Wspomnienia

Wspomnienia Piotra Rzewuskiego

Stan Wojenny

Początek 13 grudnia wychodzę z domu i jadę pod Region - sam nie wiem po co, ale czuję ,że coś trzeba zrobić (żona do dziś mi wypomina tamto wyjście, mówiła wtedy "masz dziecko, nie idź, o ja jej na to, że właśnie dlatego muszę iść bo kiedyś dziecko mnie zapyta - co wtedy robiłeś?) Pod Regionem już spokój, kilka osób, trochę milicji, jakieś rozmowy. Nic tu po mnie. Następnego dnia jadę do mojej Komisji Zakładowej (przy Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami) wprawdzie już od jakiegoś czasu nie pracuje, ale nadal jestem v-ce Przewodniczącym KZ, wywołuje koleżanką (Małgorzata Zembrowska) namawiam na działanie - wyprowadzamy stamtąd powielacz spirytusowy (niestety), papier, matryce i inne potrzebne być może rzeczy. Przewozimy to wszystko do Jej mieszkania .Małgosia i Jej mąż Marian byli więc pierwszymi ludźmi z którymi, zaczynamy. Dzień później udaje mi się odszukać Marka Hołuszko (dzisiaj Ewa Hołuszko) i wspólnie próbujemy coś zrobić. Marian Zembrowski i Małgosia rysują i drukują plakaty, funkcjonuje punkt kontaktowy w ich mieszkaniu na Bacha (to stamtąd mnie w 1982 zgarnęli). Razem z Markiem spotykamy się z jakimiś ludźmi z zakładów warszawskich - jedne spotkania przynoszą nadzieje, inne mogą załamać. W zakładach Marek ma więcej kontaktów i To On organizuje MKK (Międzyzakładową Komisję Koordynacyjną), mnie bardziej interesują działania na ulicy. Tak mija grudzień, styczeń, luty. MKK powoli nabiera form organizacyjnych, a ja tworzę zalążki grupy tzw." specjalnej". Jakoś w lutym 82 r. mam już w piwnicy dużo papieru dostarczanego mi przez znajomych, znajomych znajomych i mniej znajomych. Umawiam się z Markiem(Ewą), że przyśle kogoś po odbiór i faktycznie w wyznaczonym czasie zgłasza się (szok!) moja koleżanka z podstawówki - Jola Hałat. Tak więc poznaję Jej męża -Kazika i wielu ,wielu ludzi, którzy później współpracowali ze mną w mniejszym, bądź większym stopniu. U Joli i Kazika poznaje m. in. Wieśka Piątkowskiego, Adama Krassuskiego, Tadka Janiszewskiego, Krzyśka Jankowskiego, wspomnę tylko kilka tych nazwisk. Kazik choć zaangażowany w działalność innych struktur stanowił nieoceniona pomoc, zawsze mogłem liczyć na transport (taksówka bagażowa _Żuk) i na pomoc w różnych działaniach. Z transportem zresztą nie miałem kłopotu do końca. Zawsze mogłem liczyć na mojego przyjaciela z lat szkolnych Krzysztofa Rudkowskiego, wszelkie materiały przewoziłem też bezpiecznie taksówką należącą do Tadka Kostrzewy ,woził Wiesiek Piątkowski i Tadek Janiszewski a poźniej doszedł do tego maluch Elżbiety Pachniak).Przed majem 82 nawiązuje kontakt z Adą Wróblewską (to kolejna koleżanka z podstawówki) i Jej mężem Piotrem- zajmują się początkowo kolportażem, później także opracowaniami graficznymi i drukiem. Dzięki Adzie nawiązuje kontakt z ówczesnymi pracownikami PGM WOLA :Januszem Pachniakiem, Tomkiem Karpińskim, H.Talmą, K.Kujawą i innymi (wymienionymi w akcie oskarżenia) Początkowo są to spotkania, rozmowy, wzajemne " wybadywanie się". I chyba w maju zatrzymują mnie na Placu Zwycięstwa, kolegium, wspólne zbieranie pieniędzy na wykup (zresztą później prowadzący śledztwo kpt. Celewski z nieukrywanym żalem stwierdził " że przecież już mnie kiedyś mieli") Na wspólnym "dołku " poznaje kilku świetnych ludzi, których nazwisk nie pamiętam, ale po tym zdarzeniu na pewno pojawia się p. Barbara Janczak - mieszka na tym samym osiedlu co ja i ...... kolejny punkt kolportażu, a co ważniejsze Jej syn Andrzej przyłącza się do grupy- a mój dwuletni syn staje się pupilkiem w żłobku.
Cały czas odbywają się spotkania w ramach MKK, czasem organizowane w "moich " punktach, coraz częściej jednak gdzie indziej. Koło czerwca chyba nawiązuję kontakt ze mną Jacek Turski - student polonistyki tworzący wraz z kolegami gazetkę DRUK. Staram mu się pomóc, gazetka wychodzi ma całkiem niezły kolportaż i dostęp do informacji.
A propos studentów polonistyki - pamiętam spotkanie MKK odbywające się na Grochowskiej(Wiatracznej) gdzie jednym z uczestników był Maciek Zalewski z WOLI, a na spotkanie przyszło kilku młodych ludzi- Maciek wypada ze spotkania wściekły, sypiąc przekleństwami " co to za konspiracja jak tu większość to moi słuchacze i jak ja mam później z nimi pracować"- wszystko to oczywiście przerywane odpowiednimi wstawkami.
Jak wspomniałem MKK działa w Zakładach i tylko czasem potrzebuje akcji zewnętrznych - kolejne spotkanie na Żoliborzu z "dowództwem" MKK (Marek Hołuszko, Marian Parchowski i paru innych) i...... kolejna różnica zdań na temat form działania, a do tego jeszcze niezrozumiała dla mnie "konkurencja" z MRKS.

Grupy Oporu "SOLIDARNI"

Nie pamiętam jak i kto skontaktował mnie z Teosiem- miało to miejsce w czerwcu 82 r., spotkanie odbyło się na (chyba) Saskiej w mieszkaniu pełnym pamiątek z podróży (jakieś maski, afrykańskie gadżety itp.) .Rozmowa - Teoś opowiada o zamierzeniach, podoba mi się i umawiamy się na następne spotkanie, tym razem w kawiarence na Francuskiej. Kolejne spotkanie i .....omawiamy sprawę " zabezpieczenia" demonstracji 31 sierpnia 82. Kolce, butelki i inne akcesoria(w tym RMG- ręczne miotacze gazowe- jedyne które się do czegoś nadawały). "Konspiracja" : hasła, punkty kontaktowe (gdzieś na Prostej) i jak w piosence Pogodnego... adres nie ten, pomylone mieszkanie.... Sąsiad, który mówi: "oj to chyba piętro wyżej", a osoba która miała być wyszła po zakupy.
Mimo to zaczęła się współpraca z Grupami i trwała z przerwami do 1985 r. Ulotki, malowania, obstawa innych grup (tablica na Barbakanie - wtedy bardzo ładnie obmalowaliśmy siedzibę prokuratury przy Krakowskim Przedmieściu)... pełne ręce (czasem dosłownie) roboty.
Na 1 listopada 1982 roku moja grupa podejmuje się postawienia 7-metrowego Krzyż z tablicą poświęconą ofiarom stanu wojennego w okolicach Dolinki Katyńskiej na Powązkach. Krzyż i tablicę załatwia Teoś, transport ja (a ściślej mówiąc Kazik Hałat).
Akcja wg założeń ma wyglądać tak- stawiamy krzyż, a rano ma przybyć na miejsce grupa ludzi składając pod nim kwiaty. Nie wszystkie założenia jednak wychodzą - zamiast delegacji z kwiatami na cmentarzu pojawiła się ubecja. Doszło do bezpośredniego starcia i zatrzymania najmłodszego z grupy- Tomka Karpińskiego (niestety uciekał w niewłaściwą stronę). Seria aresztowań i właściwie większość z uczestników wpada w łapy ubecji.
Kilka dni później wpadam i ja w sposób dziwny i dość zaskakujący.
Po spotkaniu z Teosiem, na którym zdałem relację z akcji pojechałem na Bacha do Małgosi i Mariana Zembrowskich tak na wszelki wypadek powiedzieć żeby pozbyli się powielacza i materiałów. Miałem być tam tylko chwilkę, ale byłem zmęczony, niewyspany i głodny.
Małgosia zaproponowała obiad, a ja w oczekiwaniu zdrzemnąłem się. Przebudzenie nie było miłe - w mieszkaniu była ubecja, spokojnie, grzecznie prowadzali przeszukanie. Wyciągnęli powielacz, jakąś prasę, ulotki - udawałem wielkie zdziwienie, że coś takiego u nich jest i wyglądało na to, że nie wiązali mnie ze sprawą. Miałem być świadkiem rewizji.
Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie po wejściu do mieszkania ubeka, którego trafiłem na cmentarzu. Jedno spojrzenie..... i już nie było tak grzecznie- natychmiast mnie skuli, zrewidowali (mocno spóźnione działanie, bo wszystkiego co miałem pozbyłem się wcześniej, gdy mogłem swobodnie chodzić do łazienki) no i chwilkę później wyprowadzili skutego do dwóch potężnie zbudowanych ubeków. Jeden szedł przed nami a czwarty odbezpieczył pistolet mówiąc ,że będzie w razie próby ucieczki strzelał. Zapytałem tylko jak sobie wyobraża moją ucieczkę z tymi dwoma po bokach. Czarna Wołga i jazda... jedziemy wzdłuż Wisły i jeden z nich pyta czy słyszałem o topielcach, mówię ,że tak ,ale mam prośbę, ostatnią być może.. niech mnie wywiozą dalej bo tu woda brudna. Zastraszanie się skończyło. Wjeżdżamy do Pałacu Mostowskich - tu przywitanie "hrabia Mostowski wita w swoim pałacu hrabiego Rzewuskiego" i trafiam do kpt. Celewskiego, który mówi " mamy na Pana to i to i co Pan na to, Pan przemyśli a tym czasem chce się z Panem spotkać mój szef -płk. Adamski (chyba). Wprowadzają mnie do gabinetu, gdzie zastaje dwóch : wspomnianego Adamskiego (a może Adamczyka) i jakiegoś z MSW (nazwiska nie zapamiętałem choć się przedstawiał) Rozmowa w skrócie : Pan skontaktuje nas z Bujakiem a my załatwimy wyjazd, zwolnienie itp. Odpowiadam, że nawet jakbym wiedział gdzie jest to i tak nie sądzę bym im mógł to powiedzieć. Pytanie- Pan wierzy w to co robi? Odpowiedź - Tak i rozmowa między nimi "widzisz, mówiłem ,że z nim się tego nie da"
Z płk. Adamskim spotkałem się raz jeszcze już na Rakowieckiej. Wezwał mnie do swojego tam gabinetu, żeby zapytać jak się czuje po liście do Jaruzelskiego podpisanym kapral Wałęsa.
Noc na dołku, przesłuchanie, noc na dołku i na Zimną do prokuratury wojskowej. Sprawę prowadzi ppor. Marek Walczyk -zarzuty i postanowienie o tymczasowym aresztowaniu.
Muszę tu wstawić pewną dygresję - W wielu wspomnieniach słyszałem jaki to z tego Celeskiego i Walczyka kawał s......syna, jak znęcali się nad ludźmi....być może i tak było, ja jednak w swoich z nimi wymuszonych kontaktach tego nie odczułem. Wprost przeciwnie - byli grzeczni, uprzejmi i choć stali po przeciwnej stronie.......nie mogę im zarzucić braku kultury. Mało tego to właśnie Walczyk wydał zgodę na moje uczestnictwo w pogrzebie babki, wprawdzie cały czas w asyście i skuty ale przez chwilę poza murami.

Areszt Śledczy Rakowiecka (6.11.82 do 6.08.83)

Na najbliższe 9 miesięcy to mój nowy adres. Trafiam do pawilonu III oddz. III.
W celi(a może właściwiej pod celą) jakiś aferzysta, nie pamiętam nazwiska, młody sympatyczny i Robert Chenoir- kapuś, podający się za działającego w służbie zdrowia. Podejrzanie często wzywany i wracający z przesłuchań jakoś zadowolony. W takim składzie mijają pierwsze dwa miesiące. Miesiące drobnych potyczek z klawiszami - głównie o sposób ścielenia łóżka i składania ubrania. Ci co tam byli wiedzą o czym mówię, innym postaram się trochę przybliżyć. Składanie ubrań oczywiście w tzw. kostkę a łóżka w szyny. Tymczasem ja postanowiłem łóżko zaścielać tylko kocem, a ubranie składać tak sobie. Przez cały mój pobyt szła o to walka- raporty, wezwania do Naczelnika, w końcu kara tzw. twardego łoża(izolatka).
Nie pomogło, do końca mimo obietnic Naczelnika, że mnie osobiście nauczy. Chcieli też mnie nauczyć meldowania się u Naczelnika czy tzw. Wychowawcy - bezskutecznie. Jak podobno mówił naczelnik do mojej żony, kiedy ta składała wniosek o paczkę- tak krnąbrnego więźnia jeszcze nie miał.
Po pobycie w izolatce zmiana składu pod celą - przez najbliższe sześć miesięcy siedzę razem z Jankiem Rulewskim, Długi czas siedzimy we dwóch, czasem wrzucają nam do celi jakiś ludzi, po paru dniach zabierają, później dołącza do nas Edek Mizikowski z MRKS. Od naszej celi nikt już chyba nie oczekuje ścielenia łóżek czy składania ubrań. Pogodzili się także z formą zwracania do tzw. Wychowawcy - tak to właśnie wyglądało tzw. Wychowawca.
Monotonię przerywają przesłuchania, czasem informacje wykrzykiwane przez okno i niewątpliwie audycja (gadała) - to naprawdę było coś ważnego, tam za murami.
Zbliża się wizyta Papieża, ktoś rzuca pomysł zorganizowania postu do którego oczywiście się przyłączamy. Po 7-dniowym poście postanawiamy w naszej celi kontynuować dalej. Jesteśmy we trzech Janek, Edek i ja. Piszemy oświadczenie, że w intencji zgody itd. postanawiamy pościć tzn. nie przyjmować posiłków z wyjątkiem płynów przez kolejne dni. Celę naszą wizytuje naczelnik, który usiłuje odwieść od pomysłu- bezskutecznie-Mało tego próbujemy przekonać go ,że intencja jest ze wszech miar słuszna i właściwie powinien się do nas przyłączyć i biedak nie bardzo wie co ma powiedzieć. Następnego dnia rano rozbijają naszą celę. Do czasu obiadu siedzę sam- odmawiam posiłku, wezwanie do naczelnika, który twierdzi, że sam pozostałem a reszta się wycofała- odpowiadam, nie szkodzi, choć nie wierzę, że Rulewski zrezygnował. Wracam do celi -po jakimś czasie wrzucają do mnie jakiegoś oszusta karcianego prowadzącego głodówkę. Od niego dowiaduje się ,że Janek trafił do celi głodówkowej (sami kryminalni) i miał podobną co ja rozmowę z naczelnikiem i choć nie umawialiśmy się bardzo podobnie odpowiedział.Jest to już czas mojego procesu. Odmawiając posiłku w trakcie widzenia podczas przerwy w rozprawie zyskuje chyba jakieś uznanie u klawiszy - przymykają oko gdy przekazuje żonie zdjęcie tablicy, które udało mi się zabrać z akt sprawy.
Rozprawa w toku, prokurator żąda 4,5 roku, sąd przed mową obrońców zarządza przerwę, przerwa się wydłuża, aż w końcu sąd uznaje, że nie jest właściwy do rozpatrywania tej sprawy. Wiadomo, że amnestia choć z przepisów nie wynika wprost ,że mnie obejmuje.
Papiery gdzieś wędrują między sądami i dopiero 6 sierpnia zostaje zwolniony.

Grupy Oporu ciąg dalszy

Po wyjściu chwila odpoczynku - wyjeżdżam nad Wigry, zimno, ciągle pada deszcz- kiepski ten urlop. Odwiedza mnie tam Tomek Karpiński, mimo odsiadki (niedługiej wprawdzie, ale zawsze, na Rakowieckiej obchodził swoje 18 urodziny) chce coś robić dalej. Umawiamy się po moim powrocie. Na spotkanie przychodzi z Januszem Pachniakiem i jego żoną Elżbietą.
Dołącza do nas Andrzej Janczak - jeden z nielicznych uczestników akcji stawiania Krzyża, który nie wpadł.. Są niezawodni Jola i Kazik Hałat i wiele osób związanych ze mną wcześniej. Pierwszą naszą wspólną akcją jest postawienie w tym samym miejscu co stał krzyż repliki tablicy. Spotykam się z Teosiem i wracamy do działania. Znowu ulotki- cały czas poszukuje bezpieczniejszego i bardziej efektownego sposobu ich rozrzucania. W grudniu 83 poznaje Mariusza Zielińskiego, dość szybko staje się moim zastępcą. To on podchwytuje moje czasem głośne myślenie o jakimś innym sposobie rozrzucania ulotek-poznaje mnie ze swoim krewnym Krzysztofem Michalskim. Krzysiek, konstruktor w ZWUT ma swoiste hobby - otóż na każde święta i nie tylko, buduje petardy. Wspólnie szukamy rozwiązania - materiał pirotechniczny jest, trzeba tylko wymyślić jak go użyć. W pracach bierze też udział kolega Krzyśka Grzegorz Podbielski. Pierwsza próba- w styczniu 84- stalowa rura wypchana gazetami i środkiem przyrządzonym przez Krzyśka. Efekt jest, ale to jeszcze nie to, gazety wyleciały wprawdzie, ale trochę przypalone a rura odleciała na parę metrów. Stanęło w końcu na użyciu 25 cm. odcinków rury kanalizacyjnej PCV o średnicy 150 zamkniętej od dołu krążkiem sklejki, na to mieszanka przygotowana przez Krzyśka (nadmanganian potasu + opiłki w odpowiedniej proporcji), to przykryte krążkiem gumowym i na to ulotki. Zadziałało, choć jeszcze przez czas jakiś były problemy z odpaleniem- używaliśmy lontu. Pierwsze wyrzutniki postawiliśmy na Starym Mieście - jeden został zabrany przez przypadkowego?? przechodnia, drugi wystrzelił. Wywołało to duże wrażenie na obecnych tam ludziach. Przy następnym spotkaniu z Teosiem umówiliśmy się na pokaz na Marszałkowskiej. W tzw. międzyczasie dzięki kontaktom Mariusza w Instytucie Teletechniki przy Poligonowej powstał elektroniczny opóźniacz zapłonu. Wyrzutniki były już w pełni gotowe do użycia. Pokaz na Marszałkowskiej był udany, efekt się spodobał i wyrzutniki weszły już do stałego użytku - przynajmniej do czasu wypadku Mariusza w 85 roku.

Użyte były w spektakularnej (dzięki telewizji) akcji w Katowicach w czerwcu '84 wykonanej przez połączone (chociaż osobno) siły Grupy Grochowskiej i Grupy Waldeczków- w założeniu miało tam stanąć ok. 20 wyrzutników. Nam udało się postawić 8 nie wiem ile Waldeczkom. Tym niemniej akcja odbiła się sporym echem i na pewno była jedną z głośniejszych(dosłownie). Wyrzutniki stawały też we Wrocławiu (akcja Grupy Grochowskiej) Częstochowie (na zamówienie) Poznaniu (dla hecy?) i wielokrotnie w Warszawie. Stawiamy również "gadałe" na Marszałkowskiej przy Domach Centrum z audycją nagrana przeze mnie i Kazika.
Niestety jest to również czas kiedy Teoś przyprowadza na wszystkie spotkania Tadeusza (do którego jakoś nie mam zaufania) Staram się więc zachować pełną niezależność Grupy co powoduje pewne "niesnaski" Pojawiają się jakieś bzdurne oskarżenia, w końcu moje odejście. Daje do rąk Mariusza rozliczenie wszystkich ostatnio przeprowadzonych akcji i odchodzę.
Rozliczenie to niestety jest koronnym i w zasadzie jedynym dowodem w drugiej mojej sprawie.
Lato 85 wyjeżdżam na urlop - tym razem pogoda dopisuje, spotykam Edka Mizikowskiego umawiamy się na spotkanie w Warszawie-niestety wracam do pracy i pierwszego dnia po powrocie w miejscu pracy zjawia się ubecja, zabierają mnie, rewizja i znowu Pałac Mostowskich. Przesłuchanie- ja nic nie wiem, nic nie robię- no i szok- moje rozliczenie z opisem akcji. Idę wprawdzie w zaparte, ale nie ma szans. Znowu Rakowiecka.

Areszt Śledczy Rakowiecka po raz drugi 30.07.85- 9.09.86

No i wracam tu ponownie, w trochę gorszym nastroju, ale cóż zrobić. Idę na III oddział i słyszę klawisza - o nie, tylko nie on. Zawracają mnie na I, jakaś pojedyncza cela, po kilku minutach dzwonię i stwierdzam, że jeszcze nie zarobiłem na izolatkę. No cóż wiem już ,że tu da się wytrzymać. Wiem na co mogę sobie pozwolić, wiem ,że ich kary są mało skuteczne.
Zresztą dość szybko uzyskuje prawie wszelkie możliwe przywileje : możliwość leżenia w dzień, wydłużony spacer, podwójna łaźnia, udział w mszy, dieta, książki (prawie wszystkie księgozbiory z wyjątkiem prawa) prasa. Ci co trafiają ze mną pod celę mają dobrze. Poznaję kilku fajnych ludzi : początkowo siedzę z dwoma drukarzami : Emil Broniarek z NOWEJ i Roman Baraniecki z KRĘGU, później chwila z młodym Królem (KPN) parę partii szachów z Leszkiem Moczulskim (KPN) i dość długo z Andrzejem Szomańskim (KPN) z którym naprawdę się zaprzyjaźniamy. (Później utrzymujemy kontakt aż do Jego- niestety -śmierci).
Przewinęło się jeszcze wielu innych, których już niestety nie pamiętam.

Sprawę prowadzi prok. Aleksandrowicz, chudy, wredny godny zastępca osławionej Bardonowej. Akt oskarżenia i sprawa. Sędzia Kołtuniak - typowy przedstawiciel tamtego czasu i ustroju- Wyrok 5 lat, lecz zamiast uzasadnienia wyroku kolejna amnestia. Wszyscy wychodzą, a ja siedzę, pogodziłem się już właściwie ,że dłużej tu pozostanę, ale 9 września wychodzę (chyba jako jeden z ostatnich).
Jednak ta odsiadka rzutuje na moje życie rodzinne. W styczniu 86 przychodzi na świat dziecko - niestety martwe.
Żona ma żal, że była sama. Nigdy już chyba nie udało nam się wrócić tamtego czasu.
Zaczynam współdziałać ze Zbyszkiem Romaszewskim, a w grudniu zaczynam pracę w Spółdzielni UNICUM. Spotykam tu ludzi z Ursusa- stanowią trzon spółdzielni. Wszyscy wprawdzie zarabiają niezłe pieniądze, ale też każdy, no może prawie każdy coś tam jeszcze "knuje" Radcą prawnym jest wspaniały człowiek- sędzia Bogusław Niziński późniejszy Rzecznik \Interesu Publicznego, dla mnie jednak pozostanie mecenasem do którego zawsze się było można zwrócić z każdym problemem.
Ktoś zwraca się do mnie z prośbą przewiezienia na spotkanie z Czechami kilku osob. Jedziemy pożyczonym Polonezem. W samochodzie kwiat opozycji : Jacek Kuroń, Zbyszek Romaszewski, Tolek Lawina i Jan Lityński. Dojechaliśmy do Rawy Maz. Samochód wysiadł, żaden mechanik nie podejmuje się naprawy. Co robić? Tam na nas czekają!! Pod domem mam samochód służbowy, wracamy więc na holu do Warszawy- ciągnie nas Star, grzeje ponad setkę a my wszyscy w niesprawnym, na holu samochodzie. Chyba nigdy tak się nie spociłem jadąc. Udało się jednak, przesiedliśmy się do mojego Fiata i z kilkugodzinnym opóźnieniem dojechaliśmy, najpierw do Wrocławia a później na umówione spotkanie.
Innym razem Zbyszek Janas prosi o zorganizowanie przerzutu sprzętu dla Karty. Spotkanie umówione na Grzesiu na następny dzień a jemu ktoś nawalił. Cóż zrobić, zabieram Grześka Podbielskiego i jedziemy do Zakopanego, tak jak stoimy, bez specjalnych przygotowań. Meta u sympatycznych młodych ludzi prowadzących tam jakiś hotelik(schronisko) i na szczęście pożyczają nam przynajmniej buty(PATRZĄC NA NAS SŁUSZNIE JAK NA CEPRÓW GŁUPICH) i świtem następnego dnia wyprowadzają nas w góry. Szczerze mówiąc ledwo doszliśmy, na szczęście czesi zeszli trochę niżej i mieli ze sobą świetną śliwowicę. Powrót był już o wiele łatwiejszy, lepszy humor i brak na plecach 30kg.

I tak to było do 89 roku.

Nie opisałem wszystkich akcji, ani nie wymieniłem wszystkich ludzi działających w tamtym czasie. Ludzi działających aktywnie i wspomagających. Nie pamiętam nazwisk (tak było bezpieczniej), gdzieś po głowie kołatają się adresy. Jednak to dzięki im i ich zaangażowaniu udawało się coś zrobić.

Piotr Rzewuski

Wróć