potem pytał, jak oceniam swoje postępowanie z pozycji przebywania 3 tygodni w kiciu i czy zamierzam nadal działać.

Odpowiedziałem, że nie, ale dodałem, żeby nie przypisywał sobie tego swojej działalności wychowawczej tylko mojemu wewnętrznemu przekonaniu i mojej zupełnie autonomicznej decyzji. Zadawał jeszcze dużo głupich pytań a na koniec na moje do widzenia odpowiedział, że wyraża nadzieję, że nie spotkamy się po tej stronie muru .. Wydedukowałem sobie, że już dzisiaj będę miał sprawę w sądzie. ??? Ale przecież Witek jest chory. ??? Na dole strażnik wręczył mi moje rzeczy, nawet nie mogłem pożegnać się z kumplami. Potem znów do kataryny – nie wiedziałem, co w ogóle o tym myśleć. Po jakieś pół godzinie otworzyły się drzwi, wyszedłem. Po korytarzu z wielkimi tobołkami toczył się również Witek. Dopiero w przebieralni od kalifaktorów dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie wychodzimy na wolność. Czyżby umorzyli śledztwo.? W przejściówce było nas sześciu do wyjścia (dołączył do nas Rysiek i trzech kryminalistów). Po zwrocie forsy, dokumentów i zegarka czekaliśmy jeszcze w przejściówce – upamiętniłem się w niej napisem “STACHU PW NZS WOLNOŚĆ”.

Potem nareszcie poza bramę. W bramie jeszcze oddali nam dowody, pytali, dokąd się udajemy i kazali mi zgłosić się jutro na Komendę Dzielnicową. Potem poza mur. !!! Radości nie ma końca, wszystko jest nowe – czuję się trochę jak mieszkaniec najdzikszej dżungli, który ni stąd ni zowąd znalazł się w środku tętniącego życiem wielkiego miasta. Przechodnie na ulicach, sunące ulicami samochody, tramwaje i autobusy. Normalni, zwyczajni, zapędzeni ludzie żyjący własnymi sprawami. Jazda autobusem, chodzenie prosto środkiem chodnika stanowi źródło nowych niewyobrażalnych i jakże radosnych przeżyć. Twarze, dużo twarzy, każda żyje czym innym – swoim własnym życiem. Dziewczyny – największe szkarady wydają mi się teraz księżniczkami. Luźne rozmowy w tramwaju, zapach kobiecych perfum – to wszystko ogłusza, przytłacza, cieszy. Cieszę się nawet głupim kupowaniem biletu w kiosku. Chłonę całą piersią życie miasta Wszystkiego uczę się na nowo i przeżywam na nowo.

Stanisław Cegliński

Działalność moja i mojej grupy w okresie XII 1981 – VI 1985.

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, jeszcze w XII 1981 roku nawiązałem kontakt z kolegą z mojego roku członkiem NZS który dostarczył mi począwszy od grudnia w dużej ilości pismo “Wiadomości”. Było to czasem 1000 i więcej egzemplarzy. Roznosiłem je po klatkach bloków, urzędach, sklepach. Uczelnia nie funkcjonowała więc nie miałem nikogo do pomocy, później udało mi się pozyskać kilku znajomych z akademika i uczelni. Roznosiliśmy “Wiadomości”, odezwy władz podziemnej Solidarności, RKW Mazowsze i inne pisma które się pojawiły: Tygodnik Wojenny, Tygodnik Mazowsze i wiele innych których nazw nie pamiętam. Rozlepialiśmy czasem plakaty które dostawaliśmy, czasem robiliśmy je sami. Juz od zimy 1982 kontaktowałem się Teosiem Klincewiczem (Borys, później Rafał) bezpośrednio. Spotykaliśmy się na mieście, później często jeździłem do Niego na Marymont omawiać szczegóły akcji. W 1982 roku miałem do dyspozycji kilkunastu-dwudziestu ludzi-część z nich to koledzy z akademika, druga część – grupa zorganizowana przez Ryszarda Nachiłę , później rozszerzona i kierowana przez Jego brata – Wojtka – “Watażka”- było to kilkunastu chłopców sprawnych, sprytnych i bardzo chętnych do działania. Później za ich pośrednictwem miałem też do dyspozycji ;do różnych akcji; grupę młodzieży z Federacji Młodzieży Walczącej.

Głównym naszym zadaniem, były zlecenia przez Borysa-Rafała , były akcje ulotkowe najczęściej z odezwami RKW Mazowsze. Były to akcje na dużą skalę – kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy ulotek rzuconych z dachów budynków w centrum W-wy, metoda przewieszki czasem na ulicach po prostu “z ręki”, kilka razy mieliśmy wyrzutnie ulotek (tuby z jakimś materiałem wybuchowym).

Kilka razy na własną rękę (bez porozumienia z Rafałem, który nawet zabronił mi tego typu akcji) zorganizowaliśmy np. Wywieszenie flag na szczytach budynków w centrum, czy na szczycie komina na terenie Politechniki Warszawskiej. Organizowaliśmy też akcje plakatowe -współpracowałem z członkiem o ps. “Adam” który miał sitodruk i drukował różne plakaty. W czasie jednej z takich akcji zostałem aresztowany chyba 6 XII 82 nad ranem na Mokotowie z Ryszardem Nochiło i Stanisławem Ceglińskim. Posiedzieliśmy niecały miesiąc na Rakowieckiej i wyszliśmy za poręczeniem władz Uczelni-toczył się proces umorzony na mocy amnestii w lipcu 1983. Od 1983 roku Rafał zlecał nam też ustawianie tzw. “gadał”, czyli zestawu z nagranym tekstem, najczęściej podziemnych władz Solidarności + “zakazane piosenki”. Były ustawianie w centralnych punktach W-wy : Pasaż Śródmiejski, Przejście podziemne koło Rotundy, plac przed Gmachem Głównym Politechniki, a także np. do więźniów na Rakowickiej – z dachu budynku mieszkalnego tuż za murem więzienia. Poza tym z różnych źródeł otrzymywałem prasę podziemną, ksiązki, które starałem sie poprzez swoje grupy kolportować. Ponownie byłem aresztowany chyba w marcu lub kwietniu 1984 w nocy na ul. Karolkowej, z dużą ilością wydawnictw podziemnych, posiedziałem do lipca 1984 kiedy to wyszedłem na mocy kolejnej amnestii.

Przez te lata głównym moim zadaniem były przede wszystkim akcje ulotkowe i nadawanie audycji poprzez “gadały”. Podlegałem tu ściśle Rafałowi, który wręcz zabraniał innych działań. Mimo to podejmowaliśmy je na własną rękę. W sumie mimo 2-krotnego aresztowania prokuratura i SB nic nie wiedziały o moim głównym zajęciu, można powiedzieć że nie wiedzieli kogo mieli!, bo aresztowania były w czasie tych właśnie akcji na własną rękę.

Kiedy siedziałem na Rakowieckiej audycje nadawano do mnie i innych więźniów z inicjatywy Rafała-było to chyba w maju lub czerwcu 84, moi chłopcy ustawili gadałę z pozdrowieniami, piosenkami Kaczmarskiego, pozdrowienia były też osobiście dla Waldka, czyli dla mnie. O tej audycji wiedziałem, gdyż w odpowiedni sposób powiadomiła mnie Mama na widzeniu w więzieniu mimo podsłuchu. To było dla mnie wielkie przeżycie!

Po drugim wyjściu z więzienia Rafał nalegał bym mniej angażował się w akcje, raczej jako “obstawa”. Grupy moje funkcjonowały prężnie, zwłaszcza pod przywództwem “Watażki”, rozrzucali ulotki, nadawali audycje radiowe. Mnie zlecono jeszcze w 1985 roku druk głównie dokumentów RKW Mazowsze i wydawnictw “Rytmu” i na tym moja działalność się zakończyła. W 1985 rozpocząłem studia na Akademii Medycznej, w 1986 ożeniłem się …

Wiktor Świercz – “Waldek”

Wspomnienia Witolda Matusiaka

Przed stanem wojennym mechanik samochodowy w zakładzie Polmozbytu na ulicy I Sierpnia.

W momencie ogłoszenia stanu wojennego pracowałem jako pracownik cywilny (elektryk) w JW 4445 w Izabelinie. Ta niewielka jednostka (około 80 żołnierzy i oficerów oraz kilkunastu pracowników cywilnych ) zajmowała się kontrolą łączności radiowej i chyba podsłuchem rozmów telefonicznych. Pamiętam “wielki dzień” w jednostce, kiedy to jeden z żołnierzy został obdarowany zegarkiem za wykrycie nadającego jakieś teksty morsem szpiega. Zdawały by się że w tak specyficznym miejscu kadra oficerska powinna być starannie dobrana, a mimo to słyszałem w czasie jakiejś popijawy że jeden z oficerów twierdził że jego zdaniem armia powinna być apolityczna.Pracownicy cywilni reprezentowali podobne poglądy i niewielu mimo nacisków zapisało sią do PZPR. W tej sytuacji nie było nic dziwnego w tym że po sierpniu 1980 roku powstał u nas jeden z pierwszych Niezależnych Samodzielnych Związków Zawodowych Pracowników Wojsk Lotniczych. Po rejestraji zyskaliśmy sporo. Zrównano nasze prawa socjalne z mundurowymi.

Po ogłoszeniu stanu wojennego mój szwagier Janusz Ramotowski poprosił mnie o przechowanie papieru – było tego ze trzy worki, które ukryłem na strychu domu w którym mieszkałem na Marymoncie.

Nie mogę sobie przypomnieć w jaki sposób i kiedy poznałem Piotra Izgarszewa. Być może stało się to przy okazji tego papieru, a może poznałem go przez Janusza, tak czy inaczej “Gruby Piotr” znał mnie z widzenia, często bowiem przebywał u swojej babci na ulicy Gdańskiej też na Marymoncie. Od wielu lat “bawiłem się” w “domową pirotechnikę” obsługując rezurekcje na Wielkanoc, głusząc ryby, czy też tak sobie od czasu do czasu budując jakąś petardę i to hobby zainteresowało “Grubego Piotra”. Zaproponował mi produkcję dla potrzeb podziemia materiałów wybuchowych i zapalających.

Zacząłem produkować petardy. Były to rury tekturowe po belach materiału cięte na długość około 30 – 40 centymetrów i zaślepiane z obu stron korkami drewnianymi. Napełniane były mieszaniną nadmanganianu potasu lub nadchloranu amonu i siarki a odpalane były lontem. “Gruby Piotr” zabronił używać do ich produkcji rurek metalowych, miały one bardziej straszyć niż ranić czy też zabijać.

Powstały silniejsze wersje tej “broni” – do mieszaniny dodawaliśmy sproszkowanego aluminium, co powodowało silniejszą eksplozję lub też umieszczaliśmy dodatkowo w środku butelkę z benzyną. “Poligon” znaleźliśmy na budowie Trasy Toruńskiej przecinającej Marymont. Wyprodukowałem kilkadziesiąt petard “zwykłych” i kilka “wzmocnionych”

Byłem “człowiekiem Grubego Piotra” i to tylko z nim się kontaktowałem w “sprawach bombowych”, ale jak już wspomniałem Janusz Ramotowski “Przem” był moim szwagrem i trudno było unikać kontaktu z nim. Przez Janusza miałem okazję poznać kilku ludzi a wśród nich, jak mi się w tej chwili wydaje Teosia Klincewicza. “Teoś” wiedząc że pracowałem poprzednio jako elektryk w MZK, wypytywał mnie o możliwości zablokowania komunikacji miejskiej. Zaproponowałem mu unieruchomienie przy pomocy naszych środków zapalających podstacji elektrycznej zasilącej linie tramwajowe, lub też wyłączanie poszczególnych odcinków linii tramwajowych przy pomocy powszechnie dostępnych wyłączników odcinających poszczególne sektory. Blokada ta miała doprowadzić do tego że ludzie zmuszeni by byli do poruszania się pieszo i była by to taka manifestacja bez manifestacji. Myślę, że “Teoś” przgotowywał się na 31 sierpień 1983 roku.

Rozmawialiśmy też o kablu telefonicznym łączności wojskowej. Zanałem jego położenie i dyskutowana była sprawa jego zniszczenia.

Przed zbliżającą się manifestacją 31 sierpnia 83 dostałem od “Grubego Piotra” polecenie produkcji butelek zapalających. “Gruby Piotr” dostarczył mi butelki i benzynę, stężony kwas siarkowy wyniosłem z jednostki w której pracowałem. Nie produkowałem opasek zapalających, moja rola sprowadziła się do napełnienia tych butelek benzyną i kwasem.

W sumie wyprodukowałem pięć skrzynek tych butelek, w skrzynce mieściło się, jeśli dobrze pamiętam 25 butelek. Daje to 125 butelek mojej produkcji.

“Produkcja” została zabrana z dwóch rzutach przez panią w średnim wieku, która przjechała do mnie dużym Fiatem. Jak słyszałem później, było dużo “niewybuchów” – pewnie popełniliśmy błąd nie przeprowadzając z uwagi na szybki termin żadnych prób z kompletnymi butelkami.

Po 31 siepnia zapał “Grubego Piotra” do zajmowania się pirotechniką znacznie osłabł i przestał mi składać zamówienia, widywaliśmy się rzadko. Przeprowadziłem się na Ursynów zabierając ze sobą duży zapas nadmanganianu potasu i siarki. Pytałem się “Grubego Piotra” co z tym zrobić. Ale on tylko machnął ręką. Ostatecznie cały ten zapas wylądował już w latach 90-tych w pojemniku na śmieci.

Nie miałem już nic do roboty przy pirotechnice. Pozostały mi gazetki podziemne, które woziłem do mojej jednostki i jak mi się wtedy wydawało sprytnie podkładałem z toaletach dla żołnierzy. Już po latach spotkałem ówczesnego dowódcę tej jednostki majora Józefowicza, który powiedział mi że oni doskonale wiedzieli że to ja tą bibułę podrzucam, ale nic w tej sprawie nie robili.

Witold Matusiak

Czy jest wydarzenie, które mógłbyś nazwać przełomowym w swoim życiu z punktu widzenia kształtowania się twojej świadomości czy poglądów?

Urodziłem się w roku 1961 w Pińczowie w rodzinie inteligenckiej. Myślę, że jednymi z ważniejszych przesłań jakie przekazali mi moi rodzice była uczciwość (w najbardziej elementarnym znaczeniu) oraz to, że w życiu wszystko trzeba wypracować ciężką pracą. Mój Tato był niezależnie myślącym człowiekiem i chociaż poddawano go naciskom, żeby zapisał się do partii zawsze stanowczo odmawiał. Miało to dla mnie duże znaczenie. Ale naprawdę podjęcie studiów w Warszawie w 1980 roku otworzyło mi oczy.

Jak pamiętasz swoje pierwsze kontakty i doświadczenia na uczelni?

Nie byłem typem działacza. Po przyjściu na uczelnię nie zapisałem się do powstającego wtedy NZS-u, ale miałem poglądy bardzo ugruntowane. Początek studiów to dużo nauki i zajęć na uczelni. Brałem udział w dyskusjach na temat sytuacji w kraju (która zmieniała się w bardzo szybkim tempie). Czułem wtedy smak wolności. Dobrze utkwił mi w pamięci strajk na naszym wydziale. Na pierwszym roku poznałem Marka Głowackiego, z którym razem studiowałem. Mieliśmy podobne poglądy polityczne. Prawdziwym szokiem dla mnie było wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Odbierałem to jako gwałt na Polsce, podeptanie demokracji i jako atak w moją osobę. Nie miałem wcześniej predyspozycji, aby być działaczem, ale od tego momentu wiedziałem, że muszę się włączyć i coś robić.

W jakich okolicznościach zastał Cię stan wojenny?

Byłem w Kielcach. Jeszcze tego samego dnia pojechałem do Warszawy. Rodzina mnie zatrzymywała w domu, a ja czułem, że muszę pojechać i coś robić. Miałem wtedy dwadzieścia lat i całe to wydarzenie było dla mnie prawdziwym szokiem, który zaważył na dalszych moich losach. Podobnie jak na losach wielu ludzi z mojego środowiska.
Ale przecież decyzja o nagłym wyjeździe do Warszawy i przekonaniu, że Twoje miejsce jest wtedy w akademiku, czy na uczelni właśnie wtedy kiedy wprowadzono stan wojenny musiała mieć jakieś głębsze korzenie i nie wynikała tylko z impulsu…….
Byłem przekonany, że tam jest moje miejsce. Miałem nadzieję, że w stolicy będzie opór, że za chwilę zaczną się strajki i ludzie upomną się o swoje prawa. Zawiodłem się, gdyż niewiele z tego miało miejsce i ZOMO szybko opanowało sytuację. Następnego dnia pojechałem na uczelnię. Ktoś mówił, że jest tam strajk, ale okazało się to nieprawdą. Ponieważ niewiele się działo wróciłem do Kielc. Na studia pojechałem dopiero jak zaczęły się zajęcia (w lutym). Od tej pory razem z Markiem Głowackim zaczęliśmy działać. Początkowo rozmowy, planowanie, szukanie kontaktów z silnym przekonaniem, ze musimy coś robić. Pierwsza akcja to malowanie murów, potem przyszły akcje ulotkowe. Na pewno duże znaczenie w ugruntowaniu przekonań o konieczności działania miały manifestacje uliczne (pierwsza w maju 1982 roku), pierwsze bijatyki z ZOMO na ulicach Warszawy, zorganizowany opór. Miało to dla mnie znaczenie, gdyż zobaczyłem ile osób stoi po naszej stronie.

A jak doszło do pierwszego aresztowania za działalność i kiedy to było?

Było to 6 grudnia 1982 roku. Akcja organizowana była bezpośrednio przez Grupy Oporu. Nie była to moja pierwsza akcja w ramach GO. Jednak ta utkwiła mi głęboko w pamięci. Do rozklejenia mieliśmy dwa rodzaje plakatów: duże formatu A3 z napisem “Solidarność Żyje” i małe zawierające Wronę, Jaruzelskiego, ZOMO i symbole stanu wojennego. Grupę tworzyliśmy z Markiem Głowackim. Klejenie plakatów rozpoczęliśmy o 5 rano w rejonie skrzyżowania Aleii Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Na ulicach dużo patroli, ale ludzi jeszcze niewiele. Przemykamy ulicami między blokami i robota zbliża się do końca. Zostało niewiele plakatów. W trakcie rozlepiania na podwórku jednego z większych bloków nagle z bramy wypadło dwóch milicjantów krzycząc coś niezrozumiałego i wymachując automatami. Zaczęliśmy uciekać. Potknąłem się jednak i upadłem jak długi. Dostałem dwa razy pałką i zobaczyłem lufę automatu wycelowaną w twarz. Cóż było robić nie mieliśmy żadnych szans. Jak się później okazało namierzył nas dozorca z jednego z domów, więc mieli nas od pewnego czasu jak na widelcu. Dzisiaj po latach widzę twarz milicjanta, który mnie dopadł. Był młody, ale chyba bardziej wystraszony ode mnie. Marek też niedługo uciekał. Podniosłem się z ziemi. Nie było żadnej rozmowy. Zaprowadzono nas na komendę na Wilczej. Po drodze plątanina myśli (czy będzie pałowanie, czy ścieżka zdrowia).Ale powiedziano nam, że nic nam się nie stanie. Przez niedopatrzenie zostawili nas przez dwie minuty samych razem. Co pozwoliło nam ustalić wspólną wersję wydarzeń, której trzymaliśmy się do końca. Od czasu do czasu milicjanci przychodzili popatrzeć na nas, niektórzy nam ubliżali, ale ci dwaj którzy nas zatrzymali zachowywali się poprawnie.

A jakie były twoje wewnętrzne odczucia tuż po zatrzymaniu? Musiało to być wielkie przeżycie.

Przyznam, że cały czas byłem w szoku. Było to dla mnie wielkie przeżycie i wiązało się z przypływem adrenaliny. Poruszałem się w zupełnie nieznanym mi dotychczas świecie i zmiany były zbyt szybkie, żeby można było je odreagować. Trwa stan wojenny, człowiek wpada w ręce milicji i jest nastawiony na wszystko. Dla młodego człowieka to jest szokujące przeżycie. Spodziewałem się wszystkiego najgorszego, i że świat normalności nagle się urwał. Ale z drugiej strony dostrzegłem, że sami milicjanci też byli trochę w szoku, wcale nie tacy bezwzględni jak myślałem. Jakiś czas później wrzucili nas na dołek, po czym zajęli się nami esbecy. Byliśmy na dołku cały dzień i cały czas nas zmiękczali. Co jakiś czas wzywano mnie z celi na przesłuchania, które prowadziło na zmianę trzech esbeków. Za każdym razem byłem skuwany i prowadzony do małego pomieszczenia bez okien. Cały czas chodziło o to, by zwerbować mnie do współpracy. Rozmowy były proste i według utartego scenariusza: A jak to będzie? A jak to Pan widzi? Możemy Panu pomóc. Dwóch esbeków starało się być dla mnie miłych (jeden najmłodszy zwracał się do mnie po przyjacielsku i po imieniu), a trzeci, szczególnie pod wieczór starał się brać mnie na huki i zastraszyć. Cały czas wypytywali skąd ulotki, gdzie jest drukarnia, kto akcję zorganizował.

Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z tego okresu przesłuchań na Wilczej?

Wiele szczegółów pamiętam do dnia dzisiejszego. W pamięci pozostał szczęk kluczy i założone kajdanki, w których prowadzono mnie na przesłuchania. Wiedziałem, że nic złego nie zrobiłem, a tu kajdanki i poczucie strasznego zniewolenia. Nie pamiętam żadnych rozmów oprócz esbeków. Przyjąłem zasadę, że zamykam się w swoim świecie i odcinam od wszystkiego. Tej zasady trzymałem się też na Rakowieckiej. Praktycznie całą noc na Wilczej nie spałem, bo trudno zasnąć na betonie z myślami, że nie wiadomo co będzie. Perspektywy były bardzo mizerne.

Kiedy i jakie postawiono Ci zarzuty?

Następnego dnia rano wywołano mnie po nazwisku z celi i przewieziono do prokuratury Warszawa Śródmieście, gdzie prokurator postawił mi zarzuty. Trwało to krótko, prokurator zadał kilka pytań i ja przedstawiłem swoją wersję wydarzeń. Dokładnych zarzutów nie pamiętam, ale były oczywiste jak na tamte czasy. Dowiedziałem się, że podlegam pod tryb doraźny. Oznaczało to minimalną karę trzech lat więzienia bez prawa złożenia apelacji. Przyjąłem to chłodno przeklinając w duchu komunę i prokuratora. Byłem już w duchu nastawiony na odsiadkę i z tym się pogodziłem. Takie nastawienie bardzo mi pomogło przeżyć ten koszmar.

Skąd tak szybko wyrobiło się w tobie takie nastawienie?

Mam taki charakter. Potrafię w pewnych sytuacjach podjąć stanowcze decyzje wiedząc, że tak musi być. Oczywiście sytuacja, w której się znalazłem, to dla młodego człowieka tracącego perspektywy na przyszłość jest olbrzymi szok, który odciska piętno na całe życie. Dlatego tak dobrze pamiętam szczegóły zatrzymania i pobytu w areszcie mimo upływu 25 lat.

Jak wyglądały pierwsze dni w Areszcie Śledczym dla kolportera ulotek w 1982 roku?

Pamiętam wjazd na teren aresztu, szczęk zamykanej bramy i szok z tym związany. Szczególnie w tym czasie tak wiele mówiło się o siedzeniu z kryminalnymi, ludźmi chorymi, recydywistami. Wszystko nakładało się na siebie, na już istniejące poczucie izolacji, osamotnienia i zagrożenia. Na Rakowieckiej zabrano mnie do pomieszczenia, gdzie było kilku oficerów służby więziennej. Kazano mi wyjąć wszystko z kieszeni (spisali jakiś protokół) i rozebrać do naga. Dostałem więzienne łachy i miskę. Umieścili mnie w celi nr 19 (trzymany był w niej wcześniej Jacek Kuroń, ale wyszedł na przepustkę na pogrzeb ojca – po powrocie z przepustki wracało się już do innej celi). W celi początkowo siedziało nas trzech (jeden to na pewno był kapuś). Nie zdążyłem się jeszcze dobrze oswoić z wyglądem celi, gdy wprowadzono do niej Ryśka Nachiło. Znałem, go wcześniej i wiedziałem, że również brał udział w akcji ulotkowej. Dowiedziałem się wtedy, że równocześnie z nami wpadła druga grupa. To, że Rysiek trafił do jednej celi ze mną było nielogiczne i nieprawdopodobne. Wydaje mi się, że esbecja umieszczając nas razem chciała coś osiągnąć. Jednak przez cały czas udawaliśmy, że się nie znamy i praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy. W “Trybunie Ludu” następnego dnia ukazała się wzmianka, że zatrzymano wielu przedstawicieli zorganizowanego podziemia. Codzienne życie w celi było oczywiście uciążliwe. Apele, spacer tylko pół godziny dziennie, beznadziejne jedzenie, rewizje, brak możliwości położenia w dzień i ciasnota w celi.

Jak długo siedziałeś w celi na Rakowieckiej?

W areszcie spędziłem trzy tygodnie. W dzień Wigilii Bożego Narodzenia wywołano mnie z celi po nazwisku (myślałem, że na kolejne przesłuchanie), po czym zakomunikowano, że wychodzę z aresztu. Zabrano mnie do osobnego pomieszczenia i oddano wszystkie zarekwirowane rzeczy. Następnie przeszedłem przez kilka zakratowanych bram., taka normalna więzienna procedura. Chwilę później zobaczyłem Marka Głowackiego, z którym wyszliśmy razem przez bramę na wolność. Później rozjechaliśmy się do domów. Dnia 8 lutego 1983 roku odbył się proces w Sądzie Rejonowym Warszawa Śródmieście. Zostaliśmy uniewinnieni, ponieważ nie złamaliśmy żadnego przepisu prawa. Co więcej prokuratura nie odwołała się od wyroku. Wyszliśmy z sądu jako niewinni. Miałem podwójne odczucia. Z jednej strony poczucie ulgi po tym co mnie spotkało jeszcze dwa miesiące wcześniej. Z drugiej natomiast poczucie wielkiej krzywdy ze strony komuny. To oczywiście mogło przynieść w konsekwencji tylko jedno: to mianowicie, że dalej działaliśmy, a przeżycia były dodatkowym impulsem do działania.

wywiad przeprowadził Jarosław Malik, Kielce 30.09.2007

Przed stanem wojennym mechanik samochodowy w zakładzie Polmozbytu na ulicy I Sierpnia.

W sierpniu 1980 roku organizowałem strajk w naszym zakładzie. Po powstaniu “Solidarności” zostałem członkiem Rady Oddziałowej NSZZ Solidarność.

Po grudniu 1981 roku, podobnie jak wiele innych osób kolportowałem krążące po zakładzie ulotki i gazetki. Zostałem ostrzeżony przez pierwszego sekretarza komitetu zakładowego PZPR Krzysztofa Krawczyka (jeśli dobrze pamiętam jego imię i nazwisko) że jestem na liście osób przewidzianych do internowania. Przy pomocy kolegów z dawnej KZ zostałem skierowany na miesięczne szkolenie zawodowe w Bydgoszczy i afera jakoś ucichła. Wróciłem do kolportażu. W jakim momencie dostałem wiadomość że interesuje się mną ktoś ze Stalindradzkiej i tak poznałem Bogdana Sawickiego. Pamiętam jakieś spotkania w Pruszkowie, ale gdzie i u kogo nie mogę sobie przypomnieć. 3 maja 1982 roku mundurowi milicjaci wyciągnęli mnie z demonstracji, przewieźli przez kilka komisariatów i w efekcie wylądowałem chyba na Okrzei. Kolegium i wyrok trzech miesięcy z zamianą na grzywnę. Ktoś zapłacił, pewnie ludzie z Komitetu Prymasowskiego. W kilka dni później wzięto mnie z domu i zawieziono na Cyryla i Metodego. Przesłuchania i propozycja współpracy, interesował ich Polmozbyt. Nic z tego nie wyszło i po dwóch dniach byłem wolny.

31 sierpnia 1982 roku znalazłem się w grupie Bogdana Sawickiego działającej w okolicach kościoła św. Barbary. Osłaniałem ucieczkę Lucyny Kalinowskiej. Bogdan wciągnął mnie do transportów. Obstawiałem moim maluchem jakiś zrzut w okolicach Pruszkowa. Po tym odbiorze poznałem Janusza Ramotowskiego “Przema”. Pamiętam że spotkaliśmy się na dworcu Śródmieście.

Razem z “Przemem” odbieraliśmy jakąś potworną ilość starych ubrań z jakiegoś klasztoru i upchaliśmy to na Ursynowie i w Otwocku. Zacząłem organizować zaplecze na terenie Otwocka. Wciągnąłem do współpracy Janinę Fijas “Jagnę” i Zygmunta Gizińskiego, “Miśka” z Aleksandrowa i “Rudego” z ulicy Sosnowej w Otwocku. W Śródborowie zorganizowałem sobie magazyn gdzie chowałem jakieś radiostacje i pistolety gazowe. Byli jacyś inni ludzie, ale ich nie pamiętam. Zajmowałem się głównie rozwożeniem sprzętu. Pamiętam jakieś wrzuty dla poligrafii “Teosia” na ulicę Żelazną i na Ursynów. Były jakieś wrzuty na Smolną. Przed którymiś świętami rozwoziłem jaieś prywatne paczki. Gdzieś dostarczałem jakąś potworną ilość kaset. Wtedy poznałem Jacka Gniadka z Józefowa. Jego dom i warsztacik służył wtedy za “śluzę” między magazynem a odbiorcą.
Rozwoziłem “towar” swoim maluchem i pożyczanym od kolegi “Tarpanem”.”Przem” zaproponował mi przerzut “bibuły” do Paryża. Robiliśmy to we trzech – “Przem”, ja i “Jacek”, zmienając się co tydzień w naszych podróżach do Kutna i z powrotem. Moja żona Ala zaczęła podejrzewać że mam jakąś kochankę z którą systematycznie się spotykam. Trwało to do czasu, aż “nakryła” mnie w czasie preparowania przesyłki przed wyjazdem. W końcu ten “kanał” wpadł.

W tym czasie nawiązałem kontakt z Józefem Bobkiem i Michałem Janiszewskim z Unii i zorganizowałem dla nich drukarnię. Drukował Zygmut Giziński. Przed wyjazdem “Przema” z kraju dostałem od niego kontakt na Konrada Bielińskiego “Kundzia” i na magazyn u Ewy i Krzyśka Kuranów w Aleksandrowie. Razem z “Przemem” obierałem jego ostatni transport w okolicach Aleksandrowa.

Po wyjeździe “Przema” RKW Mazowsze straciło trasporty. Rozwiozłem resztę towaru i poprosiłem Kundzia o “nowy przydział”, szczególnie że Unia była już rozbita przez SB – siedzieli i Józek Bobek i Michał Janiszewski. Dostałem kontakt na “Nową” i “Przedświt”. zorganizowałem pracujące rotacyjnie drukarnie: Szczecińska w Otwocku, Mickiewicza w Otwocku, i przy Świerczewskiego w Otwocku. (Pamiętam że tam wpadł do jakieś dziury w piwnicy Piotr Mazurek, tak że wystawały mu tylko nogi.) Były jakieś lokale w Aninie, Aleksandrowie, Duchnowie i Zielonce. Stworzyłem introligatornię na osiedlu Stadion w Otwocku i w Warszawie na Ochocie. Sporadycznie drukowałem u Jacka Gniadka w Józefowie, ale ciągle wykorzystywałem ten lokal jako magazyn papieru i śluzę między drukarnią a odbiorcą. Rozwoził jakiś “Grzesiek” z Bródna. W Nowej nosiłem pseudonim “Mikrob”. Udało się nam przetrwać bez wpadek. Z osób mi biskich została aresztowna tylko “Jagna”.

Wyjechałem do Francji na przełomie 1988-89 roku zostawiając “gospodarstwo” Zygmuntowi Gizińskiemu. Do Kraju wróciłem w 1993 roku.

Zenon Barejko