Artykuły

Włodzimierz Domagalski – “Towarzysz porucznik idzie do podziemia” – “Uważam, Rze” nr 25/2012.

16 maja br. w Galerii Porczyńskich w Warszawie miała miejsce promocja książki Krystyny i Grzegorza Łubczyków „Pamięć II. Polscy uchodźcy na Węgrzech 1939-1945”, publikacji niezwykle ważnej, dokumentującej pomoc Węgrów polskim żołnierzom, którzy znaleźli się w tym kraju po kampanii wrześniowej. Wśród kilkuset uczestników tej promocji znaleźli się m.in. kardynał Kazimierz Nycz, posłowie i senatorowie RP, dyplomaci, kombatanci II wojny światowej. Wybitny aktor Olgierd Łukaszewicz odczytał list gratulacyjny prezydenta Bronisława Komorowskiego, adresowany do wydawcy. Oficynę Wydawniczą Rytm reprezentował jej dyrektor Marian Kotarski, który był bohaterem dnia i odbierał liczne gratulacje. Od 1990 r. wydał setki książek historycznych i odebrał wiele ważnych nagród, m.in. w 2001 r. z rąk ówczesnego Ministra Obrony Narodowej Bronisława Komorskiego otrzymał medal „Za zasługi dla Obronności Kraju”, a w tym samym roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Republiki Węgierskiej. Nosi honorowy tytuł „Rycerza Klio”. „Rytm” był dotowany przez szereg instytucji państwowych III RP Zyskał prestiż, a jego i historyczny związek z podziemną „Solidarnością” podkreśla logo firmy pisane charakterystyczną solidarycą. Problem w tym, że w rzeczywistości ktoś taki jak Marian Kotarski w ogóle nie istnieje i nigdy nie istniał. Personalia wydawcy z „Rytmu” są wymysłem bezpieki, która dla lepszego zakonspirowania swojego funkcjonariusza oddelegowanego do podziemia, wymyśliła mu nową tożsamość.  

Człowiek służby

Prawdziwą postacią w tej opowieści jest Marian Pękalski, który urodził się w Szczecinie 11 października 1950 r. Po ukończeniu Technikum Gospodarczego imał się różnych prac, zapewne mało dla niego satysfakcjonujących, skoro na początku 1974 r. złożył podanie o przyjęcie do pracy w Służbie Bezpieczeństwa. Oficer kadrowy Komendy Wojewódzkiej MO w Szczecinie zanotował: „Uważam, że kandydat spełnia warunki i posiada predyspozycje do pracy operacyjnej, po wstępnym przeszkoleniu może realizować zadania wynikające z działalności Służby Bezpieczeństwa”. Pękalski swoją karierę w PRL-owskich służbach specjalnych rozpoczął od stopnia szeregowca. Kolejne lata przyniosły pasmo pozytywnych opinii, nagród i awansów. 10 maja 1977 r. kpt. SB Lechosław Bartosiak, następująco charakteryzował młodego funkcjonariusza: „Posiada osiągnięcia na polu pozyskiwania t.w. [tajnych współpracowników] oraz organizacji l. k. [lokali konspiracyjnych…] Samodzielny, o dużym poczuciu odpowiedzialności i trafności ocen. Ambitny. W stosunku do przełożonych zdyscyplinowany, wśród kolegów lubiany. Funkcjonariusz o dużej kulturze osobistej. Aktywnie uczestniczy w życiu społeczno-politycznym. Członek egzekutywy POP oraz wiceprzewodniczący Koła ZSMP.”

Pękalski od początku swojej służby był związany z cywilnym kontrwywiadem. W latach 1977-1980 studiował w Wyższej Szkoły Oficerskiej im. F. Dzierżyńskiego w Legionowie, którą ukończył z bardzo dobrym wynikiem. Obronił wówczas pracę dyplomową zatytułowaną: „Kontrwywiadowcza ochrona polskiej i radzieckiej Marynarki Wojennej w Świnoujściu”. We wstępie napisał m.in.: „Wzmożonej agresywności przeciwnika, polityce zakłamania, nacjonalizmu i rewizjonizmu, a z niej wynikającej także działalności wywiadowczo-dywersyjnej zobowiązane są przeciwdziałać wszystkie siły postępowe w naszym kraju. Szczególne jednak miejsce w tym zakresie przypada resortowi spraw wewnętrznych. Jego zadania sprowadzają się bowiem do ujawniania i likwidacji wszelkich faktów i zjawisk, które mogłyby zakłócić atmosferę polityczno-społeczną w kraju i opóźnić wcielanie w życie programu naszej partii. Doniosła rola w tym względzie przypada organom kontrwywiadu…” Wydaje się, że te słowa można uznać za ówczesne credo M. Pękalskiego. W „organach kontrwywiadu” na pewno chciał odegrać znaczną rolę.

Bardzo dobre wyniki uzyskane podczas studiów nie uszły uwadze jego przełożonych. Dostał awans na podporucznika, propozycję przeniesienia do Warszawy i pracy w Departamencie II MSW. 26 czerwca 1980 r. został młodszym inspektorem Wydziału VI w kontrwywiadzie.

Kontrwywiadowca w podziemiu

Wydawało się wówczas, że będzie kontynuował „kontrwywiadowczą ochronę jednostek wojskowych”. W resorcie następowały jednak ważne zmiany. Od lutego 1981 r. w Departament II Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przejął część zadań Departamentu III, czyli włączył się do inwigilacji „Solidarności” i opozycji politycznej w kraju i na emigracji. Ważną rolę, już po wprowadzeniu stanu wojennego, odegrał Wydział VI Departamentu II. Nowe zadania otrzymał w tej sytuacji porucznik M. Pękalski, który miał stać się ważnym działaczem warszawskiego podziemia.

W pierwszych miesiącach stanu wojennego w stolicy największe zagrożenie dla władz stanowił Międzyzakładowy Robotniczy Komitet „Solidarności” (MRK „S”). W odróżnieniu od podziemnych władz regionalnych Związku (RKW), MRK „S” był nastawiony na konfrontację z władzami. Zorganizowane przez tą strukturę niezależne obchody 1 i 3 maja przyciągnęły tysiące warszawiaków. Do decydującej konfrontacji ulicznej miało dojść w drugą rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Działacze MRK „S” i popierający ich członek RKW, twórca radia podziemnego, Zbigniew Romaszewski, spodziewali się, że tym razem na ulice stolicy wyjdzie od 50 do100 tysięcy osób. Rozpoczęły się przygotowania.

  1. Pękalski stał się wówczas Marianem Kotarskim. Legitymował się dowodem osobistym wystawionym na to właśnie nazwisko. Była w nim podana ta sama data i miejsce urodzenia, oraz takie samo imię ojca, jak w dowodzie M. Pękalskiego. Nie został natomiast nigdy zarejestrowany w bazie PESEL. Co ciekawe, w tym czasie, zarówno Pękalski, jak i Kotarski byli zameldowani w tym samym mieszkaniu przy ulicy Świerczewskiego (obecnie Al. Solidarności), w pobliżu Placu Bankowego. Było to mieszkanie konspiracyjne kontrwywiadu.

W kwietniu 1982 r. M. Kotarski został formalnie zatrudniony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, by „zalegendować” jego życie cywilne. Po tej dacie miał również wniknąć w struktury MRK „S”. Pomógł mu w tym inny ważny agent kontrwywiadu Sławomir Miastowski, w cywilu szef Komisji Zakładowej „Solidarności” w Wytwórni Filmowej „Poltel”.

Drugie oblicze M. Pękalskiego wiązało się ze zmianą zewnętrznego wizerunku. Pękalski-funkcjonariusz był gładko ogolony, miał krótkie włosy. Jego alter ego Marian Kotarski – jak na działacza „Solidarności” przystało – zapuścił brodę i wąsy, nosił dłuższe, lekko falujące włosy oraz posługiwał się pseudonimem „Tadeusz”. Jak relacjonowali działacze podziemia, nawet nie próbował udawać działacza zaangażowanego ideowo w działalność antykomunistyczną. Został „zalegendowany” w nieco inny sposób. Przedstawiał się jako pochodzący ze Szczecina człowiek zajmujący się drobnym przemytem, który zanotował wpadkę i musiał przeprowadzić się do Warszawy, gdzie jak twierdził, dalej zajmował się trochę nielegalnym handlem. Nikogo więc nie dziwiło, że ubierał się i zachowywał nietypowo jak na warszawskie podziemie. Dla podziemia stał się z kolei bardzo atrakcyjnym działaczem – miał mnóstwo wolnego czasu, pieniądze i samochód, którego w tamtych czasach wielu ludzi nie miało.

Miastowski wprowadził Kotarskiego-Pękalskiego do MRK „S”, zanim sam został zdekonspirowany. Władzom tak bardzo zależało na rozbiciu tej struktury przed przygotowywaną manifestacją w dniu 31 sierpnia 1980 r., że zaryzykowano utratą ważnego agenta. Miastowski przyczynił się do aresztowania Z. Romaszewskiego oraz szeregu czołowych działaczy MRK „S” i wtedy jego podwójna rola stała się jasna.

Niepotwierdzone tropy

Aresztowania w szeregach MRK „S” i dekonspiracja S. Miastowskiego postawiły pod znakiem zapytania dalszą karierę opozycyjną M. Kotarskiego. Wśród działaczy podziemia zaczęło się mówić, że on również ma związki ze służbami. Analizowano jego zachowania. Nie brakowało poważnych wątpliwości. Ukrywająca się w podziemiu Ewa Kulik, prowadząca sekretariat RKW, w liście z 3 października 1982 r. do jednego z czołowych działaczy Grup Oporu „Solidarni” napisała: „Informacja o Tadku pewna na tyle samo co informacja o Miastowskim. W tych sprawach nie ma się nigdy 100% pewności, chyba że otworzone zostaną archiwa SB. Przyszła jednak do nas z kilku niezależnych źródeł i to już dawno, ostatnio została sprecyzowana do tego stopnia, że musimy się z nią poważnie liczyć”. Ostrzeżenie zostało zlekceważone. Kotarski trochę zmienił podziemne kręgi i swoją dalszą podziemną karierę zawdzięczał zaufaniu, jakim mimo wszystko darzył go Teodor Klincewicz, szef Grup Oporu „Solidarni”, jednej z najważniejszych i najbardziej radykalnych struktur warszawskiego podziemia. M. Kotarski dzięki wyjątkowej pracowitości i samochodowi stawał się coraz bardziej znaczącą postacią stołecznej konspiracji. Jako osobisty kierowca T. Klincewicza był wprowadzany w wiele konspiracyjnych tajemnic. Znał m.in. adresy lokali, w których były gromadzone materiały wybuchowe, podrabiane dokumenty legalizacyjne, z wyprzedzeniem wiedział o planowanych akcjach. Co więcej – brał udział w niektórych z nich – a te zawsze musiały zakończyć się powodzeniem. Wydaje się, że jego zwierzchników zadowalał fakt posiadania szczegółowej wiedzy o planach podziemnych struktur, a więc możliwości kontroli, a zarazem bardzo dbali o „ochronę źródła”. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że im ktoś był w podziemiu bliżej M. Kotarskiego, był mniej narażony na represje. Jednak nie zawsze. Dzięki informacjom dostarczanym przez Kotarskiego i innych Marek Gajek trafił do karnej jednostki wojskowej, Piotr Rzewuski trafił do więzienia, a Michał Mirecki po porwaniu przez funkcjonariuszy Departamentu II, przez wiele godzin był dręczony w Magdalence w ośrodku MSW, tym samym, w którym później odbywały się poufne rozmowy w trakcie „okrągłego stołu”. Jak wynika z teczki personalnej późniejszego „Rycerza Klio”, najprawdopodobniej latach 1984-1988 był on na etacie niejawnym („N”) w MSW.

Największe sukcesy M. Kotarski odnosił jako podziemny wydawca. Kierował Oficyną Wydawniczą Rytm, założoną przez T. Klincewicza i funkcjonującą w ramach Grup Oporu „Solidarni”. Drukował książki, pisma (m.in. „Tygodnik Mazowsze”) i ulotki. Nie trudno przewidzieć, że oficyna nie zanotowała żadnej wpadki, a jej rola stale wzrastała. W drugiej połowie lat 80. „Rytm” zaczął otrzymywać dotacje z Funduszu Wydawnictw Niezależnych. W 1988 r. Kotarski wszedł w konflikt z T. Klincewiczem i w konsekwencji opuścił szeregi Grup Oporu, ale nie z pustymi rękami. Oficyna wydawnicza stała się faktycznie jego własnością. Kotarski jeszcze w tym samym roku odniósł swój największy sukces – wydał wspomnienia Lecha Wałęsy „Droga nadziei”.

Sukcesy M. Kotarskiego przez cały czas były również sukcesami M. Pękalskiego. W 1982 r. otrzymał od władz Złoty Krzyż Zasługi, dwa lata później awans na kapitana, a w 1989 r. był już majorem. 15 czerwca 1990 r. zwolnił się z SB na własną prośbę, uzyskując już wtedy prawa emerytalne. W życiu cywilnym do dziś pozostał Marianem Kotarskim.

Odcinanie kuponów

Od 1990 r. M. Kotarski rozpoczął nowy rozdział w swoim życiu, stając się szefem ważnego, działającego już oficjalnie wydawnictwa. Oficyna Wydawnicza Rytm specjalizuje się w wydawaniu książek historycznych, dotyczących głównie naszej najnowszej historii. Jako wydawca jest zaprzyjaźniony ze środowiskami kombatanckimi. Odnosi kolejne sukcesy, których ostatnim akordem była opisana na wstępie promocja. Pozostaje pytanie dotyczące tego, jak ów zasłużony funkcjonariusz SB może do dziś funkcjonować publicznie jako Marian Kotarski? Odpowiedź jest banalnie prosta. Choć jest „twarzą” Rytmu, to według danych z Krajowego Rejestru Sądowego właścicielem wszystkich akcji tej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością o wartości dwóch milionów czterystu tysięcy złotych,  jest jego żona Alicja Pękalska, zaś córka, Kamila Pękalska, jest prokurentem i sekretarką  dyrektora M. Kotarskiego.

Casus M. Pękalskiego-Kotarskiego jest niewątpliwie jednym z najciekawszych znanych przypadków penetracji środowisk opozycyjnych przez służby specjalne PRL. Nieco podobny przykład opisał przed laty Sławomir Cenckiewicz kreśląc sylwetkę Janusza Molki, który jako funkcjonariusz na etacie niejawnym („N”) przeniknął do trójmiejskiego i warszawskiego podziemia, aby rozpracowywać NZS, Solidarność Walczącą i wydawnictwo „Krąg”. Problem jest zatem poważny. Przez lata ukazały się liczne publikacje o agentach przenikających konspiracyjne organizacje. I słusznie, niemniej jednak nowym wyzwaniem dla badaczy powinno być ujawnienie kadrowych funkcjonariuszy SB „przebranych” za działaczy podziemia. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w samym tylko Departamencie II MSW, gdzie pracował Pękalski vel Kotarski, na około trzystu oficerów operacyjnych, co dziesiąty, był w latach 80. na etacie niejawnym. Trzeba więc zadać kolejne pytanie: ilu jeszcze takich Marianów Pękalskich funkcjonuje w naszym życiu publicznym, posługując się fałszywą tożsamością? Odpowiedź kryje się w dokumentach zgromadzonych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej.

Włodzimierz Domagalski

Umyjcie ręce po farbie

“On był Kmicicem opozycji. Tylko on mógł wysadzić kolubrynę.”
O Teodorze Klincewiczu – legendzie podziemnej “Solidarności” – opowiada Paweł Smoleński.

1. Zostały strzępki, skrawki, okruszyny pamięci. Dokonało się wielkie zapominanie.

A przecież był taki czas, gdy widywaliśmy się niemal codziennie.

Nie pamiętam więc, kiedy się poznaliśmy. U schyłku lat 70.? Nie, bo wtedy najbardziej lubiłem żeglarstwo, choć Teoś też kochał jachty, więc może wtedy.

Tuż po Sierpniu, przez Jędrka, jednego z podpisanych pod deklaracją założycielską Niezależnego Zrzeszenia Studentów? Chyba nie, bo we wrześniu wyjechałem w świat.

W karnawale pierwszej “Solidarności”? Możliwe, bo wtedy poznawało się wielu wspaniałych ludzi. Podczas strajku na warszawskim uniwerku w listopadzie i grudniu 1981?

W pierwszych dniach stanu wojennego? Nie, wtedy z pewnością nie. Kilka dni przed 13 grudnia Ewa B., moja znajoma, później dziewczyna Teosia, prosiła mnie, bym ich poznał.

Więc kiedy? Nie pamiętam.

Został mi w głowie widok jego kożucha i potwornie brzydkich futrzanych czapek. Teoś w zielonej kurtce amerykańskich marines; rękawy podciągnięte, dłonie wciśnięte w kieszenie. Teoś siedzący na fotelu: noga na nogę, zgarbiony, ręce dziwnie splecione (jak on mógł wytrzymać w takiej pozycji?). Kalosze; nikt przy zdrowych zmysłach nie chodził w takim paskudztwie. Karteczki i karteluszki, pęki kluczy, wymięte papierosy.

Ale już nie pamiętam koloru szalika. Ewa B. pamięta: był moherowy, w pomarańczową kratkę.

Pamiętam, że do aresztowania w 1983 r. chodził na papierach człowieka o nazwisku Ludwiczak. Ale nie pamiętam (i nikt nie pamięta), jak Ludwiczak miał na imię. Do sfałszowanego dowodu trzeba było zrobić Teosiowi zdjęcie: grzywka obcięta tuż nad oczami, na garnek.

Zapomniałem nawet, że się zacinał. Ale za to pamiętam jego zmordowanie i ułańską fantazję. Oraz że sprawiał wielką frajdę mojej wiekowej Babci. Wchodził do mieszkania, szarmancko całował ją w dłoń i mówił, że jest bardzo głodny. A wtedy Babcia stawiała na stole ogórkową, pierogi, jakieś kotlety, placki ziemniaczane.

Kiedy nie pojawiał się u mnie przez kilka dni, Babcia była niepocieszona. Pytała: – Kiedy wreszcie przyjdzie pan Rafałek (to był jeden z Teosiowych pseudonimów), mój najlepszy stołownik?

Babcia kochała Teosia, bo zjadał wszystko i prosił o dokładkę. Kiedy dowiedziała się, że nie żyje, na parę godzin zamknęła się w swoim pokoju.

2. Esbecka notatka “Słowny opis zagrożenia (faktu)”. Dotyczy obywatela Klincewicza Teodora, syna Teodora i Teresy, studenta Politechniki Warszawskiej. “Podstawą założenia sprawy – czytamy – była informacja uzyskana z Wydziału III A Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej, że wyżej wymieniony drukował pismo “Robotnik”. Celem założonej sprawy było wyjaśnienie przyczyn zaangażowania się figuranta we wrogą działalność, rozpoznania jego osobowości i motywów działania, określenie stopnia jego wrogiego oddziaływania na innych studentów Politechniki oraz zlikwidowanie ujawnionego zagrożenia. W toku prowadzenia sprawy ustalono, że figurant pochodzi z rodziny robotniczej, jego ojciec mieszka w Gdyni i pracuje jako kierownik noclegowni na stacji PKP Gdańsk Główny. Matka w 1973 r. wyjechała na wycieczkę do USA i odmówiła powrotu”.

Teoś – wedle notatki – zagrażał nie tylko drukowaniem “Robotnika”, drugoobiegowego pisma związanego ze środowiskiem Komitetu Obrony Robotników i nielegalnie kolportowanego w zakładach pracy u schyłku lat 70., w czasach późnego Gierka. “Robotnik” uwierał władzę, bo był dowodem, że klasa przodująca nie za bardzo lubi realny socjalizm.

“W prowadzonym rozpracowaniu powstało nowe zagrożenie – negatywna inicjatywa polityczna wobec władz państwowo-politycznych – petycja”, a szło o podpisany przez niego list protestujący przeciwko rozbijaniu przez bojówki Socjalistycznego Związku Studentów Polskich wykładów niezależnego Towarzystwa Kursów Naukowych.

W dodatku okazało się, że “figurant w domu studenckim Mikrus rozdawał ulotki warszawskiego Studenckiego Komitetu “Solidarności” we wszystkich prawie pokojach”, zbierał podpisy pod listem protestującym przeciwko “grupom chuligańskim i bojówkarzom” – czyli aktywistom SZSP.

Sprawie nadano kryptonim “Klimek”. Zagrożeń przybywało. Rozpracowywanie Teosia kontynuowano do szczęśliwego zgonu PRL.

Witold Łuczywo, współpracownik KOR, drukarz “Robotnika”, wynalazca wielu technik usprawniających powielanie drugoobiegowych pism: – To ja jestem za wszystko odpowiedzialny. Wciągnąłem Teosia do drukowania “Robotnika”. Jego przygoda z opozycją zaczęła się w maleńkim pokoiku akademika Mikrus. W oparach rozpuszczalnika, wśród talku, którym trzeba było przesypywać zadrukowane strony, żeby się nie kleiły.

Henryk Wujec, wówczas działacz KOR: – Idę do Łuczywów, a tu ktoś stoi pod ich drzwiami. Młody chłopak, na ziemi torba, patrzy na mnie spode łba. Więc mówię, po co przyszedłem, a on: “Pana szczęście, bo już bym przywalił”. W torbie miał “Robotnika”. Tak go poznałem. Był Kmicicem opozycji. Tylko on mógłby wysadzić kolubrynę.

3. Tym razem to bezpieczniacka “Analiza. Tajne spec. znaczenia”.

Teoś “jesienią 1980 r. jest inicjatorem utworzenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów”, organizuje “wystawę pt. “Marzec 68″ na Politechnice Warszawskiej”, jest “najaktywniejszym uczestnikiem batalii o zarejestrowanie NZS”, a na dodatek “wszystkie planowane przedsięwzięcia konsultował z Jackiem Kuroniem i Zbigniewem Bujakiem”. Został wybrany na wiceprzewodniczącego Krajowej Komisji Koordynacyjnej NZS.

13 grudnia 1981 r. “prowadził kolportaż ulotek podpisanych jego nazwiskiem na terenie Politechniki Warszawskiej, po czym opuścił teren tej uczelni i zaczął się ukrywać”.

Majka K., nasza wspólna przyjaciółka: – Dlaczego chował się u nas? A dlaczego nie, choć to było jakieś wariactwo. W domu małe dziecko, które bez przerwy płacze, mąż co rano wychodzi odbębnić kolejne dni służby wojskowej, a mnie bez przerwy śni się powielacz, słyszę jego turkot dochodzący zza pieca w małym pokoju. A to tylko Teoś przewraca się na skrzypiącym łóżku. Żartowaliśmy, że jak już nasze będzie na wierzchu, to za te moje koszmarne sny wmurują na ścianie tego domu tablicę: “Tu ukrywał się Teodor Klincewicz, również po to, by Majka nie mogła spać”.

Ukrywał się również w innych mieszkaniach na Saskiej Kępie, dłuższy czas przemieszkiwał na warszawskim Bródnie. Ale do mieszkania Majki wracał chyba najchętniej, bo wszędzie blisko.

W “Analizie. Tajne spec. znaczenia” napisano, że do czasu aresztowania “nie udało się ustalić miejsca jego pobytu”.

Majka: – Pamiętasz te okropne kalosze ze Szwecji? Stał ich tu cały karton, brzydkie, ze sztucznym futerkiem, a na dodatek felerne, bo lewy obcas uginał się inaczej niż prawy. Teoś nie miał zimowych butów, więc chodził w tych kaloszach, a po nim chyba wszyscy jego współpracownicy. Nie było mądrego, który na tym pustym obcasie umiałby chodzić bez utykania.

Chłopaki kuleli aż miło. Gdyby policja miała wyobraźnię, prócz chłopaków zidentyfikowanych po kaloszach złapaliby powielacze, które tymi samymi transportami przyjeżdżały ze Szwecji niemal od pierwszych dni stanu wojennego.

4. Po 13 grudnia “Solidarność” zeszła do podziemia. Internowania uniknął Zbigniew Bujak, do stanu wojennego szef regionu Mazowsze, a później lider niejawnego związku. Gdy minął szok, zaczęła ukazywać się nielegalna związkowa prasa, a podziemne drukarnie wydawały książki. W samej Warszawie powstało kilka podziemnych struktur związkowych. Organizowano manifestacje i akcje ulotkowe. Ukrywający się działacze mieli ze sobą kontakt głównie przez łączników. Koordynacją działań podziemia zajmowało się podziemne biuro.

W tym wszystkim widać było rękę Teosia.

Mówił wtedy specyficznym językiem. “Kwit” to był list działacza jednej podziemnej struktury zdelegalizowanej “Solidarności” do działacza drugiej. Zostawiało się go na “skrzynce” u “cioci” – sympatycznej pani, która była właścicielką mieszkania.

“Towar” – to były podziemne gazety, nielegalnie wydane książki, ulotki.

Ulotki rzucano z ręki albo z “przewieszki” (prostokąciki papieru zwinięte w rulon, przewiązane nitką lub żyłką i wywieszone przez gzyms wysokiego domu w centrum miasta. Przy nitce zapalony papieros, koniecznie zagraniczny, bo polskie gasły, żar przepala nitkę, ulotki lecą jak deszcz).

“Złodziej” załatwiał papier, farby do druku, części do powielacza (często był to prawdziwy złodziej). Z “gadał” ustawianych na dachu domu na tyłach więzienia przy Rakowieckiej nadawano audycje do więźniów. A “zadyma” to było wszystko, co Teoś robił – drukowanie, ulotkowanie, gadały.

Ewa Kulik-Bielińska, organizatorka i szefowa biura podziemnego Regionalnego Komitetu Wykonawczego mazowieckiej “Solidarności”, dziś pracuje w Fundacji Batorego: – Na początku stanu wojennego Teoś chciał być liderem podziemnego Niezależnego Zrzeszenia Studentów, bo tylko on z władz NZS uniknął internowania. Ale nie mógł tylko liderować, siedzieć bezczynnie. Chciał coś robić. Im bardziej konkretnie, tym lepiej. Bardzo mi wtedy zaimponował. Lecz pamiętam, że kiedy go słuchałam, nigdy nie byłam pewna, czy to konfabulacja, czy opisy prawdziwych akcji. Ale okazywało się, że nie konfabulował.

Czego to on nie robił? Wszystko, na czym wówczas opierało się solidarnościowe podziemie. W pierwszych miesiącach stanu wojennego na warszawskiej Starówce wmurował tablicę upamiętniającą “Solidarność”. Wymyślił i sam kierował “legalizacją”, czyli akcją wyrabiania fałszywych dokumentów ukrywającym się działaczom Związku (pomagała mu Dorota, wtedy jeszcze licealistka, potem żona).

Dał warszawskiemu kierownictwu podziemia kontakt na Szwecję, skąd szły transporty sprzętu drukarskiego. Współorganizował odbiór przemycanych powielaczy. Scalił istniejące przy różnych podziemnych strukturach grupy do rzucania ulotek i – w zamierzeniu – do małego sabotażu.

Tak powstały Grupy Oporu Solidarni: kilkudziesięciu młodych ludzi gotowych nawet rzucać butelki z benzyną w czasie ulicznych demonstracji i karać kolaborantów podkładaniem smrodów w mieszkaniach albo – jak mówił Teoś – lekką demolką samochodów.

Kulik: – Ukrywałam się w mieszkaniu znajomego, gdzie przez przypadek zawitał jakiś wojskowy. Zorientował się, że tu odchodzi antypaństwowa konspiracja, i poszedł z donosem. Nikt nie wpadł, ale lokal był spalony. Teoś obiecał, że zasmrodzi mu mieszkanie jakimś środkiem chemicznym. Nie wiem, czy to zrobił.

Ale – znając Teosia – zrobił to na pewno.

W 1983 r. przewodniczący “Solidarności” Lech Wałęsa dostał pokojowego Nobla. Więc – opowiadał Teoś z niejakim żalem – kolce do przebijania opon i butelki zapalające poszły precz, a Grupom zostało tylko ulotkowanie, gadały i wieszanie transparentów.

5. Ale przecież nie był tylko od konspiracji. Włodek P., u którego zbierało się pół warszawskiego podziemia, akurat leżał w szpitalu.

To Ewa B. wpadła na pomysł, by w ramach poszpitalnej niespodzianki odnowić jego malutkie mieszkanie. Rok 1982, zbliża się ów 31 sierpnia z planowanymi manifestacjami i nieomal powstaniem, Teoś w dzień konspiruje, a wieczorami, w gazetowej czapce na głowie i pędzlem w ręku, maluje i maluje.

Ewa B.: – To był koszmarny remont: mieszkanko jak chusteczka do nosa, każdy centymetr wykorzystany do maksimum, pełno książek, kasety, płyty. Malowaliśmy kawałek ściany, potem wszystko przesuwaliśmy, i znów kawałek, i znów przesuwanie, i znów kawałek. A Teoś malował i malował. Choć mógł powiedzieć, że ma ważniejsze sprawy. Bo przecież je miał.

6. Zwinęli go w bramie na Hożej, tuż przy Kruczej, w marcu 1983. Tuż przed wpadką mówił Dorocie, że czuje, jak wokół niego zaciska się pętla. Ale może po prostu był straszliwie zmęczony?

Andrzej Friszke z IPN, autor opracowania dotyczącego warszawskiego podziemia stanu wojennego, uważa, że milicyjne meldunki mówią co innego.

Więc – jeśli wierzyć raportom – Teoś wpadł podczas przypadkowej kontroli, milicjanci kazali mu otworzyć torbę, a miał w niej to, czego mieć nie powinien: jakieś matryce do powielacza, bibułę, a przede wszystkim notes.

I esbecy – mówi Friszke – poszli po tym notesie. Nie złamali wszystkich zapisów, ale to, co odcyfrowali, wystarczyło, by w solidarnościowym podziemiu narobić niezłego bałaganu: wpadły trzy offsety, zdekonspirowano lokal drukarni, aresztowano kilka osób. Odpryski sprawy dotarły aż do Krakowa. Tam SB zlikwidowała drukarnię “Głosu Hutnika”.

W grypsie z więzienia, który wpadł w ręce SB, Teoś pisał: “Zwinęli mnie 21.03 o godz. 23.25 na tyłach baru mlecznego róg Krucza – Hoża. Czekali tam na kogoś (?). Nie miałem żadnych szans. Znaleźli przy mnie dwa listy Eryka, list Alberta – jest tam o wszystkim. Na listach dopisane były moje uwagi; notes – część adresów udało się zniszczyć. Widziałem się z Maćkiem. Moja przypadkowa wpadka nie ma nic wspólnego z jego. Zwinęli go następnego dnia na lokalu z materiałami. I jest mi strasznie głupio, przykro. Wiem, że takiej głupoty i bezmyślności nie wybacza się. Siedzę, nic nie mówię, nic nie zeznaję. Teoś”.

Listy “Eryka” to korespondencja Ewy Kulik. “Albert” to członek RKW Wiktor Kulerski. A “Maciek” to Maciej Zalewski, wówczas działacz podziemnej solidarnościowej struktury “Wola”. I on, i Teoś pomylili się. SB namierzyła Zalewskiego po rozszyfrowaniu zapisków w notesie Teosia.

7. Siedział cztery miesiące, do lipcowej amnestii w 1983 r. ogłoszonej na kolejną rocznicę powstania PRL. Gdy wyszedł, od razu przyjechał do Włodka. Dopiero tam zobaczyłem, jak wielu kolegów z mojej szkoły pomagało Teosiowi. Piliśmy chyba gorzałkę pomorską, śmialiśmy się do rozpuku, paliliśmy trawę. Pamiętam, że było nam bardzo dobrze. Oraz – że w żartach z Teosia byliśmy nieco obsceniczni i wulgarni.

Potem pojechał do ojca, do Gdyni. Mieszkali w Chyloni, w biedadomkach, gdzie trafiali ostatni repatrianci z ZSRR. Ojciec zmarł następnego dnia po przyjeździe syna. Jakby czekał ze śmiercią na jego powrót (był niezwykle uparty: ukrywał się z bronią w białoruskich lasach chyba do 1947 r., jako jedyny z rodzeństwa nie przyjął sowieckiego obywatelstwa).

Później Teoś wyskoczył na Mazury, na łódkę z przyjaciółmi – Włodkiem i Andysiem U. Dziś, przeglądając esbeckie notatki, czytam, że funkcjonariusze szukają działacza podziemia o pseudonimie “Indor”. Szukają i znaleźć nie mogą.

Ewa B.: – Nazywaliśmy czasem Teosia Indor, bo kiedy zacinał się, to gulgotał jak indyk. I był jeszcze Królem Podwórza. A Króla Podwórza przypadkiem bezpieka nie szukała?

Wtedy na łódce chłopaków raz po raz ogarniała wakacyjna głupawka. Nie zrobisz tego – jesteś Indorem. Nie wypijesz – jesteś Indorem.

Włodek: – Indor był tytułem prześmiewczo-wyróżniającym, ale przede wszystkim przechodnim. Indorem zostawało się na chwilę i nie wypadało nim być ani minuty dłużej. Dlatego każdy z nas był choć raz Indorem, ale odbijał przezwisko jak piłeczkę. Bezpieka szukała “Indora”? Niemożliwe! Za co im płacili, na co szły nasze podatki?

Przy biurku funkcjonariusza SB powstała też notatka datowana na 1985 r. Opracował ją podporucznik, a zaangażowano w jej tworzenie kilka wydziałów SB Komendy Stołecznej. Tytuł: “Dot. kobiet, z którymi kontaktuje się T. Klincewicz”.

Ustalono więc, że Teoś czasami jeździ samochodem ojca Krysi. Że na Ursynowie widuje się z Zuzą, siostrą Krysi, obok wysokiego bloku, w którym jest publiczny telefon, więc pewnie stamtąd dzwoni.

Że brat plastyczki Małgosi Andrzej też studiuje na ASP.

Zaś Iza pracuje w klubie aktora.

“Do chwili obecnej nie ustalono aktualnej narzeczonej T. Klincewicza – tłumaczy się podporucznik. – Posiadamy informacje, że jest ona nazywana “Krówka” lub “Czarna Ewka”, ma na imię Ewa i mieszka na Saskiej Kępie. Wykonywała ona dla figuranta projekt kalendarza i winietę dla Kooperatywy Robotniczo-Studenckiej “Wola”. Z wykształcenia jest plastyczką. Klincewicz często przebywa w jej mieszkaniu”.

Ewa B.: – To jakaś brednia. Przecież pamiętasz, że rozstaliśmy się ponad rok wcześniej.

8. Jest też esbecka notatka, że kiedy Teoś wyszedł z więzienia, był tak sfrustrowany, odcięty od konspiracyjnych kontaktów, że za dużo pił, wpadł “w towarzystwo narkomanów”. Więc zachodzimy w głowę – Włodek, Ewa B., ja – kiedy tak pił i w jakie okropne towarzystwo wpadł. I wychodzi nam, że w nasze, bo trochę piliśmy i paliliśmy trawę. Ale trochę, i dość szybko nam przeszło.

Zaś co do odcięcia od kontaktów – najlepiej pamiętają to Ewa Kulik i Konrad Bieliński. Konrad był członkiem warszawskiego Regionalnego Komitetu Wykonawczego “Solidarności”.

Ewa Kulik: – Nie pamiętam bezpo-średnich kontaktów, wszystko załatwialiśmy przez łączników. Chyba że przypadkiem wpadaliśmy na siebie na jakichś przyjęciach.

Konrad Bieliński: – Gdy Teoś wyszedł z więzienia, obawialiśmy się osobistych spotkań, bo uważaliśmy, że cholernie go pilnują. Ale w końcu spotykaliśmy się, bo jego po prostu nie można było nikim zastąpić.

To już połowa lat 80. Powolutku zaczyna się czas, gdy na podziemną działalność brakuje pieniędzy, a i ludziom zaczyna brakować zapału. I oczywiście – to nie Teoś wymyślił, że trzeba, jak za niemieckiej okupacji, robić konspiracyjną galanterię – znaczki czy kalendarze. Ale nikt nie robił ich tak fantazyjnie jak on. Znaczki z Madonnami na srebrnej, a potem złotej apli, koniecznie przeszyte maszyną do szycia, z równo dziurkowaną perforacją. Kalendarze, koniecznie z narodowymi symbolami, rarytas dla kolekcjonerów.

Konrad Bieliński: – Na podziemnej konfekcji można było zarobić spore pieniądze. Bywało, że znaczki “Solidarności” produkowali ludzie, którym szło tylko o szmal. Ale to nie Teoś. On w ten sposób finansował działalność Grup Oporu.

Projekty znaczków i kalendarzy robiła Ewa B. Pierwsza partia z reguły lądowała u nas; Teoś przynosił ją dumny jak paw. Może dlatego, że umieliśmy go chwalić. A może, że – podobnie jak Teoś – mieliśmy dystans do narodowej ikonografii. Kiedy już przesłodziliśmy się Madonnami, projektowaliśmy nowe kompozycje. Orzeł w kajdanach przebity sztyletem z napisem NKWD.

Nie kombinowaliśmy tak, by cokolwiek wyszydzić, ale po to, by odreagować. Może dlatego tak bardzo rozumiem słowa Henryka Wujca: – Jeśli ktoś ważny, a nawet mało ważny w konspiracyjnej robocie, zapomniał się w zadzieraniu nosa, powinien trafić na Teosia. Nie znałem drugiego człowieka, który miałby większy dystans do siebie i do konspiracji.

9. Ewa B. wychodzi za mąż, a rzecz dzieje się w Kazimierzu nad Wisłą latem 1986. Teoś, uznany za najbardziej odpowiedzialnego, ma klucze do domków kempingowych, gdzie rozlokowano gości. Już po ceremonii daleko od miasteczka płonie ognisko.

Włodek P.: – Opowiedział mi to o poranku; przyszedł do knajpy, szurając rozwiązanymi butami, skacowany jak ostatnie nieszczęście.

Ewa B.: – Wracaliśmy z mężem od ogniska. Patrzymy: na schodach walają się pęki kluczy. Oho, był Teoś – pomyślałam. Wchodzimy do pokoju, a on śpi rozwalony w naszym małżeńskim łożu.

Włodek P.: – Wchodzi więc “Indor” i mówi: – Widziałem Matkę Boską. Ja na to: – Teoś, coś ty? A on: – Nic, to tylko figurka.

Zdrożył się, idąc od tego ogniska, przysiadł i zasnął, zanim trafił do pokoju Ewy. Gdy się obudził, zobaczył figurkę Panienki, tę koło studni, na ulicy Krakowskiej.

10. Na tle innych struktur regionu Grupy Oporu wyróżniały się radykalizmem – pisze Andrzej Friszke. – Główny cel, jaki sobie stawiano, to czynny opór wobec reżimu. Podejmowano m.in. akcje zwalczania kolaborantów, donosicieli, nadgorliwych sędziów, próbując niszczyć ich samochody, informować ulotkami w miejscu zamieszkania o ich wyczynach, zasmradzać im mieszkania. (…) Przed manifestacjami 31 sierpnia przygotowano 150 butelek z benzyną, specjalna grupa rzemieślnicza wykonała kolce do przebijania opon samochodów… Wiktor Kulerski wspomina, że na początku 1983 r., kiedy zastępował Bujaka, otrzymał raport o zgromadzonej broni i środkach wybuchowych oraz dalszych możliwościach ich pozyskiwania i kosztach finansowych z tym związanych. Polecił wówczas natychmiastowe zniszczenie tego potencjału.

Konrad Bieliński: – Gdy SB złapała Teosia, Wiktor musiał bardzo ostro zdyscyplinować Grupy. Ci chłopcy byli gotowi odbijać Teosia z Rakowieckiej.

Dyscyplinowanie pomaga, lecz nie na długo. Na początku 1985 r. Zbigniew Bujak pisze do Klincewicza list po raz kolejny zakazujący używania środków wybuchowych: “Niezastosowanie się do przedstawionych zasad i warunków spowoduje odstąpienie Regionalnego Komitetu Wykonawczego od organizacyjnej i merytorycznej (politycznej) odpowiedzialności za działalność Grup (włącznie z podaniem tego do publicznej wiadomości)”.

Bieliński: – Szło o to, by ich utemperować. Ich umiejętności były bardzo potrzebne podziemiu, ale czasami chłopców Teosia ponosiły fantazja i brawura.

11. Ślub Doroty i Teosia był u św. Marcina (dziesiątki gości, życzenia składają najpierwsze postacie opozycji), wesele w knajpie jakiegoś hotelu w Śródmieściu. Więc dlaczego pamiętam taksówkę o późnym świtaniu, która wiezie mnie do domu gdzieś z dalekiego Mokotowa?

Dorota: – Zlały ci się dwa bankiety. Pierwszy był w Grandzie, drugi – na Ursynowie.

To z tego drugiego pamiętam i chyba zawsze będę pamiętać kawałek Madonny “La isla bonita” lecący z przesterowanego magnetofonu. Dla mnie to ich – Doroty i Teosia – weselna piosenka.

Pamiętam też spotkania w ich mieszkaniu na warszawskich Bielanach opodal huty: dwa kiszkowate pokoje, malutka kuchnia, masywne drzwi wejściowe, żeby SB nie mogła ich łatwo wyważyć. Pogaduchy do świtu, planowanie, co wydać, Teoś gra na gitarze albo opowiada, że umie grać na “wstydzie”, czyli harmonii, którą, lekko zaciągając, lubił też nazywać “akordionem”.

Raz dla żartu wynieśliśmy im z domu wszystkie sztućce. Dorota mówi, że tego akurat nie pamięta. Ale Ewa B. i ja pamiętamy, że była wściekła. Tak samo jak Teoś: wtedy akurat chodził po znajomych i zanim zostawił kwit albo zabrał towar, mówił: – Oddawaj moje widelce, gdzie są moje noże? Więc oddawaliśmy, ale po sztuce, zadowoleni z głupawego kawału. Nie obraził się, choć może powinien.

12. Po Okrągłym Stole Teoś wszedł do władz mazowieckiej “Solidarności”. Mówił, że samopoczucie po wyjściu na powierzchnię ma całkiem dobre. Choć jakby dusił się w legalnych strukturach. Nie z braku adrenaliny czy pracy, ale dlatego że to, co w stanie wojennym proste, powoli stawało się nieproste: Związek rozmieniał etos na frakcje, kliki, grupy i posady.

Wielu kolegów z podziemia rozbiegło się po świecie, poszli do polityki, w spółki z o.o. (o takich mawiał: poszli spółkować). Innym pomógł zaczepić się w “Solidarności”. Miał pomysł, by tych, którzy rzucali ulotki, zatrudnić w tworzącej się warszawskiej straży miejskiej. Niewiele z tego wypaliło.

Ale ciągle czuł się za nich odpowiedzialny. Mówił “Gazecie”: – Żyliśmy z czterokrotną aktywnością. Wielu zniszczyło sobie zdrowie, zrujnowało życie rodzinne. Wielu przypłaciło karierami naukowymi – nie ukończyło studiów czy doktoratów. Nie przez represje polityczne, bo te dotknęły zaledwie 5 proc. podziemia, ale przez całkowite pochłonięcie. Ktoś, kto przez osiem lat rozrzucał ulotki, dla kogo normalna praca była tylko koniecznym dodatkiem do życia, jest teraz okaleczony. Wraca z trudem do życia, jak po długiej chorobie… Wydawało się książki, ale nie miało się czasu ich czytać. Człowiek się nie rozwijał, tylko walczył… Uczucie niepewności, przekonanie, że się jest niepotrzebnym, bo zrobiło się swoje, jest udziałem prawie wszystkich. Podziemie to kilka tysięcy osób. Nie można im powiedzieć: dziękuję, chłopcy, umyjcie ręce po farbie, jesteście wolni.

Ta niepewność i tymczasowość kłuła go jak zadra. Pewnie dlatego, choć już był pierwszy niekomunistyczny rząd, zostawił sobie ukryty gdzieś powielacz, płacił za wynajem magazynów, gdzie zawsze można było wrzucić towar. Mówił, że po to, by miał gdzie się cofnąć. Może nie ufał, że tym razem się udało. I że historia pokazała, że żadne cofanie się nie ma sensu.

Lecz jeszcze bardziej kłuło go, że koledzy przestali być kolegami. W “Solidarności” zabrakło solidarności. Koniec marzeń. Nastała pokojowa wojna wszystkich ze wszystkimi.

Dorota: – Wiecznie zajmował się sprawami innych. Dla mnie i dziecka miał niewiele czasu. Przyjeżdżał do domu tylko na wieczorną kąpiel, wyrywał małego Teosia z moich rąk, wrzucał do wanienki, popluskał, oddawał i znów gdzieś leciał.

Ale pamiętam też, jak w ogródku jordanowskim na Saskiej Kępie duży Teoś pcha wózek z małym Teosiem. Obok Dorota. Teoś ma na sobie tę samą zieloną kurtkę marines co osiem lat wcześniej.

I ciągle jest zmęczony, bo druk książek, regionalnej gazety “Solidarności”, bo nasiadówka mazowieckich władz Związku.

13. Dzień przed wypadkiem był zmęczony i podenerwowany. Do czerwonej skody pakował świeżo złożone książki.

Do Gdańska, na kolejny zjazd “Solidarności”, wyjechał grubo po południu. Było już ciemno, gdy pod Mławą wymijał ciężarówkę.

Nagle na drogę wytoczył się pijany mężczyzna. Wpadł do samochodu przez rozbitą przednią szybę. Uderzył w głowę Teosia butami, a może niedopitą butelką? Chyba nic poważnego mu się nie stało, choć po wypadku dowodził, że ma problemy z chodzeniem, i czekał na odszkodowanie.

Teoś zdążył zawiadomić policję i opowiedzieć o wypadku. W niezłym stanie dojechał do szpitala.

Nocą spadł ze szpitalnego łóżka. Już nie odzyskał przytomności.

14. Szukam w pamięci, kto był wtedy w kaplicy staromiejskiego kościoła Ojców Dominikanów. Pytam, ale nikt nie umie powiedzieć, kto wtedy modlił się, by Teoś odzyskał przytomność. Nie było Doroty, siedziała w mławskim szpitalu. Na pewno przyszli Ludka i Heniek Wujcowie. Ewa z Konradem. Ewa B. Pamięć przywołuje obraz kilku głów schylonych nad pulpitami drewnianych klęczników i ojca Jacka Salija przed ołtarzem.

Na zewnątrz było ciemno, zimno i nieprzyjemnie wilgotno. Wiało, trzeba było zapinać kurtki i stawiać kołnierze. Na ulicy Freta żółtym światłem świeciły latarnie. Wyglądały jak nagrobne znicze.

Nie wymodliliśmy Teosiowi życia i zdrowia. Zmarł 1 marca 1991 r.

15. Na pogrzeb przyszły setki, jeśli nie tysiące. Kondukt szedł od św. Stanisława Kostki aż na Powązki, długi, skulony od marcowego zimna, smutny.

I w tym wijącym się, ludnym pochodzie mówiono, że może gdyby Teoś był słabszy, to – znów może – odpuściłby choć na chwilę tę podziemną, a potem legalną harówkę, więc żyłby, cholera, nie byłoby tego konduktu.

Gdyby bardziej dbał o siebie, częściej mówił “ja”, może pogotowie udzieliłoby mu skutecznej pomocy.

Że był tak bardzo zwyczajny, choć pochłaniały go rzeczy niezwykłe.

Że potwornie fałszował, gdy przy gitarze śpiewał szanty o starym Johnie, który miał długą brodę i krótką fajkę lub odwrotnie.

Że miał niezwykły dar zjednywania sobie ludzi.

Wybaczał błędy, bo Bóg dał mu rzadką cnotę tolerancji.

Lubił bankietować.

I kokietować, nawet damę tak wiekową jak moja Babcia.

Rósł od pochwał, lecz nie oczekiwał nagrody. I kurczył się przy najmniejszej krytyce.

W podziemnej pracy zakładał sobie stachanowskie normy.

Poświęcał się rzeczom i sprawom, które wcale nie musiały zwyciężyć. Pewnie dlatego był w odrodzonej “Solidarności” coraz bardziej smutny (Teoś smutny? Toż to czysty idiotyzm!). I, choć otoczony tłumem ludzi, samotny.

Że szkoda go, tak bardzo szkoda.

Zbyszek Bujak powiedział nad grobem: – Ty byłeś najprawdziwszą legendą tego okresu. Gdyby chcieć nakręcić piękny, a jednocześnie prawdziwy film, to Ty i tylko Ty powinieneś być bohaterem tego filmu. Bo w Tobie, jak w soczewce, zbiegało się wszystko, co najciekawsze i najlepsze w “Solidarności”.

W tekście wykorzystałem rozmowy z filmu dokumentalnego “Teoś” zrealizowanego przez Pawła Woldana i fragmenty wywiadu dla “Gazety” z 1989 r. przeprowadzonego przez Annę Bikont. Korzystałem również z tekstu “Regionalny Komitet Wykonawczy regionu Mazowsze 1981-86” autorstwa Andrzeja Friszkego oraz z archiwum domowego Doroty Przyłubskiej-Klincewicz

Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej zgody Wydawcy zabronione.

 

© Archiwum GW 1998,2002,2004

Zawieszenie transparentu na budynku kina “Wisła” na Placu Wilsona.

23 kwietnia 1986r.

Transparent o wymiarach 3×5 m o treści “Solidarność. Spotkamy się tutaj 1 maja o godz. 10.00”. W transparent włożono kilka tysięcy ulotek na temat niezależnych obchodów pierwszomajowych.

Na dachu kłopoty. Liny, na których wywieszamy transparent okazują się zbyt krótkie. Musimy go z powrotem wciągnąć na dach i dowiązywać liny aby po rozbujaniu można go było przerzucić poza gzyms budynku. W międzyczasie nad placem kilka razy przelatuje śmigłowiec MO. Jest to dzień imienin ks. Jerzego Popiełuszki. “Władza” obawia się widocznie manifestacji w pobliżu kościoła. Podczas tych “nalotów” z powietrza udajemy, że naprawiamy antenę telewizyjną. Wreszcie o 15.00 mocujemy transparent i schodząc z dachu blokujemy właz własną kłódką. Na klatce schodowej wpadamy na jakąś zaniepokojoną hałasem lokatorkę. A pytanie “Co sie tu dzieje panowie?” odpowiadamy “Przepraszamy panią – akcja Solidarności”. “Acha to przepraszam” mówi i znika w swoim mieszkaniu.

Wychodzimy na plac gdzie pojawia się coraz więcej “drogówki” i patroli ZOMO. Po kilkunastu minutach lonty przepalają się i z rozwijającego się transparentu wylatują tysiące ulotek. Część z nich zaczepia się na gałęziach pobliskich drzew wyglądających teraz jakby były obsypane śniegiem. Pech sprawia, że gdy transparent jest już całkiem rozwinięty, nagły podmuch wiatru unosi go w górę i obraca na lewa stronę. Jest to w końcu ładny kawałek żagla. Poza przebijającym napisem “Solidarność” nic nie można odczytać. Nagłe porywy wiatru strącają co chwilę kilkaset ulotek zaczepionych na drzewach. Transparent wisi ponad godzinę aż zostaje wciągnięty na dach przez jakiegoś młodego blondyna. Następnego dnia słyszymy komentarz od znajomego; “Ale transparent wywalili na kinie Wisła”. My jednak nie możemy przeboleć, ze wiatr go odwrócił na lewa stronę i postanowiliśmy się odkuć w niedługim czasie.

Wykonawcy: Piotr, Dubler


Po katastrofie w Czarnobylu wieszamy kolejny transparent 3x7m również na budynku kina “Wisła”. Jest on starannie wykonany i kolorowy. Przedstawia międzynarodowy znak promieniowania. U góry napis “Idea komunizmu promieniuje na świat”. U dołu podpis “Solidarni z Ukrainą – Grupy Oporu”. Zawieszamy również kilka paczek z ulotkami “na przewieszkę” tak aby sypały się jedna po drugiej w odstępach kilkuminutowych. Razem coś ok. 8 tysięcy ulotek na temat Czarnobyla. Ponieważ wieszanie odbywa się “na żywca” (jesteśmy doskonale widoczni z ulicy) obstawa ma w chwili zamocowania transparentu uniemożliwić dostęp do budynku zamykając bramy prowadzące na podwórze na kłódki. Jest to niewdzięczne zadanie wymagające zdecydowania i opanowania. W bramach jest duży ruch (mieszkańcy, handlarze kwiatami, klienci WC). Trzeba je zamykać przechodniom przed nosem nie zwracając uwagi na żadne protesty. Chodzi również o to aby umożliwić nam bezpieczny odwrót prze mało znaną, przechodnia klatkę w przypadku gdyby jakiś “organ” zauważył nasze poczynania na dachu. Po kilku awanturach i perypetiach z przechodniami i dziwnymi “stojakami” w cywilu odstawa wypełnia swoje zadanie. Transparent wieszamy tym razem w taki sposób aby uniemożliwić jego obrócenie przez dość silny wiatr. Gdy przechodzimy przez podwórze dostrzegamy spory tłumek ludzi zgromadzony po obu stronach kraty zamykającej bramę. Nagle dopada do nas jakaś kobieta z wrzaskiem “Panowie dlaczego zamknęliście bramy !”. Odpowiadamy “Trzeba było” i omijamy ją ostrożnie. Drzwi od przechodniej klatki okazują się zamknięte na klucz. Cofamy się do najbliższej bramy wyjmujemy raka i przecinamy łańcuchy. Udaje się nam wyjść z kotła. Trochę żal zdezorientowanych mieszkańców ale nie mogliśmy sobie pozwolić na ewentualne starcie z milicją. Z placu obserwujemy rozwijający się transparent i lawiny ulotek spadające co chwilę na przechodniów. Mimo, że jesteśmy niemiłosiernie umorusani lepikiem (przy krawędzi dachu trzeba było się położyć). Nie możemy sobie odmówić obejrzenia widowiska. Niestety po niecałych 15 minutach transparent zostaje fachowo wciągnięty na dach przez znanego nam już młodego blondyna. Podobny wyczyn z paczkami ulotek już mu się nie udaje. Rozlatują się mu w rękach i spadają na dół. “Specjalista” ten musiał się dostać na dach przez jedyny nie zablokowany właz. Kręcili się przy nim jacyś ludzie i nie mogliśmy zapchać kłódek. Milicja przyjeżdża po 15 minutach w sile dwóch radiowozów. Jeden z funkcjonariuszy usiłuje zbierać ulotki ale szybko zniechęcony ich ilością rzuca je na ziemię. Później już tylko siedzą w radiowozie i obserwują. Jeden z chłopców nie wytrzymuje i po wszystkim upilnowawszy naszego dzielnego “zdejmowacza transparentów” częstuje go w bramie gazem.

Wykonawcy: Piotr, Dubler


24 czerwca 1986r.

Wieszamy transparent na budynku “Hotrexu” na pl. Konstytucji, na kilka dni przed X zjazdem PZPR. Miejsce wydaje się idealne. Duży ruch uliczny, otwarte na skutek remontów dachów włazy i potężna balustrada na górze utrudniająca zobaczenie nas z ulicy. Trochę niepokoi nas szeroki na metr gzyms poniżej balustrady, pod którym chcemy umieścić transparent. Dużym atutem jest tylko jedno wyjście na dach. Postanawiamy je tak zablokować aby jak najdłużej uniemożliwić zdjęcie naszego transparentu.

W tym czasie prasa reżimowa “piała” na temat dostarczanej nam broni, materiałów wybuchowych oraz …kamizelek kuloodpornych przez CIA. Proszę bardzo ! Zdecydowaliśmy się “zaminować” wyjście na dach. Posłużyła nam do tego puszka z mielonką wołową, bateria, dwa druciki i taśma izolacyjna. (mielonka nadawała się tylko do zwrotu naszym “dobroczyńcom” – sami próbowaliśmy). Całość po zmontowaniu wyglądała przerażająco. Aby nie było wątpliwości doczepiliśmy kartkę “Uwaga! Grozi wybuchem”.

Przed 16.00 wchodzimy na dach. Musimy odczekać jakiś czas ponieważ na ulicy dostrzegamy ekipę TV kręcącą sielskie, anielskie obrazki z ulicy szczęśliwego, socjalistycznego miasta. Nie chcemy występów w telewizji. Gdy TV odjeżdża bierzemy się do roboty. Olbrzymie trudności napotykamy przy przerzuceniu transparentu za gzyms. Niech szlag trafi to monumentalne, stalinowskie budownictwo!. Wreszcie bliscy rozpaczy wisząc niemal na balustradzie po dziesięciu minutach szarpaniny przerzucamy transparent poza gzyms. Całe szczęście, że były długie lonty!. Jeszcze tylko zamocowanie paczek z ulotkami i “minowanie” włazu, który jak się okazuje jest zwykłą pokrywą leżącą na wejściu na dach. Na dole spotykamy kolegę, który obwiesił kilkoma paczkami ulotek budynek wzdłuż placu. Okazało się, że miał pewne kłopoty. W trakcie “roboty” na dach wylazł jakiś gość z wrzaskiem “a pan co tu robi !” – ‘Naprawiam antenę” odpowiedział kolega nie przerywając pracy. “Przecież widzę, że nie naprawia pan żadnej anteny” awanturuje się intruz i lezie dalej. “Sper…laj stąd” nie wytrzymuje kolega bo czas go goni. (Po naszej stronie lonty się już palą). Ciekawski zwątpił i zniknął. Po 15 minutach spadają pierwsze ulotko. Mają za zadanie zatrzymać ludzi na ulicy i zwrócić ich uwagę do góry. Odzew przechodniów jest nadspodziewany. Wciskają się pod rusztowania, wyciągają je spod desek a widząc wiszące pod gzymsem paczki czekają aż spadną następne. Ktoś otwiera okno i wychodzi na rusztowanie nazbierać ile się da. Inni wychylają się z okien i łapią ulotki w powietrzu. Coraz więcej ludzi zatrzymuje się na ulicy i czyta. Nie chowa do kieszeni tylko czyta i podaje innym. O 16.30 rozwija się transparent “Widmo komunizmu krąży nad światem” poniżej olbrzymi czerwony upiór przerysowany z plakatu Afgańskiego Ruchu Oporu i podpis “Solidarność z Afganistanem – Grupy Oporu”. Robi się już mini festyn. Gromadzi się coraz więcej ludzi, którzy pokazując na transparent śmieją się. Ulotki w dalszym ciągu spadają. Ogromna szkoda, że nie ma gadałki z audycją “S”. Po kilku minutach przyjeżdża milicja. Transparent jednak wisi nadal. To znaczy, że boją się naszej puszki z wołowiną i nie wychodzą na dach. Na ulicy coraz więcej ludzi i milicji. Jakaś dziewczyna woła roześmiana do matki pokazując na transparent “Zobacz to grupy oporu!”.

Tyle ludzi jest uśmiechniętych aż miło popatrzeć. Jakiś zdenerwowany sługus nie rozumiejący dlaczego transparent jeszcze wisi mimo obecności MO podbiega do mundurowego i pokazuje w górę. Milicjant ogania się od niego zdenerwowany mówiąc, że widzi i niech mu nie zawraca itp. Po Ponad pół godzinie SB podejmuje desperacka próbę zerwania go z pobliskiego okna. Po kilku podejściach próba się udaje i pękają górne deski utrzymujące transparent MO wejdzie na dach dopiero po dwóch godzinach gdy specjaliści “rozminują” wołowinę.

W międzyczasie po ulicy krąży jakiś lekko podcięty gość i z dumą opowiada przechodniom “Ja to wszystko widziałem. Jeden wieszał a drugi sypał ulotki”. Ktoś inny śmieje się oglądając transparent i po wszystkim idzie na piwo. Gdy później wraca tą samą drogą zatrzymuje go SB. “Z czego pan się tak śmiał pod “Hotexem”? “Nie pamiętam już” odpowiada i kończy się tylko na spisaniu personaliów.

Ogółem rozsypanych zostało ponad 10 tys. ulotek na temat zjazdu i Afganistanu. W miejscach większej ich koncentracji pojawili się podobno panowie w eleganckich garniturach i nie zważając na docinki ludzi starannie zamiatali chodniki. Nareszcie jakaś uczciwa praca.


Kolejny transparent zostaje wywieszony na rogu Świerczewskiego (Al. Solidarności) i Marchlewskiego (Al. Jana Pawła II). Przedstawia dwa napełnione kieliszki połączone oprawką od okularów. Pod nimi napis: “Przejrzyj! Nie pij” i Solidarność – Grupa Osy”.

Żeby było weselej planujemy zrzucenie prawie 10 tys. ulotek na skrzyżowanie z trzech budynków. Sygnałem do podpalenia lontów i wywieszenia paczek z ulotkami ma być zamocowanie transparentu na budynku przylegającym bezpośrednio do gmachu Sądu Najwyższego. Ulotki to małe kopie transparentu w różnych kolorach. Na dachu, z którego mamy wywiesić nasz “żagiel” (20 m2) napotykamy trudności. Balustrad a pokryta stalową, śliską blachą okazuje się wysoka na chłopa. Nie ma mowy o sforsowaniu jej “wierzchem” tak jak na Pl. Konstytucji. Krótka narada i transparent zostaje wysunięty na gzyms przez wąski świetlik. W ostatniej chwili dostrzegamy kawałki cegieł leżące na krawędzi dachu. Mogło dojść do nieszczęścia gdyby spadły z 10 piętra na ruchliwą ulicę. Przy okazji robimy więc porządki za bezmyślnych robotników. Najszczuplejszy z nas musi przecisnąć się przez świetlik i położyć na gzymsie aby prawidłowo podwiesić transparent. Podczas tej karkołomnej operacji kolega trzyma go za nogę. Transparent już wisi. W tym momencie następuje ożywienie na dwóch niższych dachach. Skulone z balustradami postacie przebiegają szybko od miejsca do miejsca, podpalają lonty i wywieszają paczki z ulotkami. Paczki wywieszamy także przy transparencie. Podczas schodzenia torba z narzędziami ląduje przypadkowo na głowie kolegi trzaska również zbyt szybko zamykana klapa od włazu. Zwabiony tymi hałasami pojawia się jakiś lokator ale ujrzawszy trzech “desperatów” znika za drzwiami mieszkania. Jeden z kolegów podsłuchuje chwile pod drzwiami czy nie dzwoni na milicję. Jeszcze tylko nasza “minerka” i schodzimy na dół. Tym razem bombę udaje pocięty kij od szczotki ucharakteryzowany na laski dynamitu. Jest jeszcze do tego bateria, druty, pudełko od slajdów i lampa od magnetofonu no i oczywiście stosowny napis ostrzegawczy.

Pierwsze spadają ulotki o czym informuje jakiś mężczyzna obwieszczając tę radosną nowinę krzykiem “to ulotki, ulotki !” Zaraz potem rozwija się transparent i lawina 2 tysięcy małych karteczek spada na przechodniów. Zasypane całe skrzyżowanie. Ludzie zbierają kolorowe karteczki, zerkają na transparent i pędzą dalej. Już taka mentalność naszego społeczeństwa. Po pracy klapki na oczy i jak najszybciej do domu ( w końcu lata ćwiczeń i treningu). Jeden z młodych ludzi dostrzegłszy transparent mówi do drugiego “to oni jeszcze żyją?” Robimy pamiątkowe zdjęcie transparentu, co widząc jakiś gość puszcza do nas oko i rozchodzimy się. Transparent wisi godzinę. Na ulicy milicja legitymuje i wypytuje przechodniów. Kilka samochodów MO zajeżdża na podwórko. Trochę czasu zajmuje SB “rozminowanie” naszej najnowszej zabawki. Będąc na górze nie ryzykują wyjścia na gzyms ( a może nie mają tak szczupłych sylwetek jak mu “roślinni”). Dowiązują do naszych sznurów swoją linę i opuszczają transparent na ulicę. Dopiero to widowisko gromadzi większą ilość gapiów. Nikt nie gwizdnął nikt nie krzyknął, wkrótce się rozeszli.


Bajka I

1986 lato

Robimy akcję w samym sercu Śródmieścia. Róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Teren jest bardzo trudny. Na ulicy stałe patrole MO i posterunki “drogówki”. Po drugiej stronie ulicy wznosi się 20-piętrowy wieżowiec. Z kilkunastu pięter możemy być doskonale widoczni bez żadnej lornetki. Nieco pociesza nas osłona potężnego neonu “Ubezpieczajcie się na życie w PZU”. Aby całkowicie wykorzystać tak dobry punkt decydujemy się na użycie chałupniczej świecy dymnej. Dum unoszący się nad budynkiem będzie ściągał uwagę przechodniów na transparent, który jest jednak elementem dość statycznym i prze to nie zawsze zauważanym. Cała nasza akcja ma być fotografowana z sąsiedniego wieżowca.

Punkt 14.00 wchodzimy przez właz na dach sąsiedniego, nieco niższego budynku. Na dach krótka narada i podział zadań. Później forsujemy z klamotami ok. 3 metrową różnicę poziomów pomiędzy dachami i już jesteśmy “u siebie’. Teraz każdy zajmuje się swoja “działką”. Do starego garnka wędrują szmaty i trochę chemii na świecę dymną. Zawieszony zostaje transparent i ulotki z “przewieszki”. Teraz już tylko podpalenie lontów, zeskok na niższy dach i do włazu. Zamykamy go na własna kłódkę. Po niecałych 10 minutach rozwija się transparent z napisem “Solidarność zwycięży” kotwica i podpis “Grupy Oporu – Solidarni”. Systematycznie spada ok. 8 tysięcy ulotek na temat święta odzyskania niepodległości. Na chodniku robi się dosłownie biało. Nie na długo jednak gdyż każda spadająca porcja ulotek jest natychmiast podnoszona z ziemi prze tłum przechodniów. Zaczyna działać nasza świeca dymna. Na wielu piętrach wieżowca wznoszącego się naprzeciw wywieszonego transparentu rozpoczyna się niecodzienny ruch. Ci, którzy nie maja okien na stronę ul. Świętokrzyskiej wychodzą na klatkę schodową. Rozpoczyna się istna bieganina, walenie do drzwi i zwoływanie sąsiadów. “Chodźcie zobaczyć, chodźcie transparent i ulotki!”. Poniżej i powyżej pietra, z którego fotografujemy akcję dochodzą podnoszące na duchu komentarze. “Cos takiego! Jak oni to zrobili? W biały dzień!” wykrzykuje jakaś kobieta. “To jednak cos istnieje, istnieje!” wtóruje jej rozradowana sąsiadka. W momencie jak zaczyna funkcjonować świeca dymna ktoś to komentuje “Patrzcie! Pali się dach. Oni wywiesili transparent a tamci im ze złości dach podpalili. Potem w dzienniku pokażą i będzie znów na Solidarność”. “nie to chyba naszym coś nie wyszło” komentuje za chwilę ktoś przytomniejszy. “Przecież nie zostawili by tak transparentu gdyby to oni podpalili”. Ktoś nagle zaczyna się domagać aparatu z teleobiektywem. Jakaś kobieta go popiera. “to trzeba uwiecznić zanim zdejmą” inna ją uspakaja “Mąż już poszedł i robi zdjęcia z mieszkania” Ochom, achom i zachwytom nie ma końca. Jakaś rodzina wyniosła na klatkę obiad aby nic nie uronić z niecodziennego widowiska. Panuje tylko lekkie zaniepokojenie dymem wydobywającym się z niewidocznego w tej chwili garnka. Po ok. 20 minutach przyjeżdżają 3 sekcje straży pożarnej i milicja. Pod “Sezamem” gromadzi się tłum ludzi. Ruch na ulicy prawie się zatrzymuje. Strażacy uruchamiają drabinę mechaniczną. Nie wyciągają jej jednak w kierunku transparentu tylko obok, od strony kina “Bajka”. Jakby chcieli zaznaczyć, ich interesuje tylko dym. Bardzo ładny gest. Dziękujemy!. Drabina okazuje się jednak nie potrzebna. Strażacy otwierają właz i pierwszy na dach wyskakuje mundurowy milicjant rzucając się na transparent. Strażacy zajmują się naszym dymiącym garnkiem i po kilku sekundach pokazują go sobie jakby nieco zdziwieni, ze to wszystko co mieli do roboty. Żaden z nich natomiast nie pomaga milicjantowi, który sam szarpie się z transparentem i wreszcie wciąga go na górę. Jest to bardzo miłe. W tym czasie “obserwatorzy” z wieżowca ślą epitety pod adresem milicjant “A żebyś tak …” dolatuje z niższego i wyższego piętra. Windą zjeżdża grupa kilku mężczyzn. Wszyscy roześmiani. Jeden żartuje “Może bym wstąpił do milicji?”. “Spróbuj tylko !. Kwasem ci ślepia wypalimy” odpowiada mu ze śmiechem inny.” Na ulicy podnosimy jedną z nielicznych już ulotek. “Chodliwy towar ?” śmieje się jakiś gość i puszcza oko. “Na pamiątkę” odpowiadamy. “Kolega mi przyniósł całe garście tego” chwali się roześmiany przechodzień.

Transparent wisiał ok. 30 minut.


Kolejna akcja wieszania transparentu przeprowadzana jest w nietypowy sposób. Przy ulicy Chmielnej znajduje się budynek z wielkim chyba 15 metrowym neonem reklamującym koleje radzieckie. Wykonawca wchodzi na dach o godz. 15.00 bez żadnych przeszkód. Transparent z napisem “Won za Don” ma zostać zawieszony na neonie w pobliżu wieży kremlowskiej i sowieckiej gwiazdy. To już prawdziwa ekwilibrystyka. Neon znajduje się tuż przy krawędzi dachu Jego ażurowa konstrukcja jest miejscami przerdzewiała. Po zawieszeniu transparentu na wysokości 8 metrów zostaje dodatkowo zniszczona gwiazda i Kreml. (jesteśmy chyba pierwszymi którzy zniszczyli Kreml !). Praca ta zajmuje prawie 20 minut. Po dalszych 10 minutach płótno rozwija się. Całość czyta się znakomicie “koleje radzieckie won za Don”. Transparent doskonale widoczny jest z ulicy Chmielnej. Niestety z Dworca Centralnego już jest prawie niewidoczny. Po godzinie zrywa go silny wiatr.


29.11.1986r

W PKiN trwa pierwszy kongres OPZZ. Na ulicach watachy milicji i tajniaków. Nasz nowy transparent wieszamy przy ul. Marszałkowskiej na budynku “1001 drobiazgów” Płótno o wymiarach 3×7 przedstawia czarno-czerwoną kotwicę. U góry napis “Solidarność. Żądamy pluralizmu związkowego” U dołu “Grupy Oporu S”. Wszystko na żółtym tle. Wejście na dach zamknięte jest przy pomocy zwykłego, cienkiego drutu. O 14.30 zawieszamy transparent i dwie świece dymne. O 14.35 jest już rozwinięty. Świece dymne zaczepione na pobliskiej antenie niestety nie zadziałały. Tylko 1 przechodniów dostrzega naszą robotę. Jakaś staruszka komentuje “I po co zaczynają, po co to?”. Jak się później okazuje nie bardzo wie co to jest pluralizm. Brak zainteresowania zaczyna nas lekko irytować. Trącamy jakiegoś młodego człowieka w ramię. “Czego ?!” warczy i przybiera bojową postawę. Wskazujemy bez słowa w górę. Dostrzega transparent i uśmiech się mówiąc “dziękuję”. Robimy pamiątkowe zdjęcie. Ktoś się odsuwa aby nie zasłaniać ktoś inny uśmiech się porozumiewawczo. Zmywamy się widząc radiowóz. Po 35 minutach jest już po wszystkim. Ekipa ściągająca transparent zostawia jednak świece dymne. Za dwa dni już ich jednak nie ma. Chyba podpucha SB.


grudzień 1986

Grudzień mama uczcić dwoma rocznicowymi transparentami. Pierwszy z nich przedstawiał czerwonego pająka w czarnych okularach skradającego się do słowa “Solidarność’ i data 13-XII-1986. Miał zawisnąć na Pl. Zbawiciela. Na kilkanaście minut przed akcją zaczyna padać gęsty śnieg z deszczem. Wyjście na dach jest już otwarte. Budynek okazuje się kompletna ruiną. Zaraz przy włazie brak balustrady grozi runięciem w dół. Ślizgając się po pokrytym gęstym śniegiem dachu udaje się dotrzeć do balustrady, która kruszy się przy próbie oparcia się na niej. Po prostu tynk i beton można odrywać rękami. Jedynym sposobem okazuje się rozbujanie transparentu i wyrzucenie go poza gzyms. Niestety jedna z linek ześlizguje się i transparent wisi krzywo. W dodatku padający śnieg z deszczem gasi lonty. Jedynie z garnka pozostawionego na dachu buch dym podobnie jak na Marszałkowskiej. Jedynym pocieszeniem jest fakt, ze transparent ten pobił niewątpliwie światowy rekord w długości wiszenia. Został zdjęty w stanie nierozwiniętym po kilku miesiącach mimo, że wisiał dokładnie na wprost czyjegoś okna. To była pierwsza nasza nieudana akcja.


grudzień 1986

Drugi grudniowy transparent przedstawia trzy krzyże i w treści nawiązuje do roku 1970. Mamy zawiesić go na puławskiej vis a vis “Supersamu”. Kilka dni wcześniej sprawdzamy dach. Wejście jest otwarte. Na górze warunki do pracy wydają się znośne. Czekamy tylko na poprawę pogody. W czasie transportu następuje opóźnienie spowodowane wykolejeniem się tramwaju. Na miejsce docieramy z blisko półgodzinnym opóźnieniem. Z niepokojem patrzymy w niebo. Ciężkie chmury i zrywający się wiatr nie wróży nic dobrego. Gdy jesteśmy na dachu zrywa się śnieżyca. Nie udaje się wepchnąć drąga usztywniającego górna poprzeczkę transparentu. Straszliwie zimny wiatr i śnieg utrudniają pracę. Zmieniamy zamoczone lonty na nowe i szybsze tak aby nie zdążył oblepić ich śnieg. Wiążemy solidnie liny i ostrożnie po śliskim dachu idziemy do włazu. Odrzucona nieostrożnie kłódka tańcząc po lodzie spada na ulicę na szczęście nie robiąc nikomu krzywdy. Blokujemy wejście swoją kłódką, przebieramy się z fartuchów (obserwowani przez jakąś starszą panią) i schodzimy na dół. Gdy jesteśmy na ulicy okazuje się, że transparent jest już rozwinięty i ulotki leżą na chodniku. Po kilku minutach silny wiatr wyrywa go spod okapu i rzuca na dach. Jest to nauczka na przyszłość, że zima to nie sezon na takie zabawy. Później stwierdzamy, że na dachu brakuje ok. dwóch metrów blachy.


marzec 1986

W marcu maja nastąpić podwyżki cen. Za pomocą spray mamy malować napisy na tramwajach “Ceny stop”, “Podwyżek dość” “Solidarność zwycięży”. Dzielimy się na trzy grupy. Jedna bierze pętlę pod Hutą Warszawa, druga Marymont i Potocką, trzecia Stalową i Bródno. Poza nami podobne akcje o tej samej godzinie mają przeprowadzić inne grupy. Pewne opóźnienie powoduje odjazd kilku wozów z pętli. Wychodzi pierwsza zmiana z huty. Wreszcie przystępujemy do malowania. Na zewnętrznych ścianach wozów pojawiają się duże napisy i kotwice. I tu spotyka nas niemiłe rozczarowanie. Liczyliśmy na pomoc ludzi oczekujących na przystankach w sensie ochrony przed interweniującymi. W zasadzie spotykamy się jedynie z początkowym zdziwieniem i zaskoczeniem przechodzącym w milczącą aprobatę. Z kilku wozów wybiegają motorniczy. Musimy przerwać malowanie i uciekać. Nie wszyscy zachowują się jednakowo. Jeden z goniących przebiega kilka kroków i krzyczy hej!. Kolega podbiega do następnego wozu i maluje “Ceny stop” ten podbiega znów kawałek i krzyczy hej!. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie. Wyraźnie motorniczy nie ma ochoty na łapanie kogokolwiek. Na innym przystanku w drzwiach tramwaju stoi młody człowiek i udziela wskazówek malującemu “maluj nikt nie widzi” “teraz uciekaj’, “gonią” i rzeczywiście zza wozy wyskakuje tramwajarz i pędzi nieprzytomny ze złości na malującego. Strumień farby w aerozolu skierowany w twarz osadza go na miejscu. Gdzie indziej z wozu wychodzi motorniczy kobieta próbując tłumaczyć “ja wiem, że to potrzebne ale to jest nowy wóz'”trudno każdy z nas ponosi straty” odpowiada kolega i maluje dalej. Niezbyt usatysfakcjonowana taką odpowiedzią oddala się nie próbując interweniować. W pewnym momencie na naszego kolegę napada z tyłu dwóch mężczyzn. Próbują go dusić i odebrać farbę. Udaje mu się od nich uwolnić przy pomocy gazu. Nikt z obserwujących nie pomaga mu. Jedynie później podbiegają do niego dwie dziewczyny i oddają mu szalik zgubiony przy okazji szarpaniny. Tamci zapamiętują go jednak i kilkadziesiąt metrów dalej zajeżdżają mu drogę służbowym fiatem MZK i już we trzech atakują. Zanim znajdziemy się na miejscu zdarzenia jest już po wszystkim. Pobitemu koledze odebrano dowód i odwieziono go do dyspozytorni a później na komendę. Nawet gdybyśmy zdecydowali się na próbę odbicia nie mieliśmy żadnych szans. Było nas za mało na trzech rosłych facetów, których musielibyśmy “unieszkodliwić” na oczach ludzi. Na pętlach Bródno i Stalowa nie zdecydowano się na malowanie. Na Marymoncie i Potockiej pomalowano kilka wozów i koledzy musieli uciekać gonieni przez kilku cywilów. Na innych pętlach poszło lepiej. Tego dnia po ulicach Warszawy jeżdziły tramwaje z napisami “Ceny stop” i “Podwyżki nie”.


03.04.1987

Wykorzystując chwilową przerwę w funkcjonowaniu naszej firmy przyjmujemy zlecenie od WiP-u. W okolicach węgierskiego i czechosłowackiego ośrodka kultury mamy zawiesić transparent “Uwolnić Petera Pospichala i Zsolta Kesztehelyi” – gołąbek WiP i podpis Wolność i Pokój. Mamy również rozrzucić 10 tys. ulotek na ich temat. W pierwszej wersji decydujemy się na zawieszenie transparentu na Ośrodku Kultury czechosłowackiej. Jest to możliwe choć nieco ryzykowne z uwagi na konieczność forsowania kilku dachów o różnych poziomach. Podczas przecinania kłódki przy włazie spotyka nas nieprzyjemność. Z mieszkania wyskakuje lokatorka z wrzaskiem “złodzieje”. Towarzyszy jej mężczyzna, który grozi telefonem do MO. Robią taki harmider, że nie ma możliwości jakiejkolwiek rozmowy. Musimy zrezygnować z naszego ambitnego planu. Tu jesteśmy już złodziejami. Postanowiliśmy wykorzystać ponownie budynek “1001 drobiazgów” przy “Forum”. Dwa dni przed akcja “Solidarność” ogłasza strajk i akcje ulotkowe w proteście przeciw podwyżkom cen. Na ulicach pojawiają się patrole MO i SB w cywilu. W Śródmieściu SB łazi całymi stadami. Wydaje się, ze obserwują dachy. Jesteśmy jednak zobowiązani terminem. Przy wejściu do budynku mijamy patrol MO. Na chodniku parkuje “drogówka”. Musimy odczekać kilka minut bo przy włazie kreci się jakiś facet. Zaczyna robić się gorąco. Czyżby coś wiedzieli?. Gdy znika nasz nieproszony gość wychodzimy na dach. Na dole stoi milicja. W innych układach odłożylibyśmy akcję na inny termin. Dopinguje nas jednak to, ze maja być korespondenci zagraniczni i inni goście WiP. Nie chcemy sprawić zawodu. Rezygnujemy jednak z wieszania przewieszek z ulotkami. Musza wystarczyć te z transparentu 4 tysiące. Na dachu transparent rozkładamy prawie leżąc aby być jak najmniej widoczni z ulicy. W pewnej chwili ktoś podchodzi do włazu. Widzimy to przez małe okienko. Przyklejamy się do ściany nadbudówki. Po chwili mężczyzna schodzi na dół. Szybko i już bez przygód kończymy nasza prace. Spotykają nas jednak kłopoty przy próbie zamknięcia włazu. Ucho od kłódki nie chce przejść przez łańcuch. Po kilkuminutowej szarpaninie zostawiamy go nie zamykając i biegniemy do wyjścia. Na dole zaniepokojeni spoglądamy na nierozwinięty transparent, który zawisł nietypowo tworząc literę “V”. Po chwili ulga. Rozwija się i lecą ulotki. Jest dokładnie 15.30 tak jak było umówione. Cały chodnik pokrywa się ulotkami. Zasypani ulotkami milicjanci nie interweniują i ze spokojem ( a raczej ze zrezygnowaniem) przyglądają się licznym przechodniom podnoszącym i czytającym ulotki. Część ulotek dociera nad okoliczne rondo obsypując milicjanta kierującego ruchem. Zaskoczony nic nie rozumiejąc patrzy w bezchmurne niebo. Transparent wisiał ok. 20 minut. Tego samego dnia o akcji mówiło RWE, Głos Ameryki, Paryż a nawet radio Svoboda. Wszyscy byli usatysfakcjonowani. Szkoda, że nie zamknęliśmy włazu. Po jakimś czasie uwolniono Petera Pospichala. Nie liczyliśmy, ze pomoże w tym nasza akcja. Chcieliśmy jedynie aby człowiek ten miał świadomość, że w innym kraju ktoś się upomina o jego prawo do godnego życia.


Nasz komentarz do podwyżek to transparent 3x 7m przedstawiający znak drogowy “STOP” umieszczony pod napisem “CENY”. Poniżej “Żądamy reformy gospodarczej” – Grupy Opory Solidarni’. Transparent ma zawisnąć na wysokim budynku przy Hali Mirowskiej (róg Elektoralnej i Marchlewskiego). Dzień wcześniej zostaje udrożnione wejście na dach. Przecięta kłódka odpada i zeskakuje po schodach na półpiętro. Na szczęście tym razem nikt nie wyskakuje z mieszkania. W dniu wieszania ruch na ulicy ogromny. Transparent szybko i sprawnie zostaje przywiązany pod gzymsem. Teraz zostają przerzucone paczki z ulotkami. I tu nieszczęście. Wszystkie trzy urywają się ze sznurkami i spadają z wysokości ósmego piętra. Pod budynkiem robi się pusto. Ludzie nie wiedzą co się dzieje. Na szczęście spadające paczki nikogo nie trafiają. Po chwili rozwija się transparent. Jest doskonale widoczny. Wysypuje się z niego kilka tysięcy ulotek protestujacych przeciw podwyżce cen. Jakaś handlarka z pobliskiego bazarku woła “zobaczcie co Solidarność wywiesiła !” Ludzie odwracają się i czytają. Po około 10 minutach silny wiatr obraca transparent na drugą stronę. Jest już także milicja. Zachowuje się strasznie nerwowo. Jedna “suka” wjeżdża na wysepkę tramwajową. Kilka innych zajeżdża pod budynek, na którym wisi transparent. Wyskakuje z nich kilkunastu mundurowych i biegnie do budynku. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy aby się im tak spieszyło. W chwilę później przyjeżdżają dodatkowe posiłki. To przypomina obławę. Zarządzamy odwrót i już z daleka widzimy milicjantów na dachu zdejmujących transparent. Na ulicy niebiesko.


kwiecień 1987 sobota

“Miesiąc Pamięci Narodowej”, trzy krzyże przecięte biało-czerwoną szarfą na nich napisy Katyń, Pawiak, Oświęcim, zapalona świeczka i podpis “Grupy Opory Solidarni”. Transparent ten wieszamy w Al. Jerozolimskich blisko redakcji “Expresu Wieczornego”. Punktualnie o umówionej godzinie dwóch z nas ubranych w drelichowe fartuchy wychodzi na dach. Trzeci pozostaje przy włazie jako “czujka”. W czasie gdy jeden przygotowuje transparent do wywieszenia jego kolega za znawstwem udaje montera anten telewizyjnych. Po jakimś czasie odrywa się od swojego zajęcia i pomaga koledze zawiesić przygotowany już transparent. Sprawny odwrót i pozostaje już tylko oczekiwanie na efekt końcowy. Dość szybko lonty przepalają żyłkę z jednej strony. Czekamy z niecierpliwością na rozwinięcie. Mija 5, 10, 15 minut. Kupujemy niepotrzebną nam gazetę stojąc w tasiemcowej kolejce do kiosku. Ustawiamy się drugi raz w kolejce nie znajdując innego uzasadnienia dla swojej obecności. Gdy już wydaje się, że powtórzy się sytuacja z pl. Zbawiciela i gdy jesteśmy bliscy kupna następnego egzemplarza gazety, transparent rozwija się i wysypują się ulotki. Kilka osób staje pod transparentem i czyta. Inni obserwują z daleka. Są zbierający ulotki przechodnie. Pojedyncze sztuki zadrukowanych karteczek lądują obok kiosku z gazetami. Stojący w kolejce ignorują je bojąc się stracić swoje miejsce. Są złaknieni innej “prawdy”. Bardzo to przykre. Nóż się otwiera. Małe dziecko pyta mamy “co to?” pokazując na transparent. “To Solidarność coś wywiesiła” odpowiada i pociąga malca ze sobą nie wykazując żadnego zainteresowania. Takich sytuacji i zachowań jest coraz więcej. Ludzie bardzo szybko obojętnieją i jesteśmy trochę podłamani z tego powodu. Zasłaniamy gazetami naszego fotografa, który robi zdjęcia dla potomności, zostawiamy jednego obserwatora i odchodzimy. Obserwator staje w nieruchomej, tasiemcowej kolejce po sobotnią prasę. Po pewnym czasie jego sąsiad upomina go “Co się pan tak patrzy?. Ja kiedyś też się tak patrzyłem w jedno miejsce i mnie przymknęli na 48”.

Transparent wisiał 35 minut. Nie było możliwości zamknięcia włazu.


kwiecień 1987r

“1 Maja – Święto Solidarności” takie hasło widnieje na transparencie, który postanawiamy zawiesić przy ul. Grochowskiej na Pradze-Południe. Chcemy odciążyć Śródmieście gdzie brakuje nam już odpowiednich punktów. Liczymy również na żywszą reakcję przechodniów. Na transparencie jest również informacja o uroczystej mszy Świętej u Świętego Stanisława Kostki. Do środka zwiniętego płótna pakujemy kilka tysięcy ulotek. Z odezwą pierwszomajową. Po klamrach umieszczonych na ścianie dostajemy się na strych. Tu jeden z nas po podsadzeniu dwóch kolegów musi zostać. Do włazu jest chyba za dwa metry a nie ma żadnej drabiny. Znajdujący się na dachu zaczynają pilnie obserwować kolegę po przeciwnej stronie ulicy. Ma on w dyskretny sposób nakierować wieszających na właściwe miejsce. Chodzi o to aby transparent nie zaczepił się na jednej z licznie wystających anten. Z góry jest to niemożliwe do ustalenia gdyż widok ogranicza wystający gzyms. Wreszcie umówiony znak. Transparent po rozbujaniu go zostaje umieszczony pod gzymsem i mocno przywiązany. Odwrót bez żadnych przygód. Po kilku minutach efekty naszej pracy mogą oglądać mieszkańcy Pragi. Tak jak przypuszczaliśmy reakcja na ulotki i transparent jest dużo żywsza. Ludzie pokazują sobie wiszące płótno, zbierają ulotki, uśmiechają się. Szkoda, że na Pradze jest tak mało miejsc do wieszania transparentów. Wisiał ponad pół godziny.


kwiecień 1987r

Po raz pierwszy mamy za zadanie “postawić gadałkę”. Będziemy nagłaśniać plac Wilsona. Podczas niezależnych obchodów pierwszomajowych organizowanych przez Solidarność. Ponieważ miejsce i czas akcji są specyficzne przygotowujemy się do naszego zadania bardzo starannie. Rozmawiając z naszymi przyjaciółmi mieszkającymi w okolicy dowiadujemy się o nadzwyczajnych środkach stosowanych przez MO tego dnia. Przejście 1 maja z głośnikami, kablem itp. uznajemy za niewykonalne. Wszystkie budynki są pilnowane przez SB już na dzień przed świętem. Wykluczone jest przedostanie się w okolice z jakimkolwiek pakunkiem. W przeddzień dodatkowo sprawdzane są strychy, dachy i piwnice Pozostaje nam jedynie możliwość wcześniejszego Zamontowania aparatury i takiego jej ukrycia aby nasz “przeciwnik” niczego nie zauważył. W tym celu typujemy nieużywany przez nikogo strych posiadający wychodzące na plac okienka. Kilka dni trwa powolne przecinanie specjalnymi piłkami grubej kłódki. Trzeba zrobić to bezgłośnie i w taki sposób aby można było tą samą kłódkę skleić i pozostawić do ostatniej chwili na drzwiach. Nic nie może zwrócić uwagi dozorcy i SB. Wreszcie po wielu godzinach pracy drzwi stają otworem. Dostajemy się na strych i ostrożnie stąpając po kawałkach gruzu (aby nie zostać usłyszanym przez lokatorów na dole) robimy pierwszy rekonesans. Stwierdzamy, że jedynym problemem technicznym jest brak prądu na poddaszu. Trzeba będzie przeciągnąć kabel i podłączyć się do gniazdka na klatce schodowej. Zdobywamy z niemałym trudem ponad 30m przewodu elektrycznego i rozpoczynamy przy kolejnej wizycie podciąganie zasilania do naszej gadałki. Pracujemy w okropnych warunkach. Na strychu jest ciemno co dodatkowo utrudnia i tak niełatwe poruszanie się. Małe okienka nie dają wystarczającej ilości światła. Co chwilę uderzamy się głowami o ledwie widoczne drewniane legary. Każdy gwałtowniejszy ruch powoduje tumany kurzu i pyłu. Do nagrzanego słońcem blaszanego dachu nie sposób się dotknąć. Jest tutaj chyba z 50 stopni. Pracujemy w samych spodniach bez koszul. Kilkanaście metrów kabla trzeba przeciągnąć na dachu do innego włazu. Ryzykując zauważenie nasz kolega wychodzi na blaszaną pochyłość, nie korzystając z przegniłych desek przechodzi po dachu i rozwija kabel aż do miejsca gdzie ma być wpuszczony przez właz w celu podłączenia go do zasilania na korytarzu. Nie chcemy aby kabel na strych biegł przez drzwi. Jedno szarpniecie milicjanta za przewód mogłoby unieruchomić naszą gadałkę. Na dach natomiast kabel można uznać za koncentryczny przewód do anteny. Podłączamy go do przewodów od światła i sprawdzamy próbnikiem. Jest prąd!. Teraz trzeba dociągnąć koniec kabla do okienka maskując go między legarami a dachem. Dotknięcie nie zaizolowanym końcem do dachu powoduje krótkie spięcie i obsypuje nas snop iskier (ciekawe czy pospadały gołębie z blaszanego dachu?). gaśnie światło na klatce schodowej i staje winda. Okazuje się, że nie zadziałał nasz wyłącznik. W sklepach sprzedają straszną lipę!. Mimo braku prądu kontynujemy naszą pracę. Do 1 maja jest jeszcze kilka dni i wierzymy, że do tego czasu usterka zostanie usunięta tym bardziej, ze nie działa jedyna winda. Kończymy przeciąganie kabla, zakładamy przeciętą kłódkę na drzwi przedtem obmywając się jeszcze wodą z butelki aby nie wyglądać na węglarzy. Dwa dni później transportujemy na miejsce gadałkę. Udaje nam się przejść obok jednego z licznych patroli rozstawionych już na Żoliborzu. Milicjant widząc olbrzymią torbę obrzuca nas czujnym spojrzeniem. Niosący udaje, że torba nic nie waży i chyba tylko dzięki temu udaje się uniknąć zatrzymania. Wchodzimy na górę i stwierdzamy, że nadal nie ma prądu. Zostały tylko dwa dni. Na strychu zdejmujemy okienko i rozpinamy na jego miejsce materiał maskujący. Montujemy odtwarzacz magnetofonowy i cztery głośniki. Teraz przez blisko godzinę znosimy dechy, gruz, stare wiadra i szmaty aby zamaskować gadałkę w przypadku gdyby milicja weszła na strych. W kilka godzin później wkładamy do odtwarzacza dostarczoną nam kasetę z audycją Grup Oporu. Zamiatamy starannie otoczenie aby usunąć pozostawione ślady. Przed zamknięciem kładziemy za drzwiami kilka kamieni stwarzając pozory długiego nie używania tego miejsca. Sklejamy kłódkę i zawieszamy między drzwiami a framugą kilka pajęczyn. Pozostaje liczyć tylko na odrobinę szczęścia, że jutro będzie wymarzony prąd. Nie do wiary, że ta praca razem z transportem gadałki zajęła tego dnia 14 godzin!. W przeddzień święta 1 Maja jest już prąd. Ściągamy z dach końcówkę kabla z przełącznikiem i podłączamy całą maszynerię. Nie obyło się bez “kopnięcia” ale usprawiedliwiają to zmęczenie, nerwy i ciemności panujące w tym miejscu. Trzymana w zębach latarka niezbyt ułatwiała pracę. Jeszcze ostatnia “kosmetyka” i gotowe. 1 maja wystarczy tylko wejść “na czysto” do klatki, wcisnąć ukryty przełącznik i dołożyć swoją kłódkę do już wiszącej aby zamknąć wejście. Jest godzina 16.00 i mamy nadzieję, że już jest po milicyjnej inspekcji. Wydaje się, że wszystko musi się udać. Około godziny 18.00 milicja, która w tym roku przyjechała na kontrolę później niż w ubiegłym, wywozi całe nasze oprzyrządowanie. Nie wiemy co mogło zwrócić ich uwagę. Wydaje się, że mieliśmy po prostu niefart. Nie tyle nam było szkoda naszej pracy co tego, że ci odważni, którzy przyszli 1 maja na manifestację nie mogli nas usłyszeć i że nie mogło usłyszeć nas ZOMO zajmujące cały plac Wilsona. Może następnym razem szczęście uśmiechnie się do nas. Oby tak było.


14 czerwiec 1987r

To wielkie i wspaniałe wydarzenie chcemy uczcić olbrzymim transparentem. Mamy zamanifestować w dobitny sposób swoja obecność i swoje przekonania rozwijając w tłumie 30 metrowy transparent. Ostateczny wybór pada na dzień 14 czerwca – miejsce plac Defilad. Z początku pełni optymizmu, później pełni obaw i wątpliwości (czy się uda) przygotowujemy się do tego nowego zadania. Transparent ma być podtrzymywany na 8 drzewcach. Z niemałym trudem udaje się nam zakupić dwumetrowe kije. Owijamy je taśmą samoprzylepną aby łatwo wchodziły w zaszewki. Nakładamy na nie wcześniej zdobyte w nocnym wypadzie biało-czerwone flagi, które dodatkowo przyozdabiamy biało żółtymi wstążkami. Ponieważ z dochodzą do nas słuchy jakoby MO nie dopuszczało do wnoszenia na teren mszy drzewców. (chodziło właśnie o “nielegalne” transparenty) przyjmujemy wariant awaryjny. W przypadku “skasowania” kijów przez SB wchodzimy jeden drugiemu na plecy i trzymamy transparent w rękach. Taką taktykę zastosował WiP podczas mszy w Szczecinie co było przez moment widoczne w telewizji. Wcześniej dobieramy się w pary i przeprowadzamy próby obciążeniowe, które na szczęście wypadają zadowalająco. Do naszego wyposażenia dochodzą jeszcze ciemne okulary i chusty na twarz w przypadku zadymy. Transparent po dłuższym namyśle zaszywamy do śpiwora, który z kolei umieszczamy na wypchanym plecaku. Decydujemy, że po udanej akcji zostawiamy transparent na placu i wycofujemy się w zwartej grupie zmieniając zewnętrzne okrycia aby utrudnić ewentualną identyfikację. W dniu akcji wyruszamy z miejsca zbiórki przed godz. 7 rano. Idąc z ośmioma flagami stanowimy dość malowniczą grupę w tej części miasta. Kolega niosący transparent trzyma sie na wszelki wypadek od nas z daleka. Po dojechaniu do Dworca Centralnego staramy się wmieszać w grupy pielgrzymów. Udaje się nam nie pogubić i w komplecie docieramy do ul. Kniewskiego, od której jest wejście na nasz sektor A-0. W nieco nieuczciwy sposób wpychamy się do czoła tłumu szturmującego wejście. Mimo usilnych starań pokonanie kilkunastu metrów dzielących nas od bramki wejściowej trwa blisko godzinę. Przechodząc obok luźno rozstawionych panów z SB tracimy 5 z 8 kijów. Odbierają je w sposób uprzejmy ale zdecydowany pozwalając zachować flagi i zapewniając, że zabierają je tylko do depozytu. Na szczęście nas kolega niosący transparent nie jest rewidowany. Zaabsorbowani naszymi drzewcami “cywilniacy” przeoczyli dość znaczny pakunek przemycany na plac. Będąc już w naszym sektorze dostrzegamy grupki młodych mężczyzn w garniturach i krawatach ze znaczkami czterolistnej koniczynki. Postanawiamy czekać, aż będzie więcej ludzi co niewątpliwie onieśmieli naszych nieproszonych gości. W międzyczasie odszukujemy wspólnych znajomych i otrzymujemy zapewnienie pomocy w przypadku próby wyjęcia nas z tłumu przez SB. Powoli sektor zapełnia się ludźmi. Zaczynają się pojawiać pojedyncze transparenty, czapeczki “Solidarności” i inne firmowe rekwizyty. W pewnej chwili dostrzegamy wijący się między ludźmi biały wąż płótna. Jesteśmy zaskoczeni, że ktoś jeszcze oprócz nas zdobył się na tak olbrzymi transparent. Po chwili wszystko się wyjaśnia. Okazuje się, że nie usłyszeliśmy umówionego sygnału do rozpoczęcia akcji a ludzie widząc wyjmowane ze śpiwora płótno porwali je i zaczęli sami rozwijać podając sobie z reki do ręki. Z okrzykiem “to nasze” przeciskamy się na swoje miejsca stając w poprzek sektora. Chwytamy płótno w rece i wskakujemy sobie na plecy unosząc transparent ponad głowami tłumu. Wspomagamy się również trzema ocalałymi z pogromu kijami. Jeden z kolegów, który chwilowo stracił partnera uprzedza stojącego mężczyznę, ze wskoczy mu na plecy i nie czekając na jego zgodę wykonuje swój zamiar. Mężczyzna zaskoczony nieoczekiwanym ciężarem przechyla się i uderza głową w plecy stojącej przed nim kobiety, która podnosi natychmiast raban. Milknie jednak szybko zaskoczona olbrzymim transparentem. Ponad zgromadzonymi unosi się 30 metrowy olbrzymi napis “Region Mazowsze – Solidarność była, jest, będzie. Grupy Oporu Solidarni’ i na końcu nazwy miast, które gościły Ojca Świętego. Krótkie brawa i skandowanie “Solidarność’ to aprobata jakże miła dla naszego ucha. Z okolicznego podwyższenia zbudowanego dla fotoreporterów kierują się w naszą stronę obiektywy wszystkich aparatów. Dostrzegamy także jak do skraju ołtarza podchodzi ktoś z osobistej ochrony Papieża i robi kilka pamiątkowych zdjęć. W naszą stronę nie kieruje się tylko kamera polskiej TV. Ogrom rozwiniętego transparentu szokuje wiele osób. Kilka z nich nieśmiało protestuje obawiając się, ze nie zobaczy Ojca Świętego. Uspokojeni przez nas, że podczas modlitwy opuścimy transparent nie protestują już. Obok jednego z naszych kolegów dwóch mężczyzn wyraża głośną dezaprobatę i twierdzi, że prawdziwa opozycja powinna rzucać kamieniami w milicję. Nie reagujemy na tą oczywistą zaczepkę. W drugim końcu starsze panie podnoszą wrzask, że nie życzą sobie stać pod takimi politycznymi hasłami i wojowniczo wymachują różańcem. Po kilku minutach krzyków tracimy cierpliwość i słowami “cicho to nie bazar” osadzamy wojownicze dewotki w miejscu. To wszystko były jednak incydenty lokalne. Większość zgromadzonych odnosi sie do nas z życzliwością. Po drugim podniesieniu transparentu otrzymujemy kije od tych, którzy mieli flagi papieskie i kościelne. Chętnie je odstępują zadowoleni, że mogą mieć swój udział w tym nielegalnym przedsięwzięciem. Dzięki temu unoszony kilkakrotnie w ciągu uroczystości transparent nie zasłania nikomu widoku. W przerwach zgromadzeni obok nas widząc nasze zmęczenie oferują nam picie i stołeczki a nawet dopytują się czy nie jest komuś z nas słabo. Ta troska jest bardzo miła. Mimo, ze na linii transparentu znajduje się sporo naszych znajomych mielibyśmy dużo kłopotu z wyplątywaniem go spośród zgromadzonych a tak kobiety, które siedzą na kocach i stołeczkach trzymają go na kolanach aby się nie zabrudził. Jesteśmy tym wszystkim bardzo podbudowani. Taka postawa uniemożliwia interwencję tajniaków, którzy pojawiają się przy nas ale są całkowicie bezradni i znoszą nasza obecność w milczącym upokorzeniu. Kilku z nich rozpoznajemy po charakterystycznych znaczkach i wskazujemy sąsiadom. Powoduje to żywe zainteresowanie. Wszyscy wspinają się na palce aby obejrzeć żywego ubeka jak małpę w ZOO. Sypią się pod ich adresem dowcipne komentarze. Dwóch z tych panów staje w pewnej odległości za trzymającym transparent. Ten czując chyba ich spojrzenie na sobie ogląda się i natychmiast rozpoznaje “służbowych wiernych”. Wtedy jeden z nich odwraca wzrok a drugi przykładając rękę do ust scenicznym szeptem informuje go jak przez krótkofalówkę “patrzy się, patrzy, jeszcze się na nas patrzy” – śmieszne to a zarazem żałosne. Mając trochę smutne doświadczenia z reakcji ulicy na nasze transparenty jesteśmy tym milej zaskoczeni zachowaniem się ludzi w tym przypadku. Kilka osób oferuje nam nawet pomoc w trzymaniu. Nikt się tu nikogo nie boi. Wiele osób korzysta z cienia jaki daje transparent a w momencie gdy nie jest w górze kilkoro dzieci chowa głowy pod płótno chroniąc się przed słońcem. Po zakończeniu mszy gdy wyrusza procesja zdejmujemy transparent z drzewc, które przekazujemy innym trzymającym dotychczas swoje transparenty na parasolkach. Płótno zostawiamy na ziemi i wycofujemy się przez tłum uważając aby nie pociągnąć ogona. Tropiących nas dwóch “pacjentów” gubimy przy kolejnej barierce. Jesteśmy upojeni sukcesem i idziemy to opić sokiem i oranżadą. Po wielogodzinnym staniu w słońcu wlewamy w siebie po kilka litrów napojów. W kilka dni później dowiadujemy się, że nasz transparent w tajemniczy sposób dotarł do kościoła Św. Stanisława Kostki gdzie wisiał cały dzień na ogrodzeniu wzbudzając niezła sensację.


III Pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny

6 lipiec 1987r

Po akcji z 14 czerwca wracamy do naszej “codziennej” pracy. Będziemy wieszać transparent o tematyce ekologicznej. Transparent przedstawia dymiące fabryczne kominy nad którymi widnieje napis “Dość trucia” litera “O” stylizowana jest na trupia czaszkę. Pod rysunkiem podpis “Grupy Oporu Solidarni”. Do transparentu dołączamy z braku ulotek ankiety na temat podwyżek cen. Widowisko ma urozmaicić kilka świec dymnych. Jako miejsce akcji wybieramy plac Konstytucji. Tym rezem ma to być budynek, w którym znajduje się sklep sportowy. Znajdujący się tam gzyms ma chyba ok. 2 metrów. Jako pomoc zabieramy ze sobą dwumetrowy kij. Budynek wybrany przez nas ma 5 klatek schodowych. Do trzech z nich nie mamy dostępu z uwagi na zainstalowane domofony. Tylko w jednej z dwóch pozostałych jest otwarte dojście na dach. Tuz przed ruszeniem w drogę sprawdzamy dokładnie nasz sprzęt. Przy próbie szarpnięcia transparentem pękają żyłki. Zakładamy nowe i doczepiamy dłuższe lonty spodziewając się, że zmarnujemy sporo czasu przy próbie przerzucenia go poza gzyms. O umówionej godzinie jesteśmy na miejscu. Taszczymy w trojkę cały majdan na dach. Uważając aby nie wejść w zasięg widzenia szklanych świetlików rozstawiamy świece w metalowej foremce od ciasta i przywiązujemy sznurki od przewieszek z ulotkami. Teraz najtrudniejszy moment podwieszenia transparentu. Wspomagając się długim kijem udaje się nam za drugim razem umieścić transparent we właściwym miejscu. Wieszającym wydaje się, że ta czynność trwa wieki. Teraz podpalamy lonty od świec i przewieszek, które przerzucamy za balustradę. Dwie z nich pozostają na szerokim gzymsie. Rozlecą się później i wiatr przez dłuższy czas będzie je zwiewał z dachu. Schodząc bez przeszkód na dół zamykamy drzwi na potężna kłódkę. Będąc po drugiej stronie placu obserwujemy działające kilka minut świece dymne i rozwijający się transparent, z którego wylatują ulotki. Jesteśmy rozczarowani reakcja ludzi. To już nie ten entuzjazm sprzed roku. Jedynie po stronie gdzie wisi transparent zainteresowanie jest większe. Szybko przyjeżdża milicja i zatrzymuje się pod wiszącą płachtą. Ma to być chyba oznaka “aresztowania” transparentu. Na podwórze też zajeżdża kilka samochodów MO. Jesteśmy zaskoczeni, ze transparent wisi tak długo. (zostanie zdjęty po 55 minutach). Okazało się, że milicjanci nie mogąc się dostać przez “nasze” wejście próbowali szturmować klatki z domofonami. Ludzie jednak nie otwierali im drzwi. Widok stojącej pod transparentem milicyjnej nysy dodawał pikanterii naszej akcji. Wiele osób wyglądało przez otwarte okna obserwując spadające co chwila ulotki. Zauważyliśmy też pracowników pobliskiego “Hortexu” gromadnie wychodzących oglądać transparent.


6 sierpnia 1987r

Mamy pożegnać pielgrzymkę zdążającą na Jasną Górę. Transparent, który ma zawisnąć na trasie pielgrzymki ma standartowe wymiary 3x7m.czarno-czerwony tekst na białym tle głosi: “Zanieście naszą nadzieję. Solidarność pozdrawia pielgrzymów. Grupy Oporu Solidarni.”. początkowo planujemy umieszczenie w transparencie kilku tysięcy ulotek z fragmentami homilii papieża z Gdańska. Kłopoty techniczne sprawiają jednak, ze nie dostajemy na czas ulotek. Dużo kłopotu sprawia wybór miejsca akcji. Transparent musi być doskonale widoczny dla pielgrzymów. Może on zawisnąć tylko na ścianie bez okien lub na dachu z szerokim gzymsem. Tego dnia wiele ludzi wygląda na trasie pielgrzymki przesz okna i rozwijające się płótno dodatkowo obciążone stalowymi prętami mogłoby doprowadzić do nieszczęścia. Po przejściu całej trasy decydujemy się na budynek stojący na Pl. Dzierżyńskiego. Jego boczna ściana wychodzi na ulice Senatorską i nie posiada okien. Dzień wcześniej dwóch kolegów przecina kłódkę przy drzwiach prowadzących na dach i zakłada naszą. Dwa pozostałe wyjścia zostają zablokowane przez zapchanie istniejących kłódek. W dniu akcji wyjeżdżamy z naszym ładunkiem bardzo wcześnie. Okazuje się, że zbyt wcześnie. Wyjście pielgrzymki z Nowego Miasta opóźnia się i tkwimy pół godziny z naszym niewygodnym majdanem na przystanku przy miejscu akcji. Przy okazji obserwujemy z niepokojem rosnącą z minuty na minutę ilość milicjantów i ubeków obstawiających trasę pielgrzymki. Wreszcie dochodzi do nas chóralny śpiew i pokazuje się czołówka pielgrzymów. Wjeżdżamy winda na górę, przechodzimy galerią do innej klatki i otwieramy naszą kłódkę. Pół piętra niżej pojawia się ktoś i czeka na windę. Przyklejamy się do ściany i wstrzymujemy oddech. W momencie gdy trzaskają drzwi zamykanej windy szarpiemy za nasze drzwi, które z hałasem otwierają się. Na szczęście hałas ten jest zagłuszony trzaskiem drzwi windy i nikt nie zwraca na niego uwagi. Zamykamy za sobą drzwi i zbliżamy się do krawędzi dachu. Okazuje się, że jesteśmy doskonale widoczni z budynku biur MZK gdzie okna są aż oblepione wyglądającymi. Na szczęście chyba wszyscy patrzą w dół na imponującą rzekę pielgrzymów. Jeszcze leżący na dachu transparent przywiązujemy z jednej strony aby skrócić do minimum manewry, które mogą zostać zauważone z ulicy. Później jeden z nas wysuwa go poza krawędź dachu i reguluje długość liny z jednej strony tak aby transparent zawisł idealnie w poziomie. Po przywiązaniu drugiej liny do dymnika schodzimy z dachu zamykając drzwi na nasza kłódkę. Wychodzimy inną klatką i niezauważeni rozdzielamy się. Około godziny ósmej transparent rozwija się. W słońcu i ponad głowami milicjantów wygląda wspaniale. Po ok. 10minutach silniejszy podmuch wiatru zakręca płótno kilka razy tak mocno, że mimo wstawionej grubej gumy nie jest się ono w stanie rozprostować. Całość wygląda teraz jak jakaś gigantyczna klepsydra. Widoczny zostaje tylko napis “Zanieście naszą nadzieję Grupy Oporu Solidarni”. Transparent zwraca jednak powszechną uwagę. Po ok. 20 minutach zajeżdżają na światłach milicyjne samochody z “ekipą techniczną”. Po 35 minutach transparent zostaje wciągnięty na dach. W akcji na dachu uczestniczy podobno 8 milicjantów. Chyba ich nieźle ruszyło. W końcu na placu mieści się ratusz a nieco dalej WUSW. Szkoda, jeszcze 5 minut i byłby niezły aplauz ponieważ nadchodziły już “siedemnastki” z transparentami solidarności i “Piułsudzkim” na czele. Częściowe niepowodzenie odbiliśmy sobie przyłączając się do naszych przyjaciół idących w pielgrzymce ze związkowymi transparentami.


19 września 1987r

Tego dnia przyjeżdża do polski z wizytą wiceprezydent USA Georg Bush. Na zlecenie KPN mamy uczcić to wydarzenie transparentem i ulotkami. Na transparencie o wymiarach 3×8 m widnieje napis “Polska walcząca wita swojego przyjaciela wiceprezydenta USA Georga Busha – KPN”. Nie mamy możliwości aby powiesić go tak żeby został zauważony przez naszego gościa. Cała trasa przejazdu jest niezwykle mocno obstawiona milicją i SB. Dachy w pobliżu są na pewno lustrowane przez obserwatorów. Postanawiamy przeprowadzić akcję na ulubionym przez nas budynku, w którym znajduje się knajpa “Habana’ od strony placu. Wysokie filary uniemożliwiłyby zdjęcie go z okna. Wejście na dach chcemy zablokować symulowanym ładunkiem wybuchowym z tą różnicą, ze tym razem wewnątrz ma być “strasząca petarda”, która narobi huku w przypadku zmiany położenia naszej “zabawki’. Ładunek jest całkowicie bezpieczny choć może napędzić stracha naszym “przyjaciołom’. Rano postanawiamy udrożnić wejście na dach. Po dłuższym zastanowieniu typujemy drzwi, które mogą prowadzić do pomieszczenia z wyjściem na dach. Tniemy rakiem kłódkę owijając przedtem nożyce szmatami żeby stłumić huk. Nasz trud okazuje się jednak daremny. Drzwi są dodatkowo zamknięte na wewnętrzny zamek. Schodząc na dół widzimy napis “klucz od wyjścia na dach w lokalu 100 i 101″ – chyba nie będziemy prosić. Akcje postanawiamy przeprowadzić z budynku Hortexu” tam gdzie wieszaliśmy rok temu “afgański” transparent. Przed godziną 16.00 jesteśmy na miejscu. Dwóch z nas udaje się ze sprzętem do budynku uważając aby nie potrącić zapakowanym transparentem żadnego z milicjantów, którzy w kilkuosobowych patrolach przemierzają plac. Na samym placu stoi dodatkowo “buda” z mundurowymi. Nikt z nas nie spodzieweł się aż takiego nagromadzenia milicji w Śródmieściu. Jest po prostu niebiesko. Ci z nas, którzy pozostali na dole z niepokojem obserwują dość dramatyczne wysiłki naszych kolegów usiłujących za pomocą drągów przerzucić transparent z ulotkami poza gzyms. Gdyby, któryś z milicjantów spojrzał do góry to już nikt nie mógłby pomóc kolegom. Wreszcie zwinięte płótno ląduje za gzymsem i jest podciągane do góry. Jeszcze tylko trzeba je przywiązać do balustrady. W tym momencie ktoś otwiera okno pod zawieszonym transparentem, wychyla się i patrzy do góry prawdopodobnie zdziwiony pakunkiem z zapalonymi lontami. Po chwili znika ale jak się później dowiadujemy nie interweniuje. Koledzy spokojnie opuszczają budynek zabezpieczając wcześniej właz nasza “niespodzianką”.

Punkt 16.00 z rozwijającego się transparentu wylatuje kilka tysięcy ulotek. W tym czasie na ulicy jest największe natężenie ruchu a i zainteresowanie niecodziennym zjawiskiem niemałe. Dwóch żołnierzy z “zasadniczej” przystaje, czyta i uśmiecha się. Wiele osób zatrzymuje się i zbiera ulotki. Po 15 minutach nie zostaje już ani jedna. Z uiśmiechniętych twarzy poznajemy, że akcja podobała się. Po 20 minutach przyjeżdża specjalna ekipa MO. Nie pokazują się jednak na dachu. Po jakimś czasie zauważamy ich w pobliski oknie jak wciągają transparent do mieszkania. Nie mogąc go zerwać jak poprzednim razem jeden z “przedstawicieli władzy” udowadniając, że ma długie ręce wychyla się i odcina płótno nożem. Pozostaje tylko intrygujący napis “”POL”. Przechodnie, którzy dopiero nadeszli dopytują się co tu było. Objaśni im wszystko lekko podchmielmy mężczyzna dokładnie cytując treść transparentu. Jest 16.35. O 16.45 milicja dostaje się na dach i zdejmuje intrygujące i niewątpliwie inspirujące wszystkich płótno z napisem “POL”. Później dowiadujemy się, że kaseta video z naszej akcji została odtworzona na spotkaniu Busha z opozycją. Salwę śmiech wzbudził milicjant z nożem. Zdjęcie transparentu ukazało się w PWA nr 36 z podpisem ” akcję wykonały Konfederacki Grupy Specjalne”.

wykonawcy: Rambo, Chudy
transparent przygotowali: Izydor, Aniołek
foto: Dubler


14 października 1987

Transparent “Nie ma wolności bez Solidarności” ma zawisnąć o 16.00 w Al. Jerozolimskich przy D.T. “Smyk”. Po godzinie 16.00 zjawia się jeden z wieszających informując o kłopotach. Rozłożony już transparent leży na dachu. Przy próbie zawieszenia go pękły żyłki. Biegniemy do sklepu na ul. Kruczą i kupujemy cały kłębek. Powoli już się ściemnia. Przed godzina 17.00 ponowiona zostaje próba zawieszenia. Po dość długim czasie lonty przepalają część żyłek. Transparent nie rozwija się jednak. W środku zostało 8n tysięcy ulotek. Naszą ekipą interesują się lokatorzy budynku. Na pytanie co robimy na dachu odpowiadamy “instalujemy antenę”. Na miejscu akcji pojawiamy się następnego dnia. Nierozwinięty transparent nadal wisi. Rozważamy możliwość podjęcia go lub akcji kamikaze – przecięcia nożem blokujących żyłek i szybkiej ucieczki. Nagle spotykamy nieoczekiwanie ekipę foto. Okazało się, że została ona źle poinformowana o terminie akcji i zjawiła się dzień później. Teraz czekają na rozwinięcie transparentu, który przed chwilą został wywieszony!. Słysząc taką rewelację czym prędzej oddalamy się. najprawdopodobniej milicja powtórnie wywiesiła transparent aby nas zaskoczyć przy próbie podjęcia go.

wykonawcy: Rambo, Chudy
transparent przygotowali: Izydor, Aniołek


9 listopada 1987

Z okazji Święta 11 listopada mamy zawiesić transparent “Jeszcze polska nie zginęła… od Solidarności do Niepodległości – Grupy Oporu Solidarni” o wymiarach blisko 25m2.

9 listopada po wstępnych oględzinach zapada decyzja przeprowadzenia akcji na rogu ulic marszałkowskiej i Wilczej. Po zakończeniu “wizji” schodzącego z dachu kolegę zaczepia ciekawska lokatorka “co pan tu robi”. Kolega w najbardziej uprzejmy i wyszukany sposób informuje, że sprawdzał możliwość instalacji anteny telewizyjnej. “pan żartuje” nie daje wiary tym tłumaczeniom ale wraca do swoich zajęć.

9 listopada ok. godziny 14.00 trzy osoby uczestniczące w akcji wchodzą z całym majdanem na dach. Po krótkich przygotowaniach przerzucają zwinięty transparent za balustradę i gzyms pomagając sobie znalezioną na dachu miotła. W chwilę potem zostają podwieszone “przewieszki” z ulotkami. Zostaje podpalona petarda, która ma zwrócić uwagę przechodniów. Jest to pomysł jednego z wieszających, za który otrzymamy później spory opr. Teraz następuje “minowanie’ włazu. Zostaje zawieszona puszka ze stosownym napisem “dotknięcie grozi wybuchem’. W środku puszki oprócz różnych śmieci zostawiamy liścik “tym razem was oszczędziliśmy”. Właz zostaje zamkniety na nasza kłódkę. W tym momencie pada pytanie “Przepraszam co panowie tu robią?”. Jak na złość pod sam koniec roboty zjawiła się nieoczekiwanie cała rodzinka zmierzająca do mieszkania przy samym wejściu na dach. “instalowaliśmy antenę pani z pierwszego pietra” odpowiada jeden z “bojowców”. “dziękuję” – lokatora mieszkania z poddasza zadowala grzeczna odpowiedź. Całe szczęście, że nie zauważa atrapy bomby!

Już bez żadnych przygód wszyscy oddalają się z miejsca “przestępstwa”. Transparent rozwinął się o 14.35 wypluwając tysiące ulotek na zaludnioną ulice. Po pewnym czasie lecą ulotki z przewieszek. Eksplozja petardy zwraca uwagę wszystkich na transparent. Potężny huk spowodował zwolnienie ruchu samochodowego. Otwiera się wiele okien ukazując głowy zaintrygowanych mieszkańców. I właśnie o to chodzi!. Wiele osób staje i obserwuje sypiące się ulotki. Nie leżą długo na ziemi. Ktoś z dziką satysfakcja i szelmowskim uśmiechem na twarzy fotografuje zawzięcie niecodzienne zjawisko. Niektórzy decydują się najwyraźniej na obserwacje samego finału imprezy. Z tyłu gromadzących się przechodniów rozlokowują się ubecy. Pewnym zgrzytem staje się wypowiedź starszej pani. “za robotę by się lepiej wzięli nieroby” – top pod naszym adresem. Cóż, miażdżyca nie wybiera. W pobliskiej kawiarni słychać komentarz “bardzo dobrze” – głośno mówi jakiś facet “powinni jeszcze powiesić, że tej ich reformy to nawet muchy nie przeżyją”. Jego towarzyszka z zaniepokojeniem obserwuje nas czy aby nie wyjmiemy w tym momencie legitymacji. Puszczamy do nie oko i smiejemy się aby rozładować atmosferę. Nie pierwszy raz biorą nas za ubeków. Po blisko 40 minutach obserwujemy ze zdumieniem jak pod budynek zajeżdża na sygnale strażacki “Magirus’. Przez długi czas manewruje nie mogąc znaleźć właściwego miejsca do wysunięcia drabiny. Przeszkadzają mu przewody tramwajowe. Zastanawiamy się co spowodowało, ze milicja dała się nabrać po raz kolejny na naszą atrapę bomby. Kolega przypomina sobie w tym momencie, że do środka puszki wrzucił magnes. Milicjanci nie mogąc się dostać na dach usiłowali jeszcze zerwać transparent z okien. Po kilku próbach zakończonych niepowodzeniem wezwali na pomoc strażaków. Wreszcie w kierunku transparentu wysuwa się automatyczna drabina. Bardzo powoli i dostojnie zaczyna się po niej wspinać strażak. Dochodzi do transparentu, patrzy, patrzy, patrzy i bardzo powoli i dostojnie zaczyna schodzić na dół. Na dole wszystko podziwia spory tłum ludzi. Dwóch najwyraźniej zbulwersowanych postawą strażaka ubeków bierze toporki i wspina się w górę. Tam odrąbuje na oczach rozbawionej publiczności transparent, który spada na dół po 85 minutach “siania niepokoju” i “godzenia w …”. przez dwa dni o naszej akcji trąbiły zachodnie rozgłośnie podając coraz to nowsze, dalsze szczegóły. Tygodnik Mazowsze skomentował nasz wysiłek jednym, krótkim zdaniem. Jak zwykle zresztą. Później była jeszcze awantura o tą nieszczęsna petardę a przecież gdyby nie pirotechnika być może nie udałoby się oszukać “konkurencji”.

wykonawcy: Rambo, Hipopotam, Krokodyl
transparent przygotowali: Izydor, Aniołek


10.listopada 1987r

Transparent o treści “Uczyńmy wszystko aby nasz 11-IX był już jutro. KPN” miał być rozwieszony 9 listopada nad kinem “Wisła”. Imprezę miały uatrakcyjnić 4 petardy, świeca dymna oraz 4 tysiące ulotek wzywających do uczestnictwa w uroczystej mszy Świętej. Krótko po 14.00 dwóch kolegów wchodzi na ostatnie piętro budynku. Przy próbie podniesienia klapy okazuje się, że została ona zbita gwoździami od góry. Próby wyważenia jej kończą się niepowodzeniem. Transparent zostaje chwilowo ukryty w pobliskim śmietniku. Przeprowadzone naprędce rozpoznanie ujawnia, że prócz jednej klapy nie ma innego, drożnego wejścia na dach. To jedno wejście zamknięte jest na kłódkę a obok znajduje się jakieś mieszkanie. Zniechęceni niepowodzeniem postanawiamy przełożyć akcje na dzień następny. Wieczorem zbieramy się i ustalamy, że “mityng” odbędzie się na rogu ulicy Zielnej i Próżnej przy ul. Marszałkowskiej. 10 listopada ok. 14.20 dwóch niedoszłych “mącicieli porządku” z dnia wczorajszego wchodzi na klatkę 10 piętrowego wieżowca. W drodze na gore winda zatrzymuje się na chwile miedzy piętrami. Właz na dach zamknięty jest na kłódkę. Podczas szamotaniny z opornym skoblem kolega kaleczy się w rękę. Mimo niewielkiej ranki krew plami spodnie. Wreszcie wejście na dach staje otworem. Przygotowaniom na dachu przygląda się trzech facetów remontujących elewacje pobliskiego budynku dawnej “Pasty”. W pewnym momencie dwóch z nich znika. Daje się słyszeć wycie syreny z Marszałkowskiej.Chwila konsternacji i zaraz ulga. To “R-ka” – przejechali. Przy zapalaniu lontów nowe kłopoty. Krew cieknąca ze skaleczonego palca moczy zapałki i lonty. Wreszcie nasączone sznurki zatliły się. Transparent zostaje przywiązany do piorunochronu. Jeszcze podpalenie lontów świecy dymnej i petard i odwrót. Nie ma już czasu na blokadę wejścia. Szybkie znikniecie dwóch robotników wydaje się dość podejrzane. I rzeczywiście. Milicja zjawia się na sygnale już po 5 minutach od chwili rozwinięcia się transparentu. Mijamy się z pędząca nyską na przejściu dla pieszych. Ulotki z transparentu zasypują ulice Próżną. Transparent zasłonił okna na 3 piętrach. Na 10 piętrze otwiera się okno i słychać jakiś histeryczny krzyk. “Co to jest !? Co się stało?!”. Lokatorka mieszkania, w którym nieoczekiwanie zrobiło się ciemno wpadła w lekką histerię. Szarpie płótno próbując odsłonić okno. Za chwilę ulicą wstrząsa potężna detonacja. To eksploduje pierwsza petarda. Na ruchliwej ulicy robi się cicho. Wszyscy szukają miejsca wybuchu i dostrzegają transparent. Jest on już nieco zmieniony. Przerażona właścicielka mieszkania wycięła sobie w nim okienka. Wygląda to przedziwnie. Poruszająca się głowa w środku rozwiniętego transparentu. Przynajmniej zrozumiała co się stało i przestała wrzeszczeć. Teraz obserwuje z okna (transparentu?) zajeżdżające pod budynek milicyjne samochody. Eksploduje druga petarda i zaczyna działać świeca dymna. Z pobliskich knajp klienci wychodzą zaciekawieni na ulicę. Przyjeżdża straż pożarna. Oczywiście niepotrzebnie. Po 15 minutach od momentu rozwinięcia się transparent zostaje zdjęty. Brak blokady włazu umożliwił wejście na milicjantów na dach. Nie żałujemy jednak. 5 minut dłużej przy robocie i by nas mieli. Mamy niemiłe podejrzenia w stosunku do robotników, którzy widzieli rozpoczęcie akcji. Później dowiadujemy się z PWA, ze nieznana nam grupka wywiesiła w tym czasie transparent na “1001 drobiazgów’. Milicja też więc miała pracowity dzień.

wykonawcy: Chudy, Adaśko
transparent przygotowali: Izydor, Aniołek
foto: Dubler


25 listopada 1987r

Kolejna akcja dla KPN. Na rogu ulicy Marchlewskiego i Elektoralnej ma zawisnąć transparent 3x7m. “Chcesz głodować – idź głosować. KPN”. Dodatkiem mają być tysiące ulotek o bojkocie referendum i trzy petardy. Nasze obawy budzi pogoda. Przez kilka poprzednich dni pada deszcz. Ostatecznie decydujemy się przeprowadzić akcję bez względu na warunki. Budynek jest już nam znany z akcji wiosennej “Ceny stop”. Przed godziną 14.00 dwóch wykonawców staje pod włazem. Do akcji wchodzi nasz wysłużony “rak”. Kłódka zamykająca wejście zostaje nie tyle przecięta co złamana w tępych już nożycach. Zataczając łuk w powietrzu spada z hałasem na beton. Uchylają się drzwi i pada pytanie o cel dziwnych poczynań.

“Student serwis” – instalujemy anteny”. Ta naprędce wymyślona odpowiedź zadowala ciekawskich. Kilka minut pracy na dachu i równo podwieszony transparent z zapalonymi lontami czeka na swoja kolej aby ” ugodzić w znienawidzony system”. Dopalają się lonty trzech petard. Jeszcze zablokowanie włazu i stosowna informacja o zaminowaniu wszystkiego co się nie rusza. Może dadzą się nabrać po raz kolejny. Ok. 14.15 puszczają lonty z jednej strony. Wznosimy oczy do nieba aby nie zaczęło padać. W chwile potem eksploduje pierwsza petarda. Ludzie na ulicy podskakują i patrzą w kierunku budynku. Jakąś kobieta pyta męża na pobliskim bazarku pod Hala Mirowską “rany!, co to? Eee pewnie się przygotowują do referendum…” odpowiada mężczyzna i śmieje się. Po chwili okazuje się, że jego słowa są prorocze. Transparent rozwija się i wyrzuca tysiące ulotek zasypujących przechodniów. Reakcja ulicy jest różna. Niektórzy zerkają i przyśpieszają kroku. Większość jednak zbiera ulotki. Wiele osób widząc treść transparentu i mając w pamięci nachalną propagandę czerwonego wybucha głośnym śmiechem. Widać, że ogólnie akcja podoba się. Co ciekawe, że ludzie nie chowają zebranych ulotek jak dawniej lecz przystają i czytają oficjalnie (taka reakcje obserwujemy już od pewnego casu0. Krotko po sobie nestępują eksplozje dwóch pozostałych petard. Z budynków wybiegają lokatorzy po leżące jeszcze ulotki. Jakiś żołnierz w podkoszulku biegnie aby sprowadzić kolegów remontujących czyjeś mieszkanie. Po chwili pędzi ich kilku pod transparent. Porozbierani rzucili robotę i sycą oczy widowiskiem. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć i odchodzimy. Zauważa to jakąś kobieta i uśmiech się przyjaźnie. Odpowiadamy uśmiechem. Słychać już syreny milicyjne. Pod budynkami na rogu Świerczewskiego i Marchlewskiego staja milicjanci i obserwują dachy. Spotykamy się jeszcze w pobliskiej kawiarni i po policzeniu się rozchodzimy w różne strony. Z naszych ocen sądzimy, że transparent wisiał ok. 20-25 minut. Z daleka dostrzegamy jeszcze kilka milicyjnych radiowozów stojących pod budynkiem. Niepokoi nas pędząca na sygnale karetka pogotowia. Czy “oni” nie chcą nas w cos wrobić?. W oficjalnych komunikatach nic o żadnych “terrorystach” i “krwawych ofiarach”. W kraju przed referendum “zarządzono”, ze panuje spokój i nastrój narodowej zadumy. Nad odpowiedzialnością za losy Ojczyzny.

wykonawcy: Rambo, Hipopotam
transparent przygotowali: Izydor, Aniołek
foto: Dubler


26 listopada 1987r

Transparent o treści “antyreferendowej” dał się nam najbardziej we znaki ze wszystkich do tej pory rozwieszonych. Akcje zaplanowano początkowo na 23 listopada. W dniu tym uczestnicy akcji wyczekiwali na poprawę pogody. Nadaremnie. Prawie cały dzień padało i były mokre chodniki co uniemożliwiało ulotkowanie. Następnego dnia chwilowa poprawa pogody. Ekipa wyrusza na ul. Grójecka (vis a vis kina “Ochota). Zawieszenie transparentu uniemożliwia jednak nieoczekiwanie zamknięte wejście na dach. Ryzykowne wydaje się użycie raka na akustycznej klatce pod “ostrzałem” kilku wizjerów z okolicznych mieszkań. Przenosimy się na róg Marchlewskiego i Świerczewskiego naprzeciw kina “Femina”. I tu jednak prześladuje nas pech. Na klatkę wchodzi za nami jakiś człowiek. Staje przy oknie i odwija kanapkę i nie ruszając się z miejsca zaczyna zajadać. Ruszamy się i wycofujemy z majdanem na lokal. Podejrzewamy, że mógł to być ubek. Przed referendum na pewno obserwują newralgiczne punkty. Akcje postanawiamy przeprowadzić w tym miejscu następnego dnia równolegle z akcja wywieszenia transparentu KPN_u na Marchlewskiego róg Elektoralnej. I znów pech!. Wejście na dach stoi otworem lecz z góry dochodzą nas jakieś głosy. Trzeba się szybko wycofać zanim rozpocznie się “zadyma” o ulice dalej. Tego samego dnia przerzucamy nieszczęsny transparent na Bródno. 26 listopada chcemy wywiesić go o 7 rano gdy ludzie będą jechać do pracy. Po godzinie 6.00 okazuje się, ze nasz kolega nie dostarczył na lokal nożyc do cięcia kłódek. Dzwonimy do niego do domu podrywając z łóżka cała rodzinę i dajemy wyraz naszej goryczy. Na zaplanowana akcję jest już za późno. Na ulicach prawie pusto. Kolejny raz przewozimy transparent. Zjawia się winowajca z nożycami. Sprawdzamy możliwość wywieszenia na pl. Dzierzyńskiego. Po oględzinach miejsca pomysł odpada. Po raz kolejny dochodzimy do wniosku, że w Warszawie jest niewiele miejsc dla tego typu akcji. Zapada decyzja “wzięcia siłą” klapy na Grójeckiej. O 13.30 trójka “wieszaczy” wchodzi do budynku. Klapa okazuje się tym razem otwarta. Sprawnie przygotowany do wywieszenia transparent z podpalonymi lontami wędruje za krawędź dachu. Jeden z wieszających jest zmuszony położyć się w kałuży. Jeszcze przywiązanie lin do kominów i odwrót. Klapa zostaje zamknięta na nasza kłódkę. Żadne drzwi się nie otworzyły, nikt niczego nie zauważył. Wielka ulga, że pozbyliśmy się fatalnego, zauroczonego transparentu i po 15 minutach gorycz porażki. Lonty z jednej strony najwyraźniej zgasły i transparent nie rozwinął się. Krótko rozważamy jeszcze możliwość uratowania akcji. Wierząc jednak od tej pory w złośliwość przedmiotów martwych rezygnujemy z próby podjęcia i ponownego wywieszenia płótna, w którym ugrzęzło kilka tysięcy ulotek. Z żalem patrzymy na tłum ludzi i świecące tego dnia słońce. Zmarnowany zostaje doskonały punkt.

wykonawcy: Rambo, Izydor, Adaśko, Paweł
transparent przygotowali: Izydor, Aniołek
foto: Dubler


Nieustannie mokre chodniki uniemożliwiły nam ulotkowanie w przedreforendowym tygodniu. Gdy w sobotę podeschły chodniki skręciliśmy ulotki w przewieszki i z nadzieją ruszyliśmy w miasto. W momencie gdy tylko wyszliśmy z budynku lunął deszcz. Trzeba było porozcinać przygotowane paczki i rozrzucać ulotki po klatkach schodowych. Po dwóch godzinach ganiania po schodach z wywieszonymi ozorami została nam jeszcze połowa towaru. Część z niego poleciała z okien już w niedzielę w pobliżu punktów referendowych co spowodowało żywe zainteresowanie milicji pędzącej radiowozami w miejsce ulotkowania.


9 styczeń 1988

“Nie ma wolności bez Solidarności” – tym sloganem rozpoczynamy pierwszą akcje w nowym roku. Transparent rozwija się o 14.40 na rogu ulicy Elektoralnej i Marchlewskiego. Jest doskonale widoczny z pobliskiego bazarku. Z transparentu wylatuje kilka tysięcy ulotek i spada niemal w jedno miejsce. Zaczynają gromadzić się przechodnie zbierający ulotki. Wskutek niedopatrzenia nie zamykamy wejścia na dach i już po 10 minutach na dachu jest milicja. Przy ulotkach staje dwóch “krawężników” co jednak nie odstrasza zbierających. Wyciągają je niemal spod milicyjnych butów. Handlarka z bazarku objaśnia klientce: “zawsze wieszali po drugiej stronie w tym miejscu to pierwszy raz”

Z dołu widać bezskuteczność prób wciągnięcia transparentu na dach. Stojący na ulicy milicjanci nie zwracają uwagi co się dzieje nad ich głowami. W pewnym momencie zostają przecięte liny podtrzymujące transparent. Wielkie płótno obciążone dechami i zbrojeniami leci prosto na stojącego 6 pięter niżej milicjanta. Ten w ostatniej chwili ucieka łapiąc spadająca czapkę. Transparent z głośnym gruchnięciem spada na miejsce, które przed chwilą opuścił w popłochy “stróż prawa”. Zostałby zgilotynowany przez własnych kolegów, których można teraz doskonale obejrzeć sobie na dachu. Jest ich pięciu. Czterech w moro i beretach (chyba czarnych) i jeden w mundurze. Transparent wisiał ok. 15 minut.


“Chwała powstańcom Getta walczącym o wolność naszej wspólnej Ojczyzny KPN”

Kwiecień 1988

Kolejna akcja zawieszenia transparentu na budynku “Hortexu” na pl. Konstytucji. Przebiegła bez specjalnych problemów. Transparent został zawieszony po dwukrotnej próbie przerzucenia go przez gzyms. Tym razem podjęta została próba wywieszenia go na ul. Koszykowa aby był niedostępny z okien mieszkań. Po 14.00 z rozwiniętego transparentu wysypuje się tysiące ulotek o niezależnych obchodach mających odbyć się dnia następnego w niedzielę. Niestety transparent po chwili zostaje porwany przez silny podmuch wiatru i skręcony zaczepia się o antenę. Dalsze podmuchy wiatru są już na tyle słabe, ze nie są w stanie go rozplątać. Jest on kompletnie nieczytelny. Sensacje wzbudzają więc tylko ulotki. Szkoda tylko, że na placu jest wyjątkowo mało ludzi. Warto podkreślić, że akcja została przeprowadzona mimo wyjątkowo silnych patroli milicyjnych znajdujących sie na ulicach Śródmieścia. Przeprowadzenie akcji w tygodniu uniemożliwiała kapryśna pogoda.

wykonawcy: Rambo, Adaśko
foto: Dubler


30 kwietnia 1988r

Transparent o treści wzywającej do uczczenia święta 1 i 3 maja miał zawisnąć wraz z ulotkami ok. godz. 14.00 na ul. Świerczewskiego bardzo blisko urzędu miasta. Duży i ciężki pakunek jest niesiony podwórkami i innymi zakamarkami na miejsce akcji. Ulice są wprost naszpikowane ubecją i mundurowymi. W wąskim przejściu mijamy się z dwuosobowym patrolem MO. Na szczęście nie byli zbyt ciekawscy. Pod klatką transparent odbiera trzeci uczestnik akcji. Idziemy wszyscy na górę pod klapę prowadzącą na dach. I tu niespodzianka. Jeszcze wczoraj otwarta i przygotowana do akcji dziś okazuje się zamknięta na kłódkę a my nie mamy raka. Chwila wahania, krótka narada i decydujemy atakować z drugiej klatki. Jeden idzie sprawdzić wejście, drugi zostaje na ulicy a trzeci z transparentem w klatce. Jest znak, że otwarte. Idziemy a za nami trzech mężczyzn, którzy nieoczekiwanie wychodzą zza rogu budynku. Początkowo mamy nadzieję, że to nie SB. Za chwilę wszystko się wyjaśnia. Dźwigający po schodach transparent zostaje zatrzymany i sprowadzony na dół. Na szczęście zatrzymał na sobie impet SB. Nie starczyło im konceptu aby szybko wbiec wyżej i wygarnąć pozostałych dwóch. Tych dwóch chroni się do jakiegoś mieszkania gdzie wyjaśniwszy sprawę czekają przez dłuższy czas aby zniechęcić zaczajona ubecję. Później wychodzą i gubią obstawiających budynek tajniaków. Tymczasem ruszyła już akcja czyszczenia mieszkań i powiadamiania rodzin. Na szczęście “poległ” tylko jeden a nie jak początkowo sadzono trzech.


“Bydgoszcz, Nowa Huta, Gdańsk a co na to Warszawa? KPN”

Maj 1988

Majowe strajki trwające w kilku ośrodkach w Polsce nie znajdują wsparcia w Warszawie. Postawa robotników warszawskich bardzo nas przygnębia. Nasz transparent chcemy powiesić w pobliżu Huty Warszawa mieniącej się (nie wiadomo z jakiego powodu) bastionem Solidarności (chyba wymarłym). Transparent zawisa na budynku przy ulicy Kasprowicza (10 pięter). Już po rozwinięciu (które następuje w porze opuszczania huty przez pierwsza zmianę) widać, że jest niedobrze. Ulotki wzywające do strajków poleciały ale silny wiatr powiewa płótnem jak chusteczką do nosa. Po chwili pojawia się dym. Transparent zaczyna płonąć !.Zaskoczeni obserwujemy pożerane przez ogień płótno jakby było nasycone benzyną. Na budynku zostaje po chwili tylko górny drąg i ślad okopcenia na ścianie. Jedyne wyjaśnienie zajścia znajdujemy w składzie produkowanego materiału. Była w nim widocznie jakaś łatwopalna domieszka, która zajęła się od żaru lontu. Przypominają się od razu artykuły w prasie “zasnął z papierosem i spłonął żywcem”. Jedno co dobre to, to że milicja nie ma dowodu rzeczowego.


25 maja 1988

“Reagan, Gorbaczow – pamiętajcie ! Bez Polski niepodległej nie będzie pokoju w Europie KPN”. Plus kilka tysięcy ulotek z oświadczeniem Rady Politycznej KPN” Wisiał ponad pół godziny.

Transparent powieszony pod neonem “Ubezpieczajcie się na życie w PZU” bardzo ładnie komponował się zwłaszcza w momencie rozwijania się gdy przez chwilę widoczne były jedynie nazwiska prezydentów “Reagan Gorbaczow”. Zdjęcie zostało później w 2006 roku wykorzystane do rocznicowego albumu o firmie PZU.


10 czerwca 1988r

Skrzyżowanie Marchlewskiego – Świerczewskiego. Transparent o treści “Nie bierz udziału w tej farsie. Robotnicy Nowej huty, gdańskiej Stoczni i Ursusa już wybrali … Solidarność. Grupy Oporu solidarni (5 x 7m). 7 tysięcy ulotek o treści anty referendowej wisiał ok. 30 minut.


13 czerwca 1988r

“19 czerwca zostań w domu, obejrzyj w TV Muppet Show – Grupy Oporu Solidarni” plus rysunek karykatury Urbana w okienku TV. 20 tysięcy ulotek o treści związanej z referendum. Wisiał ok. 40 minut.


Czerwiec 1988

Transparent o treści “Bojkot aż do wolnych wyborów w Polsce KPN” plus 20 tysięcy ulotek. Akcja przeprowadzona ma być rano na skrzyżowaniu ulic Kondratowicza i Chodeckiej. Po drugiej stronie znajduje się przystanek, z którego rozjeżdża się na miasto dużo ludzi. Po przecięciu kłódki broniącej wejścia przez kratę na półpiętro trafiamy na następną blokującą tym razem okna, przez które można wyjść na dach,. Zgrzyty z pobliskiej maszynowni wind są przeraźliwie głośne i przy napiętych nerwach działają na wyobraźnię. Wreszcie na dachu, z którego ( 10 piętro) widać prawie cała dzielnicę i pobliski komisariat MO. Transparent zostaje podwieszony, lonty podpalone. Część przewieszek przywiązana zostaje do ramienia dźwigu, który służy pracującym na budynku robotnikom. Przy odwrocie zostają zablokowane wejścia na dach naszymi już kłódkami. Schodzimy. Około 7.00 transparent rozwija się i pluje masa ulotek. Wszędzie robi się biało.


31 sierpnia 1988

“Nie ma wolności bez Solidarności. Nie ma demokracji bez Niepodległości KPN”. Niebezpieczne miejsce i czas wieszania transparentu. Podejmujemy się tego tylko ze względu na “pokazówkę” dla zagranicznego gościa, który miał przybyć na miejsce akcji (ostatecznie nie przyjechał) podziwiać wszystko i sypnąć zielonymi. Miejsce akcji Marszałkowska – Świętokrzyska, czas 14.30. Jest to już czwarty transparent wieszany w tym miejscu. Na początku prześladuje wykonawców pech. Awaria linii tramwajowej zmusza do korzystania z taksówki. Taksówka zajeżdża od tyłu budynku. Pod budynkiem chodzi patrol milicyjny. Chwila konsternacji i wpadamy z transparentem do zegarmistrza. (transparent jest zawinięty w dywan). Patrol przechodzi. Wchodzimy na górę i na dach. Jeszcze kłopoty z niepalnymi zapałkami. Wreszcie transparent z ulotkami wisi. Palą się lonty trzech petard, z których wybucha później tylko jedna. Jeszcze raz udało się. Rozwinięty transparent jest olbrzymi. 3 x 8 m. Wisi 35 minut. Pod budynek zajeżdża w tym czasie “buda” i “suka’. Na Świetokrzyskiej pojawia się jeszcze jedna “suka” a trzy wjeżdżają na chodnik przed “Sezamem”. Ściągnęła chyba cała kompania ZOMO. Przechodnie i strażnicy z “Sezamu” żywo komentują wszystko. Pojawia się kilka patroli MO ale wszyscy wychodzą z obławy bez szwanku. Do czterech razy sztuka?


“Tylko Solidarność gwarancją naszych praw i naszą nadzieją – Grupy Oporu Solidarni” + ok. 10 tysięcy ulotek.

1988 wrzesień

Zawieszenie transparentu planujemy na ulicy Grójeckiej w miejscu gdzie zawisł nierozwinięty transparent 26-XI-1987r. Jest to miejsce o tyle dobre, że z budynku po drugiej stronie ulicy można wygodnie fotografować całą akcje. Niestety wskutek nieporozumienia 0 13.20 transparent zawisł na innym, bliźniaczym budynku i do tego krzywo. Kilka osób znajdujących się na przystanku autobusowym dostrzega go gdy jest jeszcze nierozwinięty. Jednak nie reaguje w żaden widoczny sposób. Po około 15 minutach z rozwiniętego transparentu wylatuje chmura ulotek. Po jakimś czasie źle umocowany transparent miotany przez wiatr wybija okno. Na ulicę leci szkło. Robi się nieprzyjemnie. Na szczęście nikt nie został skaleczony jednak okruchy szkła leżące na chodniku wśród ulotek powoduję, że przechodnie obawiają się przejścia pod transparentem i zbijają w żywo dyskutujące grupki. Za kolejnym większym podmuchem wiatru transparent (a w zasadzie jego dolne obciążenie) wali głośno po szybie częściowo już wybitej. Akurat w tym mieszkaniu nikogo nie ma. Po 35 minutach na dachu pojawia się milicja. Prawdę mówiąc widok zdejmowanego transparentu witamy z ulgą. Na ulicy jednak nadal poruszenie. Pojawia się więcej milicji i zauważamy jak z przystanku zostaje zabranych do “suki” dwóch młodych ludzi.

wykonawcy: Chudy, Adaśko
foto: Dubler


28-09-1988

“IX 1979 – IX 1988 9 lat KPN Dziś Solidarność, jutro Demokracja, pojutrze Niepodległość”

Transparent zawieszony został na rogu Świerczewskiego i Marchlewskiego. Nie udało się go niestety zawiesić prosto. Duży gzyms, przez który należało się wychylić uniemożliwiał obserwacje transparentu. Rozwinął się jednak i wyleciały ulotki .Po ok. 10 – 15 minutach zaczął się palić. Prawdopodobnie użyte płótno było wyjątkowo łatwopalne i zajęło się od lontów. Transparent ostatecznie spłonął w całości i wezwana straż pożarna nie miała już nic do roboty.


01-11-1988

“To już koniec komunizmu” + trupia czaszka w generalskiej czapce i czarnych okularach – podpis KPN

Transparent zawieszony został przy ulicy Grójeckiej. Dość silny listopadowy wiatr szarpał nim na wszystkie strony. Wzbudził jednak sporą sensację. Dowcipne ulotki nawoływały do dopomożenia komunizmowi w jego śmierci. Po ok. 35 minutach został zdjęty przez patrol MO. Ulotki trafiły nawet do pobliskiej kawiarni gdzie były czytane przy stolikach. Zdjęcia z akcji nie były zbyt udane. Obok fotografa zaczął kręcić się bez wyraźnego powodu jakiś żulik i trzeba było przerwać fotografowanie.


03-11-1988

“Margaret uważaj na czerwonego pająka” + czerwony pająk pełzający po pajęczynie w czarnych okularach – podpis G.O. Solidarni.

Transparent zawieszony został na rogu ul. Kruczej i Al. Jerozolimskich w godzinach szczytu komunikacyjnego. Mimo silnego wiatru był bardzo czytelny. Chmara ulotek, która wyleciała z transparentu (ok. 10 tys.) pokryła czarne jezdnie i chodniki tak, ze wydały się przez moment białe. Dużo osób zatrzymało się i uśmiechało. Ulotki wyzbierano prawie wszystkie. Lokator mający okno w pobliżu rozwiniętego transparentu zaczął go nagle wciągać do mieszkania. Wydawało się, że trafiliśmy na nadgorliwca. Ten jednak chciał tylko przeczytać co jest na nim napisane i za chwilę wysunął częściowo wciągnięte płótno za okno. Transparent wisiał ok. 40 minut. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie było w czasie akcji ani jednego mundurowego milicjanta na ulicy.


09-11-1988

“11-XI-1988 Komuniści dziś amnestia dla was jest jeszcze możliwa KPN” + 4 tysiące ulotek wzywających do niezależnych manifestacji.

Transparent wieszany na pl. Dzierżyńskiego frontem do “Felka” – niech czyta. Na miejsce akcji dojeżdżamy tramwajem. Dochodzi trzeci wykonawca i zostawia pod opieka fotografa torbę z materiałami NZS.. We dwóch idą na górę, fotograf zostaje z torbami na przystanku. Rozpoznanym i udrożnionym już wcześniej wejściem dostają się na dach i sprawnie wieszają transparent niemal na wprost przejścia dla pieszych. Na dole następuje zmiana toreb. Pozostaje na ulicy fotograf i jeden z uczestników jako obserwator. Ok. 14.00 transparent rozwija się i lecą ulotki chętnie i masowo wyłapywane przez przechodniów. Niektórzy odczytują je na głos. Transparent wisiał ok. 40 minut. Wejścia na dach zostały uprzednio zablokowane a na “naszym” wisiała już nasza kłódka.


11-11-1988

“Solidarność dziś Niepodległość jutro” grupy Oporu Solidarni” + ok. 3 tys. ulotek Kuriera Mazowsze. Akcja przeprowadzona na budynku “1001 drobiazgów” na marszałkowskiej. Jeden z uczestników akcji zgłasza się na lokal chory. Zastępuje go fotograf. Wyjeżdżamy samochodem pakując przedtem transparent do worka żeglarskiego. Jakiś czas naszym śladem podąża radiowóz. Żartujemy, ze to przez kolegę, który siedzi w samochodzie w czapce. Po zdjęciu czapki radiowóz skręca. Dojeżdżamy pod budynek. Teraz windą w górę (od strony Forum) i wewnętrzna galerią do wyjścia na dach. Mijamy jakiegoś robotnika, który wchodzi do pobliskiego lokalu. (na budynku prowadzony jest remont dachu). Na szczęście na górze nie ma nikogo. “Uzbrajamy” transparent na dachu i kładziemy się przy krawędzi jedną ręką trzymając transparent a drugą opierając się o jeszcze lepką smołę. O dziwo nie pobrudziliśmy się lepikiem. Całość trwała 6 minut. Transparent przywiązaliśmy do jednej anteny. (druga, która była jeszcze niedawno gdzieś znikneła). Nie udaje się zamknąć wejścia na dach. Po krótkiej szamotaninie z łańcuchem rezygnujemy. W minutę po zejściu na dół transparent rozwija się i lecą ulotki. Wisiał ok. 25 minut. Milicjant szamotał się z nim prawie 5 minut bojąc się podejść do krawędzi dachu. Widocznie jakiś lękliwy. Ciągnął, chodził, odchodził, kombinował i wreszcie go zdjął.


25-11-1988

Transparent “Zamknąć ZOMO a nie stocznie” Grupy Oporu Solidarni i kotwica p. Transparent o wymiarach 3 x7 m + kilka tysięcy ulotek. Akcja Przeprowadzona na rogu Marszałkowska – Świętokrzyska. Transparent wisiał 45 minut.


20-03-1089

Transparent 2,5 x 6 m wieszany z długości na budynku “1001 drobiazgów” na ul. Marszałkowskiej. Napis Uwolnić Vaclava Havela dziś on jutro my – KPN”

Transparent został przywiązany do piorunochronu biegnącego przy krawędzi dachu. Maiło się z niego wysypać kilka tys. ulotek. Niestety jeszcze przed rozwinięciem się lonty podpaliły płótno. Jeden z wykonawców w desperackim kroku pobiegł na górę, wygrzebał z transparentu ulotki i rzucił je na ulicę. Następnie przeciął żyłki i transparent rozwinął się, choć już nie w całości. Płótno nadal powoli się paliło i istniało niebezpieczeństwo, że zaczną spadać na ulicę obciążenia. Na szczęście transparent został szybko wciągnięty na dach przez jakiegoś robotnika. Przyjechała jeszcze straż pożarna co wywołało mała zbiegowisko.


Maj 1989

“Od solidarności do Niepodległości” transparent Grup Oporu z 1 maja zawieszono nad ulicą Rutkowskiego pomiędzy dachami budynków przerzucając linę z dachu na dach. Akcja, na którą dawno mieliśmy ochotę udała się. Rozrzucono ok. 4 tys. ulotek Kuriera Mazowsze. Był to pierwszy transparent zawieszony w ten sposób i najprawdopodobniej ostatni. Nie został zdjęty przez MO. Widocznie potraktowano go jako folklor przedwyborczy. Ponieważ obawialiśmy się, ze przy silnym wietrze może zostać zerwany i runąć w dół, jeden z kolegów zadzwonił do MO z donosem na niebezpieczny transparent. MO olało sprawę i ostatecznie wisiał 3 dni aż zdjęliśmy go sami. Był już częściowo naderwany a na ulicy z przerażeniem natknęliśmy się na jeden pręt zbrojeniowy, który z niego wyleciał. (3 piętro !). Ostatecznie okazało się później że brakowało aż trzech takich prętów, które służyły za obciążenie zaszyte w płótno.


Maj 1989

Dwa transparenty o podobnej treści zostały powieszone wraz z ulotkami na skrzyżowaniu Marszałkowska – Świętokrzyska.

“Komunistom w wyborach NIE!”

Jeden został podpisany przez porozumienie Demokratów Polskich, drugi przez G. P. “Wyzwolenie”.
Podczas zawieszania drugiego transparentu na dachu pracowało kilku robotników. Na wszelki wypadek z transparentem weszły cztery osoby. Robotnicy gdy dowiedzieli się, że jest to akcja opozycji spokojnie wrócili do swoich zajęć. Po rozwinięciu się transparentu jeden z nich podszedł do lin i szarpnięciem sprawdził czy jest dobrze umocowany transparent po czym pozbierał z dachu kilka ulotek i wrócił do pracy.


27-06-1989

“Prezydentem gieNIErał?” i czarne okulary. Transparent R. P. “Wyzwolenie” powieszony na budynku “1001 drobiazgów”. Od wyższej strony. Rutynowa akcja bez historii.


13-07-1989

“Witamy naszego przyjaciela Georgea Busha Konfederacja Polski Niepodległej”

Transparent wieszany na “1001 drobiazgów” przy małym ruchu na ulicy (niedziela). W kilkanaście sekund po zawieszeniu wiatr wrzucił transparent na pobliski balkon. Udało się zrobić jedno udane zdjęcie. Po raz pierwszy w roli nieświadomego obserwatora w akcji uczestniczył “Bąbel”

Pewnego dnia gdzieś na przełomie 1984 i 1985 roku “Mariusz” wrócił z mieszkania “Cioci” z cotygodniowej odprawy z szefem wszystkich Grup Oporu “Solidarni” “Rafałem” – wówczas jeszcze nie znaliśmy jego nazwiska – i powiedział na zebraniu naszej Grupy, że z powodu kłopotów kadrowych (chyba chodziło o jakieś aresztowania) potrzeba pilnie rozsypać dużą ilość ulotek. Były już wydrukowane, mogły się przeterminować, więc w trybie awaryjnym trzeba było podjąć błyskawiczne działania, aby na czas trafiły do ludzi. Na naszą grupę wypadło 9 tysięcy. Działania nie były przygotowane, więc trzeba było naprędce nakreślić plan. Czas naglił i nie pozwalał na opracowanie jakiejś wyrafinowanej metody. Moja młodzieżowa grupa, wchodząca w skład Grupy Grochowskiej, była już dobrze zaprawiona w ulotkowaniu z ręki, chłopaki wręcz pokochali ten dreszcz emocji temu towarzyszący. Na ochotnika więc staliśmy się głównymi wykonawcami tego sypania. Chodziło o najbardziej ruchliwe miejsca w Warszawie. Postanowiliśmy więc załatwić to jednym przemarszem. Wyruszyliśmy z Placu Zamkowego w pięciu: “Łukasz”, “Magister”, “Turoń”, chyba “Ćwieku” i ja. Szliśmy zwartą grupą Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem do Placu Trzech Krzyży, następnie na Marszałkowską i Puławską do kina “Moskwa” i co przystanek wywalaliśmy porcję ulotek – pierwsza poleciała na Placu Zamkowym, ostatnie pod “Zieloną Budką” i przed kinem “Moskwa”. Żeby nie mieć przy sobie całego ładunku, “Mariusz” ze starszymi kolegami w pewnym oddaleniu, obstawiając akcję, transportował wielką czarną torbę z towarem, który był co jakiś czas dyskretnie przez nas pobierany. Na Nowym Świecie złapaliśmy ogon. Zmuszony byłem, niezbyt zresztą grzecznie, wytłumaczyć SB-ekowi, żeby zmienił marszrutę, zanim my się zajmiemy jego przemianą. Zrozumiał. O dziwo, mimo tego incydentu, trasa została pokonana zgodnie z naszym planem i 9 tysięcy ulotek poleciało w górę. Tego dnia było w Warszawie naprawdę “puszysto”!

Jeszcze nie zginęła

Żyjąc w dzisiejszym świecie zalanym ulotkami reklamującymi dosłownie wszystko: towary, usługi i ludzi, już prawie zapomnieliśmy, jaką jeszcze nie tak dawno pełniły one rolę. Już od połowy XVIII wieku zaczęły się pojawiać druki ulotne, których zadaniem był jasny, czytelny przekaz umieszczony na niewielkim kawałku papieru. Zwykle dotyczył on działań wojennych, często wykorzystywany jako narzędzie propagandowe. W naszej historii ulotkami posługiwali się najwięksi przywódcy narodowi od Tadeusza Kościuszki po Stefana Traugutta i Józefa Piłsudskiego. Zawsze w okresach okupacji Polski ulotki były integralnym elementem walki o zachowanie tożsamości narodowej. Nic też dziwnego, że w trakcie trwania PRL-u stały się też jedną z metod walki stosowanych przez opozycję. Po trudnych czasach stalinowskich i lżejszych tzw. odwilży, kiedy to ruch podziemny nie miał dużego wymiaru, powstały Komitet Obrony Robotników i Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. To ich inicjatywy zapoczątkowały działalność prawdziwej zorganizowanej opozycji demokratycznej. Wtedy ulotki na stałe zagościły na ulicach polskich miast. Od początku lat 70. ubiegłego stulecia nie tylko rozdawane były w zakładach pracy, środowiskach koleżeńskich oraz uczelniach, lecz także rozrzucane na ulicach, głównie z dachów budynków, wzbudzając wściekłość komunistycznej władzy. Takie były początki.

Ulotkowanie stało się prawie codziennością po ochłonięciu z chwilowego załamania spowodowanego wprowadzeniem stanu wojennego 13. XII. 1981. Już wkrótce samoistnie zaczęły organizować się grupy ludzi, gotowych działać czynnie. Taką działalność rozpoczęli Adam Borowski, organizator Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu “Solidarności” (MRKS), Marek Hołuszko ps. “Hardy” przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego (MKK) oraz Andrzej Niedek ps. “Alek”, który wraz ze swymi karatekami zapoczątkował działalność późniejszych grup RKW Mazowsze. Już w końcu zimy 1982 została zrealizowana przygotowywana wcześniej przez ukrywającego się Teosia Klincewicza ps. “Borys” (potem “Rafał”) koncepcja powołania Grup Specjalnych RKW “Solidarność” Regionu Mazowsze. Udało się, począwszy od grupy “Alka”, skoordynować kilka już działających początkowo niezależnie oraz stworzyć nowe. W sumie na terenie Warszawy w różnych okresach lat osiemdziesiątych działało kilkanaście grup, czasami zasilanych uczestnikami z innych struktur takich jak MRKS, czy FMW (Federacja Młodzieży Walczącej). Wkrótce, ze względu na oskarżanie podziemia przez władze komunistyczne o terroryzm, na wniosek Zbyszka Bujaka zmieniona została nazwa ze Specjalnych na Grupy Oporu “Solidarni”. Działalność ich miała bardzo szerokie spektrum, a pomysłowość w szkodzeniu czerwonemu i pokazywaniu narodowi, że “jeszcze nie zginęła” była olbrzymia. Oczywiście pierwszą i najczęściej stosowaną techniką było rozrzucanie ulotek o treściach patriotycznych, nawołujących do oporu, uczestnictwa w rocznicowych demonstracjach itd. Tu też pomysłowość dawała znać o sobie. Tak więc technik ulotkowania – “tak aby było puszysto” jak mawiał Teoś – było wiele.

La bomba, Marlboro i sikorki

Zawsze najpopularniejszą i najczęściej stosowaną techniką był rzut “z ręki”. Wystarczyło przygotować 400 – 800 ulotek, przekartkować je, tak by nie trzymały się po rzucie w jednej bryle. Następnie układano je w cylindryczną formę pasującą do dłoni. Te zabiegi oraz umiejętny wyrzut do góry takiej porcji gwarantowały znakomity efekt “puszystości”. Każda jednak Grupa i uczestnicy akcji mieli swoje wypracowane i przećwiczone metody. W jednej z aktywniejszych Grup tzw. Waldeczków opracowano np. technikę zwaną “la bomba”. Polegała na tym, że po wszystkich czynnościach przygotowawczych, porcję ulotek owijano banderolą, którą można było łatwo przerwać bezpośrednio przed wyrzutem. Pozwalało to na wcześniejsze przygotowanie wielu gotowych porcji, co bardzo usprawniało akcję.

Zwykle do sypania “z ręki” wybierało się miejsca uczęszczane, ale z możliwością, w razie kłopotów, ucieczki np. przez przejściową bramę. Oczywiście nie było to regułą, szczególnie kiedy po pierwszym strachu ta odrobina adrenaliny spodobała się rzucającym, i akcje tego typu były wykonywane w otwartym terenie. Wielokrotnie stosowany był taki, pozornie niebezpieczny, sposób przez Grupę Grochowską w trakcie przemarszu przez Śródmieście np. ulicą Marszałkowską od Świętokrzyskiej do Pl. Konstytucji z wyrzutem ulotek przy każdym przystanku autobusowym. Możliwe to było po oswojeniu się z tą metodą oraz poznaniu psychologicznego mechanizmu występującego u większości przechodniów. Po wyrzucie w górę ulotek, oczy wszystkich od razu zwracają się w górę, żeby zobaczyć co się dzieje, nie rejestrując skąd one pochodzą. Jeżeli jeszcze rzucający jest osłonięty swoimi kolegami (i koleżankami!) robiącymi sztuczny tłum, to niebezpieczeństwo prawie przestaje istnieć.
Druga metoda, znacznie mniej stresująca, choć wymagająca dobrej kondycji i braku lęku wysokości to ulotkowanie z dachów. Istnieją różne jej sposoby. Najprostszy, stosowany jeszcze od czasów KOR-u, to rozłożenie w słoneczny i wietrzny dzień wilgotnych ulotek bezpośrednio na dachu i po dodatkowym ich zmoczeniu spokojne zejście na dół by obserwować efekty. Po wyschnięciu wraz z każdym powiewem wiatru kolejne partie frunęły do przechodniów. Nieco bardziej skomplikowanym sposobem była “przewieszka”. Należało przygotować – podobnie jak do ręki – paczkę zawierającą ok. 2 – 3 tys. ulotek w taki sposób przewiązanych na ogół żyłką nylonową, aby, po jej przerwaniu, ładnie mogły się rozsypać. Taki pakunek przyczepiany był na dachu do gzymsu budynku i po uruchomieniu “zapalnika”, można było bezpiecznie zejść z dachu. Tu też pomysłowość dała znać o sobie. “Odpalenie” przewieszki odbywało się wieloma sposobami. Najczęściej był to po prostu lont przepalający żyłkę, ale często w jego zastępstwie stosowano metodę “na Marlboro”, czyli poprzez podłożenie jako lontu zachodniej produkcji papierosa. Wtedy w Polsce jedyne dostępne, a nie gasnące były papierosy Marlboro, stąd ta nazwa. Stosowane też były znacznie bardziej wymyślne sposoby. Chemiczna z zastosowaniem ampułki ze żrącym kwasem, termiczna, uruchamiająca przepalanie żyłki po podwyższeniu temperatury otoczenia i połączeniu obwodów w rtęciowych czujnikach temperatury pochodzących z systemów ogrzewania wagonów kolejowych. Najbardziej jednak egzotycznym chyba pomysłem była metoda “na sikorkę”. Żyłka utrzymująca przygotowane ulotki połączona była paskiem słoniny, do której zlatywały się sikorki i po pewnym czasie uruchamiały przewieszkę. Jedynym właściwie kłopotem było dostanie się na dach, gdyż strychy domów były zamykane i trzeba było forsować kłódki, co czasem spotykało się z protestem mieszkańców, choć na ogół, zwykle dobrze się kończyło, czasami wręcz entuzjastycznie.

Niebezpieczne wynalazki

Wyrzutnik MIESZKO

Kolejna metoda ulotkowania, wypracowana już całkowicie w Grupach Oporu, to sypanie z rozwijanych megatransparentów. Podobnie jak w przypadku przewieszki, zrolowany transparent podwieszany był wysoko na budynku i naszpikowany wewnątrz ulotkami. Był bardzo ciężki, więc trzeba było nie lada siły, żeby móc go umieścić we właściwym miejscu. W trakcie rozwijania uwalniał “puszysty” ładunek. W tej metodzie specjalizowała się Grupa “Grubeg”.

Najbardziej spektakularne jednak były akcje z użyciem wyrzutników ulotek. Początkowo używane były mechaniczne wykonane ze sprężyn tapczanowych oraz chemiczne. Te ostatnie montowane na dachach nie strzelały, lecz po chemicznym uruchomieniu tłok wypychał ulotki na ulicę. Stosowane na początku w akcjach MRKS i Grupy “Hipolita”. Taka zmasowana akcja tych grup miała miejsce wczesnym latem 1982 roku, przy rogu Hożej i Marszałkowskiej nad kawiarnią “Pod gwiazdami”. Między dachami domów był rozwieszany transparent, a chemiczne wyrzutniki rzucały ulotki. Kiedy wykonawcy, po akcji zeszli na dół i zamówili w pobliskim saturatorze wodę sodową, właściciel nalał kilka szklanek, obrzucił ich badawczym spojrzeniem, popatrzył na umorusane świeżo ręce, rozejrzał się wokoło i zdecydowanie odmówił przyjęcia należności, oświadczając: “Podchorążówka nie płaci”. Od tego czasu Grupa “Hipolita” została już “Podchorążówką”.

Najgłośniejszym echem odbiły się jednak ulotkowania za pomocą wyrzutników pirotechnicznych. Wprowadzone zostały w 1983 roku początkowo z zapłonem lontowym, potem elektronicznym. Wykonane były z szerokiej hydraulicznej rury PCV długości ok. 30 cm, jednostronnie zakołkowanej z ładunkiem pirotechnicznym w środku, odizolowanym warstwą azbestu i dwoma warstwami gumy od wystrzeliwanych ulotek. Ustawiane były w ruchliwych punktach, ale tak by nie wyrządziły krzywdy postronnym ludziom.
Cała Warszawa była wielokrotnie nimi obstawiana przez wszystkie G.O. “Solidarni”, a wielką sławę zyskały wyjazdowe akcje “Waldeczków” i Grupy Grochowskiej do Katowic i Wrocławia. Stały się one głównym tematem PRL – owskich mediów, chwalebnie zauważone przez niezapomnianego rzecznika komunistycznego rządu – Jerzego Urbana. Wszystkie wyrzutniki pirotechniczne wykonywane były w pracowni sekcji pirotechnicznej Grupy Grochowskiej na warszawskiej Saskiej Kępie. Robiły duże wrażenie na przechodniach, ich wystrzały budziły entuzjazm. Jednak nie były zbyt bezpieczne. Po kilku wypadkach lżejszych i najcięższym w 1985 roku “Mariusza” kierującego wówczas Grupą Grochowską, Teoś Klincewicz zdecydowanie zabronił stosowania tej metody. Nie powstrzymało to jednak dalszego ulotkowania bardziej tradycyjnymi metodami. W drugiej połowie lat 80. zrealizowany został pomysł Teosia o wydawaniu szczególnej gazetki w formie nieco większej ulotki. “Kurier Mazowsza” – bo taki nosiła tytuł – rozrzucany był przez Grupy do ostatnich dni PRL, rozpowszechniając prawdziwe informacje i odkłamując posunięcia władzy. Potem został przekształcony w oficjalny organ legalnej już “Solidarności” Regionu Mazowsze.
Prowadzony był jeszcze przez kilka lat przez członków – już wtedy – byłych Grup Oporu “Solidarni”. Jako organ czysto związkowy przetrwał do chwili obecnej.

Mariusz Zieliński, Mieszko Zieliński

Tekst opublikowany w organie Stowarzyszenia Wolnego Słowa: “Bibuła” Czerwiec 2008

Teoś

Nazywano go Kmicicem opozycji. Był jedną z najbarwniejszych postaci podziemia po wprowadzeniu stanu wojennego. Jego życiorys mógłby służyć jako temat książek i scenariusz filmów sensacyjnych. Tyle że takie książki i filmy nie powstały, a sam “Teoś” jest dziś postacią zapomnianą. Jego legenda jest wciąż żywa jedynie w środowisku warszawskim. Fakt współpracy z Klincewiczem wśród osób działających w podziemiu wciąż nobilituje.

Na temat “Teosia”, a szczególnie stworzonych przez niego Grup Oporu “Solidarni”, powstało już kilka tekstów. Nieznane są natomiast działania operacyjne, prowadzone wobec niego przez Służbę Bezpieczeństwa.

Przed sierpniem i w okresie “karnawału”

Działalność opozycyjną rozpoczął w 1975 r., kiedy studiując na Politechnice Warszawskiej wraz z bratem drukował ulotki przeciw planowanym zmianom w Konstytucji PRL. Rok później wraz z Janem Lityńskim i Witoldem Łuczywo zorganizował drukarnię sitową w akademiku “Mikrus”. W tym samym okresie zainteresowała się nim Służba Bezpieczeństwa, która założyła sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie “Klimek”. Napisano: “Celem założonej sprawy było wyjaśnienie przyczyn zaangażowania się figuranta we wrogą działalność, rozpoznania jego osobowości i motywów działania, określenie stopnia jego wrogiego oddziaływania na innych studentów Politechniki oraz zlikwidowanie ujawnionego zagrożenia. W toku prowadzenia sprawy ustalono, że figurant pochodzi z rodziny robotniczej, jego ojciec mieszka w Gdyni i pracuje jako kierownik noclegowni na stacji PKP Gdańsk Główny. Matka w 1973 r. wyjechała na wycieczkę do USA i odmówiła powrotu”.

19 lipca 1978 r. “Teoś” został zatrzymany w mieszkaniu Zbigniewa Drozdowskiego, gdzie wspólnie z Dariuszem Kupieckim i Jakubem Bułatem wydrukował “Robotnika” nr 18 w nakładzie 2500 egzemplarzy. Zatrzymanie to nastąpiło na skutek donosów TW “W” i KO [Kontaktu Operacyjnego] “B”. W meldunku zapisano: “Przesłuchanie – Na pytania w sprawie druku nie odpowiadał. W czasie rozmowy na tematy ogólnopolityczne okazało się, że nie miał pojęcia o pracach sejmu, nie znał dziennikarzy z >Trybuny Ludu<. Cytował wyuczone fragmenty z pisemek KOR, nic nie czytał z ROPCiO. Odmawiał zeznań i nie bał się ewentualnych represji, na zakończenie powiedział, że jeszcze wiele razy tu się znajdzie”.

I rzeczywiście, do sierpnia 1980 r. Teodor Klincewicz wielokrotnie był zatrzymywany i przesłuchiwany oraz kilkakrotnie pobity. Służba Bezpieczeństwa podjęła również próbę werbunku. Do rozstrzygającej rozmowy doszło 12 października 1978 r. SB groziła Klincewiczowi, że opublikuje jego zdjęcia z rozmów z esbekami w kawiarni “Na Rozdrożu”. Gdy odmówił współpracy, dalszych prób już nie podejmowano.

Po Sierpniu “Teoś” staje się czołową postacią w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. W 1981 r. jest wiceprzewodniczącym Krajowej Komisji Koordynacyjnej NZS. W notatce Wydziału III Komendy Stołecznej MO z 10 kwietnia 1981 r. zapisano: “Antysocjalista. Daje zły przykład. Postanowiono kontrolować postawę, działalność i kontakty przez TW >Jowisz< i >Rum<. Obserwować Klincewicza w KKK NZS i na uczelni. Wytypować kandydatów na TW, dokumentować łamanie prawa. Izolować w środowisku”.

Polowanie

W trakcie przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego “Teoś” znalazł się na liście osób przeznaczonych do internowania. 12 grudnia przygotowano nawet specjalny “Plan kombinacji operacyjnej zatrzymania Klincewicza”. Przewidywał on następujące działania:

“O 23.00 doręczyć telegram. >Proszę o natychmiastowy przyjazd do Gdańska ojciec miał wypadek<. Klincewicz uda się na Dworzec Centralny, aby pojechać do Gdańska. Możliwe trasy przejścia do dworca:

  1. Pieszo, łapiemy na Polnej
  2. Autobusem, łapiemy przy >Remoncie<
  3. Samochodem z kolegą na Centralny. Łapiemy po wyjściu z samochodu przed wejściem na dworzec.

KD Śródmieście ma być gotowa na przyjęcie groźnego przestępcy”.

“Teoś” unika jednak zasadzki. Jako jedyny z kierownictwa NZS nie został zatrzymany i zszedł do podziemia. Stał się dla SB jednym z najgroźniejszych działaczy. Rozpoczęło się prawdziwe polowanie. W notatce z 30 grudnia 1981 r.: “Nie stwierdzono że jest w Gdańsku, nie stwierdzono, że go nie ma”. Niespełna miesiąc później w kolejnej notatce skierowanej do Wydziału I Departamentu III MSW napisano: “Klincewicz opuścił >Mikrusa< 13.12.81. Nie był widziany ani na Szpitalnej, ani na Politechnice. Nie ma go w Gdyni. Nie ma informacji o kontaktach z NZS. Brat wynajmuje mieszkanie na Miączyńskiej 59 m. 54. Klincewicza nie ma pod tym adresem”.

SB jest ciągle bezradna. 28 stycznia 1982 r. powstaje “Plan ujęcia Klincewicza”. Ma w tym pomóc m.in. następująca agentura:

  • >Jowisz< penetruje konwent NZS PW
  • >Rum< >S< Politechniki Warszawskiej
  • KO >KD< DS >Mikrus<
  • KO >DB<. Kontakt z dziekanatem
  • KO? Pracownicy i studenci wydziału
  • NZS poza PW uruchomić tajnych współpracowników z III wydziału.
  • KKK NZS >Jan<“.

Do SB docierają kolejne informacje o działalności “Teosia”. Notatka z 26 lutego 1982: “Klincewicz się ukrywa i zakłada >Centralny Ośrodek Kierowania NZS< – akcje sabotażowe, terror psychiczny, akcje informacyjne. Prawdopodobnie on odpowiada za ulotki sypane 17 bm w rocznicę rejestracji NZS”.

W tym czasie “Teoś” dochodzi do wniosku, że w działalności należy wyjść poza struktury NZS, i zaczyna organizować Grupy Oporu “Solidarni”. Tymczasem “Wydział III KSMO typuje Klincewicza jako zabójcę sierżanta Karosa. Zaleca najwyższą ostrożność w czasie próby zatrzymania”.

Po wielu nieudanych próbach aresztowania “Teosia” 12 sierpnia 1982 r. powstaje kolejny plan działań, który przewiduje: “W Gdańsku nie ma Klincewicza. NZS się nie kontaktuje. Może nie ma go w Warszawie.
Janicki Dionizy opiekunem pracy dyplomowej Klincewicza. Może Klincewicz skontaktuje się z nim. Wykorzystać TW >Mars<. Petykiewicz Jan dziekan wydziału jest opozycjonistą. Obserwować mieszkanie może Klincewicz zjawi się u niego. Utrzymać podsłuch na telefon Zarajczyka, jeśli Klincewicz wróci do Warszawy to z niego skorzysta. Mecenasa Szczuki nie da się pozyskać. Obserwować, może dotrą łącznicy od Klincewicza. Pomoże >Jan<“.

Wpadka

24 marca 1983 r. Służba Bezpieczeństwa wreszcie zanotowała sukces. Z meldunku: “W nocy z 21 na 22 marca o godzinie 23.25 zatrzymano Teodora Klincewicza”.

Nie ulega wątpliwości, że do aresztowania doszło przypadkowo. “Teoś” poruszał się swobodnie po całej Warszawie. W kieszeni miał dowód osobisty wystawiony na nazwisko Ludwiczak. Jeden z jego najbliższych współpracowników – Janusz Ramotowski przekazał opartą na opowiadaniu samego “Teosia” relację o okolicznościach zatrzymania: “Teoś włóczył się cały dzień z otrzymanymi ode mnie matrycami, aż wieczorem postanowił zostawić je w swoim lokalu na rogu Kruczej i Żurawiej. Niestety milicja robiła obławę na prostytutki i sutenerów z >Grand Hotelu<. Dwóch z nich stało w bramie domu, w którym Teoś miał lokal. Wylegitymowali go, miał swoje papiery, ale nie wzbudziły one niepokoju gliniarzy z obyczajówki. Nie pasował im do sprawy. Już go puszczali, kiedy jeden z nich poprosił Teosia o otworzenie torby. Zobaczyli matryce, ale Teoś wyciągnął zrobiony przez siebie >kwit<, upoważniający go do przewożenia papieru. Prawie zadziałało, ale jeden z nich rozpoznał matryce, które już gdzieś widział. Teoś potraktował gliniarzy gazem i biegiem wyskoczył z bramy. Niestety kawałek dalej stał radiowóz na cywilnych znakach i Teoś, jak to Teoś, z kieszeniami pełnymi >kwitów< wylądował na Wilczej. Wezwano bezpiekę i wylądował na Rakowieckiej”.

“Teoś” przebywał w areszcie do lipca 1983 r. Natychmiast po wyjściu powrócił do aktywnej działalności. W ślad za tym nastąpiły kolejne działania operacyjne SB i kolejny rozdział w pojedynku Klincewicz kontra Służba Bezpieczeństwa, który trwał do 1989 r. Mimo wpadki z 1983 r., pojedynku zwycięskiego dla “Teosia”. Trudniejsza dla niego, jak dla wielu działaczy podziemnych, okazała się próba odnalezienia się po upadku komunizmu, przerwana tragicznym wypadkiem w 1991 r.

 

Autor dziękuje Januszowi Ramotowskiemu za udostępnienie materiałów.

Włodzimierz Domagalski

GAZETA POLSKA, 25 lutego 2009

Historia grupy zorganizowanej przez Waldemara Różyckiego “Suchego” stanowi jeden z najbarwniejszych, a jednocześnie całkowicie zapomnianych epizodów z historii warszawskiej konspiracji po wprowadzeniu stanu wojennego. Dotyczy młodych ludzi, którzy w “noc generałów” liczyli średnio po 18-21 lat. Jeden z najstarszych – “Czarny” – miał 25 lat. Wychowani na lekturach historycznych, zafascynowani m.in. Szarymi Szeregami, nie zadawali sobie pytania, czy należy walczyć z “czerwonym”, tylko jak zrobić to najskuteczniej. Członkowie tych poszczególnych sekcji pochodzili z tych samych szkół lub osiedli. Zasługą “Suchego” było to, że potrafił ich zebrać i stworzyć spójną strukturę.

Poza związkowym gorsetem

W styczniu 1982 r. “Suchy” spotkał się z Jackiem Juzwą “Grzegorzem”. Ten był już wówczas członkiem kierownictwa Komitetu Porozumienia Międzyzakładowego “Solidarność”, podziemnej struktury związkowej obejmującej tajne komisje z kilkudziesięciu zakładów pracy z Warszawy i Mazowsza. Grupa określana jako specjalna miała dokonywać akcji ulotkowych, malowania na murach itp. Młodzi działacze chcieli jednak znacznie radykalniejszych działań i coraz trudniej mieścili się w zbyt ciasnym dla nich związkowym gorsecie. Wczesną wiosną “Grzegorz” nawiązał ścisłą współpracę z Teodorem Klincewiczem, który właśnie w tym okresie tworzył swoje Grupy Oporu. W ten sposób grupa “Suchego” formalnie należała do Komitetu Porozumienia Międzyzakładowego “Solidarność” (KPMS), otrzymując zresztą stamtąd pomoc finansową przeznaczaną na przygotowanie akcji, a faktycznie była włączona w struktury Klincewicza. 

Podstawową strukturą w grupie była sekcja zorganizowana na trzech poziomach. Pierwszy, kilkuosobowy rzut, stanowili bezpośredni uczestnicy akcji. Drugi i trzeci osoby wspomagające, użyczające swoich mieszkań na spotkania i magazynowanie sprzętu, czasem włączające się w akcje, kolportujące bibułę. Do tego trzeba doliczyć łączniczki utrzymujące komunikację pomiędzy poszczególnymi sekcjami. Te z kolei obsługiwały skrzynki kontaktowe mieszczące się przede wszystkim w elektrycznych i gazowych puszkach rozdzielczych na klatkach schodowych, pod tablicami informacyjnymi i w kabinach wind. Skrzynki takie działały m.in. w budynkach przy Starzyńskiego 10, Darwina 18, Wandy 15, Zwycięzców 4c. Zostawiały tam – średnio dwa razy w tygodniu – meldunki pisane na niewielkich kartkach z zaszyfrowanym tekstem. Od lipca w mieszkaniu Jadwigi Kryńskiej przy ul. Bolesławickiej 22 m. 157 zaczęły się odbywać regularne spotkania szefów sekcji oraz “Grzegorza”, zapewniającego łączność z kierownictwem Grup Oporu, KPMS, a pośrednio z władzami Regionalnej Komisji Wykonawczej. Tam też uzgadniano szczegóły kolejnych akcji, a Juzwa dostarczał ulotki i sprzęt. W tym właśnie okresie działały już sekcje: wolska, kierowana przez Marka Gajka “Dratwę”, z Pragi Północ “Kajtka”, żoliborska Janusza Kamieńskiego “Bartka”, “Czarnego”, praska Piotra Jakubicza “Jakuba”. We wrześniu dołączyła jeszcze sekcja Andrzeja Kuncewicza “Hiszpana” i “Gabriela” z Pragi Południe.

W sierpniu 1982 r. zorganizowany został obóz szkoleniowy w Jastrowie, niewielkiej miejscowości między Piłą a Szczecinkiem. Jego celem była przede wszystkim nauka podstaw samoobrony. Zajął się tym instruktor karate, którym najprawdopodobniej był Andrzej Niedek “Alek”. Poza członkami sekcji były tam również trzy łączniczki. 20 VIII Różycki odebrał od pozostałych uczestników szkolenia przysięgę, której rotę ułożył “Dratwa”, wzorując się na Szarych Szeregach. Pięć dni później wszyscy musieli wracać do Warszawy. Grupa miała dokonać swej pierwszej poważniejszej akcji.

Chrzest bojowy

26 sierpnia na terenie Zakładów Mechanicznych “Ursus” odbył się wiec załogi. Przewidywano atak ZOMO. Do zakładów prowadziły dwie drogi dojazdowe, którymi mogły dotrzeć siły pacyfikacyjne. Grupa “Suchego” dostała polecenie zatrzymania ich. Do dyspozycji mieli kolce, dwa duże pojemniki z olejem, po ok. 30 litrów każdy, oraz krótkofalówki. Akcją kierował “Grzegorz”, a drogi dojazdowe obstawiały sekcje dowodzone przez “Dratwę” i Marka Harasiuka “Generała”. Łączność krótkofalowa nie zadziałała ani przez moment. Pozostało liczyć na refleks obserwatorów, którzy mieli sygnalizować pojawienie się opancerzonych kolumn. Te jednak nie nadjeżdżały. Kiedy już zamierzali się rozejść, zobaczyli szybko zbliżające się oddziały ZOMO. Dalej wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Kolce zostały rozrzucone, olej rozlany w odpowiednim momencie, a wszyscy bezpiecznie rozbiegli się i dotarli do miejsc odpraw. Kolumny zostały zatrzymane na krótko, około trzech minut. Okazało się, że ilość rozlanego oleju była zbyt mała, ale na tyle wystarczająca, by uczestnicy wiecu w Ursusie zdążyli się rozejść. Akcja bardzo podbudowała członków grupy, tym bardziej że została opisana w najbliższym numerze “Tygodnika Mazowsze”. Poczuli, że stać ich na jeszcze więcej.

Gazem z ręcznego miotacza

Następny sprawdzian przyszedł kilka dni później, podczas manifestacji 31 VIII na terenie Starego Miasta. Wydarzenia wymykały się spod kontroli, rozproszone grupy demonstrantów przemieszczały się z miejsca na miejsce i nie byli w stanie sprawdzić swoich umiejętności w zakresie ochrony manifestacji. Całą akcję można by uznać za zupełnie nieudaną, gdyby nie jeden incydent. Grupa, dysponująca sprzętem zabezpieczającym przed skutkami gazu łzawiącego, stanęła w pewnym momencie naprzeciw szpaleru zomowców. I okazało się, że tamci widząc zorganizowaną gotową do walki grupę manifestantów, cofnęli się. Znów upewnili się, że mogą wiele zdziałać.

Jedną z najbardziej udanych akcji grupy “Suchego” było “zagazowanie” teatru Syrena, który wyłamał się z aktorskiego bojkotu. Tym razem był to pomysł, który został zainicjowany w grupie. Szczegóły akcji, jak w innych przypadkach, opracował “Generał”, a wykonanie przypadło “Suchemu” i “Dratwie”. W akcji, która obyła się 29 X, według jej uczestników brało udział od 4 do 6 osób. Wszyscy, ubrani w garnitury, zasiedli na widowni i spokojnie przeczekali do przerwy. Gdy zaczynała się druga część spektaklu, bileterki ponaglały czekających w holu uczestników akcji. Ci spokojnie wyczekali na moment, kiedy widzowie zasiądą na miejscach, wtedy wkroczyli na moment do sali i rozbili ampułki ze “smrodami” o podłogę. Podczas ucieczki jeden ze spóźnionych widzów próbował zatrzymać Różyckiego. “Wówczas Różycki użył wobec niego gazu z ręcznego miotacza, a następnie zbiegł z miejsca zdarzenia” – jak zanotowano kilka miesięcy później w materiałach Wydziału Śledczego Prokuratury Wojewódzkiej. Co ciekawe, “Suchy” w 1983 r. znalazł się w jednej celi z Adamem Borowskim, organizatorem podobnej akcji zasmrodzenia, przeprowadzonej w teatrze Komedia.

Tuż przed pierwszymi aresztowaniami

Ostatnie dwa miesiące 1982 r. to kontynuacja standardowych dla grupy akcji ulotkowych, “zasmradzania” mieszkań kolaborantów oraz kilka akcji, które zostały w ostatniej chwili odwołane. Jedna z nich, znów zaplanowana przez “Generała” na dzień planowanych manifestacji – 11 listopada, miała polegać na rozrzuceniu kolców wykonanych z czterech zaostrzonych metalowych prętów. Planowano użyć ich m.in. w pobliżu zajezdni autobusowych MZK. “Generał” miał przygotowanych kilkadziesiąt takich kolców. Juzwa w ostatniej chwili odwołał akcję. Podobnie było z pomysłem podpalenia przy użyciu “koktajli Mołotowa” budynków KD PZPR Warszawa-Śródmieście i Komisariatu MO na Starym Mieście. Na początku grudnia, co dziś wydaje się zaskakujące, z RKW za pośrednictwem Ewy Kulik i Juzwy do grupy dotarło zlecenie pobicia emerytowanego oficera MSW Józefa Mackiewicza oraz ukarania Bożeny Kandalskiej. Ten pierwszy, ponieważ zadenuncjował jedną z ukrywających się osób, a Kandalska była odpowiedzialna za zwolnienie z pracy 43 sędziów. W styczniu 1983 r. miała być oblana farbą lub lakierem. 20 grudnia “Hiszpan” wraz z łączniczką udał się do mieszkania Mackiewicza udając świadków Jehowy. Po tym rozpoznaniu następnego dnia ustalono szczegóły. “Generał” zastrzegł sobie osobisty udział i kierowanie akcją, która miała być wykonana następnego dnia, czyli 22 XII. Jednak właśnie wtedy zaczęły się pierwsze aresztowania.

 

Włodzimierz Domagalski
w latach 80. działacz “Solidarności Walczącej”.
Obecnie koordynator Encyklopedii Solidarności na terenie Mazowsza, członek redakcji Encyklopedii


Waldemar Ludomir Różycki “Suchy”

Ur. 7 V 1958 w Wołominie. W 1982 przerwał studia na Wydziale Prawa UW. W 1982 szef grupy specjalnej Komitetu Porozumienia Międzyzakładowego “Solidarność”, związany równocześnie z Grupami Oporu “Solidarni”. Organizator i koordynator akcji ulotkowych, akcji malowania napisów na murach, “zasmradzania” oraz innych akcji specjalnych, m.in. wrzucenia granatu łzawiącego do gmachu Kolegium ds. Wykroczeń Warszawa-Śródmieście. Aresztowany 3 I 1983, przebywał w AŚ Komendy Stołecznej MO i (od 15 I 1983) w CAŚ. Zwolniony 5 VIII 1983 na mocy amnestii. Współorganizator i przewodniczący Tymczasowej Komisji Oddziału “Solidarność” Wołomin (1985-1989). Pomysłodawca i redaktor “Kuriera Wołomińskiego” (1986-1988). Organizator i koordynator sieci kolportażu wydawnictw niezależnych w Wołominie i pobliskich miejscowościach (1982, 1984-1989).

Właściciel firmy handlowej (1989-1991); właściciel “Księgarni przy Agorze” w Warszawie (1991 do dziś). wiceprzewodniczący Wołomińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego (1989); członek Stowarzyszenia Księgarzy Polskich (2006-2009).

GAZETA POLSKA, 4 marca 2009

Aresztowania rozpoczęły się od członków sekcji Andrzeja Kuncewicza “Hiszpana”. 22 XII 1982 r. na ul. Podchorążych patrol MO zatrzymał przypadkowo, jak się wydaje, braci Jędrychów – Janusza “Listka” i Sławomira “Tancerza”, wracających spod domu Józefa Mackiewicza. Mieli przy sobie ręczne miotacze gazu przygotowane do akcji pobicia tego donosiciela.

W rękach esbeków

W kolejnych dniach esbecy zatrzymali samego “Hiszpana” i Marka Peca “Kaprala”. Funkcjonariusze z MSW szybko zorientowali się, że trafili na grupę bardzo radykalnej młodzieży. Do pierwszych przesłuchań byli kierowani specjaliści od szybkiego wymuszania zeznań. Dzielili się oni na “starszych”, często pamiętających czasy stalinowskie, którzy bili jak popadło, i “młodszych”, którzy uderzali tak, by nie zostawiać śladów. Po pierwszych przesłuchaniach funkcjonariusze SB pojawili się w mieszkaniu Jadwigi Kryńskiej. Równocześnie zaczęły zeznawać trzy 18-20-letnie łączniczki: Małgorzata Drynio “Magda”, Beata Cembrzyńska “Stokrotka” i Elżbieta Rozesłaniec “Modliszka”. Ta ostatnia załamała się i opowiedziała szczegółowo esbekom nie tylko, o czym wiedziała, ale i to, czego się domyślała. A wiedziała dużo, ponieważ od X 1982 r. mieszkała u Kryńskiej, gdzie nieodpłatnie zajmowała jeden pokój, pod warunkiem że będzie go udostępniać na spotkania szefostwa grupy. Bywali tam m.in. “Hiszpan”, Jacek Juzwa “Grzegorz”, Marek Harasiuk “Generał” i inni. Ustalali tam szczegóły kolejnych akcji.

Śmierć “pani Jadzi”

Kiedy w dniu 31 XII 1982 r. esbecy rozpoczęli przesłuchanie J. Kryńskiej, dysponowali już rozległą wiedzą na temat grupy Waldemara Różyckiego “Suchego”. “Pani Jadzia”, bo tak ją nazywano, różniła się od pozostałych wiekiem i doświadczeniem życiowym. Ta 44-letnia wówczas kobieta miała za sobą bardzo nieudane małżeństwo, samotne wychowanie córki i wreszcie narodziny wnuczki, na którą przelała wszystkie swoje uczucia. Z dużo młodszymi członkami grupy “Suchego” łączył ją radykalny antykomunizm. Czuła się za wszystkich odpowiedzialna, a równocześnie zawsze służyła im pomocą i radą. Funkcjonariusze SB, znający już szczegóły jej życia osobistego, uderzyli w najczulszy punkt. Podczas przesłuchań, trwających w sumie 48 godzin, straszyli, że aresztują córkę i zięcia, a wnuczka zostanie umieszczona w domu dziecka. Jednak próby jej złamania nie powiodły się, nikogo nie wydała, odmówiła zeznań, ale kiedy ją wypuszczono, była zdruzgotana. Przekonana, że dręczenie będzie trwało dalej, postanowiła problem rozwiązać szybko i skutecznie. Czuła wyrzuty sumienia z powodu narażenia na niebezpieczeństwo osób najbliższych, a równocześnie nie wyobrażała sobie, że może “sypać”.

Z powodu złego samopoczucia trafiła do szpitala w Wołominie i tam 3 stycznia 1983 r. tuż po obchodzie lekarskim wyskoczyła z okna na piątym piętrze. Zginęła na miejscu. Jej tragiczna śmierć wywołała oczywiście najrozmaitsze interpretacje, również takie, że została przez esbeków wyrzucona przez okno. Wersja samobójcza jest jednak najbardziej prawdopodobna. Sprawa Kryńskiej powróciła po latach. Jej przypadek został opisany w “Raporcie Rokity”. Znalazła się tam krótka notatka: “J. Kryńska na cztery dni przed śmiercią została zatrzymana pod zarzutem prowadzenia nielegalnej działalności i zwolniona po ok. 48 godzinach. Po wyjściu z aresztu skarżyła się na bóle brzucha, w związku z którymi umieszczona została w szpitalu. Lekarz, który z nią rozmawiał na ok. dwadzieścia minut przed śmiercią, stwierdził, że Kryńska była zdenerwowana, więc dał jej środek uspakajający, jednak nie zauważył w jej zachowaniu nic, co wskazywałoby na zamiary samobójcze. Tam też popełniła samobójstwo, wyskakując przez okno. Prowadzone w tej sprawie postępowanie nie wyjaśniło, jakie miałyby być motywy ewentualnego samobójstwa”. Tylko tyle. Natomiast we wniosku końcowym zapisano: “Sprawa śmierci J. Kryńskiej: – nie sformułowano wniosków personalnych”.

Podobnie nikłe rezultaty przyniosło dochodzenie w jej sprawie podjęte przez Prokuraturę w Wołominie na początku lat 90. Przez kilka miesięcy nieudolnie prowadzonego śledztwa nie ustalono nawet personaliów przesłuchujących ją funkcjonariuszy i sprawę zamknięto.

Gdzie jest “Generał”

Kluczowe znaczenie miały dla esbeków zeznania “Suchego”, aresztowanego 3 I. Trzeba dodać, że inni czołowi działacze grupy – “Grzegorz” i “Generał” ukrywali się, i tylko on posiadał pełną wiedzę o wszystkich członkach struktury. Pierwsze przesłuchanie rozpoczęli specjaliści od bicia bez zostawiania śladów. Brało w nim udział sześciu zmieniających się esbeków, w tym por. Witold Jóźwiak (tak się przynajmniej przedstawiał). Dręczenie trwało około dwudziestu godzin. To, co się wówczas działo, można bez przesady nazwać torturami. Najgorsze było bicie pałkami po piętach. Mało kto jest w stanie to wytrzymać. Toteż ujawniał im to, co i tak już wiedzieli, poza tym wskazywał błędne tropy, by zyskać na czasie.

Następne przesłuchanie nastąpiło bardzo szybko – 5 I. Trwało krócej, tylko kilka godzin. Tym razem mniej bili, ale wiedzieli już więcej i nie dali się zwodzić. W pewnym momencie por. Jóźwiak pokazał mu zdjęcie “pani Jadzi” wykonane po sekcji zwłok. Fotografia nagiej kobiety z wyraźnym śladem cięcia dokonanego podczas tej sekcji. I komentarz przesłuchującego: “To przez was tak skończyła”.

Funkcjonariusze SB interesowali się głównie “Generałem”, który zdążył już się ukryć. Pytali natarczywie: “Gdzie jest >Generał<” i zaraz zaznaczali, że oczywiście nie chodzi o film. Najwyraźniej go zmitologizowali i uznali za jednego z najgroźniejszych w kraju “terrorystów”. Podczas drugiego przesłuchania “Suchy”, będąc pewny, że ukrywający się Harasiuk i tak nie przyjdzie na spotkanie, ujawnił im kiedy i gdzie się wcześniej umówili. Widział, jak pobierają broń z szafy pancernej i ruszają na obławę. Przed wyjściem jeden z nich powiedział: “Jeśli któremuś z naszych coś się stanie, ty stąd nie wyjdziesz”. “Generała” oczywiście nie zastali.

Kolejne przesłuchania były już dużo łagodniejsze. “Suchy” został przeniesiony na Rakowiecką do CAŚ. Tam przesłuchania zdarzały się rzadziej. W celi spotkał m.in. Adama Borowskiego z MRKS. Siedzieli razem trzy miesiące. W późniejszym okresie postępowania Różycki odwołał wcześniejsze wyjaśnienia i odmówił składania dalszych.

Amnestia

Dzięki postawie “Suchego” podczas przesłuchań nie było dalszych aresztowań. W tym czasie pozostałe sekcje grupy, kierowane przez Marka Gajka “Dratwę”, kontynuowały działalność.

30 VII 1983 r. Wydział Śledczy Prokuratury Wojewódzkiej przygotował akt oskarżenia przeciwko 10 osobom. Zarzucono im m.in., że “w okresie od stycznia do dnia 28 grudnia 1982 r. w Warszawie wzięli udział w nielegalnym związku […], którego celem było dokonywanie przestępstw, a w szczególności akcji o charakterze terrorystycznym wobec osób cywilnych, instytucji państwowych i partyjnych oraz kolportowanie nielegalnych wydawnictw”. Nie miało to już specjalnego znaczenia, bo w tym samym czasie została ogłoszona amnestia i 5 VIII wszystkie więzione osoby znalazły się na wolności.

 

Włodzimierz Domagalski
w latach 80. działacz “Solidarności Walczącej”.
Obecnie koordynator Encyklopedii Solidarności na terenie Mazowsza, członek redakcji Encyklopedii


Marek Harasiuk “Generał”

Ur. 17 XI 1960 w Warszawie. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji UW (1988). Działacz NZS UW (X 1980 – XII 1981). Od III 1982 członek grupy specjalnej Komitetu Porozumienia Międzyzakładowego “Solidarność” (KPMS). Uczestnik wielu akcji ulicznych, m.in. ochrony manifestacji, ulotkowych, malowania na murach itp., akcji “zasmrodzenia” teatru Syrena (1982). Od 6 I 1983 ukrywał się, ścigany listem gończym, ujawnił się w VIII 1983. Kontynuował działalność w grupie M. Gajka “Dratwy” (1983-1984). Wraz z Piotrem Sobolewskim i in. działacz “Armenii” (1984-1989). Uczestnik akcji liczenia głosów (3×5) podczas wyborów do samorządu (1984) idoSejmu PRL (1985). Emiter Radia “Solidarność” (1987-1989). Związany z Solidarnością Polsko-Czechosłowacką, (X 1988 – początek 1989) na zlecenie Z. Janasa czterokrotnie przerzucał literaturę niezależną przez granicę na terenie Tatr Zachodnich. Członek Organizacji “Solidarność Walcząca” (1988-1990), gdzie zajmował się akcjami ulotkowymi i kolportażem m.in. pisma “Horyzont”.

W latach 1988-2000 utrzymywał się z prac dorywczych z zakresu doradztwa prawnego, od 2000 adwokat. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (2007).

GAZETA POLSKA, 11 marca 2009

Po aresztowaniach wielu członków grupy Waldemara Różyckiego i dramatycznych okolicznościach śmierci Jadwigi Kryńskiej pozostałe osoby początkowo zaprzestały działalności, obawiając się dalszych aresztowań. W lutym 1982 r. Marek Gajek “Dratwa” przejął kierownictwo nad strukturą i podjął próbę jej odbudowy. Ten zaledwie 20-letni działacz wyróżniał się niezwykłym talentem konspiracyjnym i cieszył się sporym autorytetem wśród pozostałych członków grupy. Trzeba dodać, że w początkowym momencie ogromną rolę w odtworzeniu kontaktów odegrała łączniczka Hanna Górecka “Horpyna” i szef sekcji żoliborskiej Janusz Kamieński “Bartek”. W ciągu wiosny 1982 r. działalność oprócz żoliborskiej podjęły cztery sekcje – grochowska Macieja Żukowskiego “Radka”, wolska Andrzeja Kołodziejskiego i praska Piotra Jakubicza “Jakuba”, następnie Piotra Sobolewskiego “Pawła”. W sierpniu dołączyła kolejna – “Czarnego”. “Dratwa” zreorganizował łączność, m.in. eliminując dawne skrzynki kontaktowe. Po dotychczasowych doświadczeniach kładł szczególny nacisk na przestrzeganie zasad konspiracji. Nakazał wszystkim członkom sekcji wyczyszczenie mieszkań z bibuły, usunięcie osobistych fotografii, likwidację notesów z zapisami teleadresowymi, unikanie zbyt wielu spotkań towarzyskich. W marcu po nawiązaniu kontaktu z Jackiem Juzwą “Grzegorzem” grupa była gotowa do podjęcia działalności.

Grupa w akcji

Zaczęło się od akcji ulotkowych. 12 marca “sypanie” odbyło się aż w dwunastu miejscach równocześnie. Tego typu akcje uliczne trwały cały czas, ale nie budziły entuzjazmu w grupie. Jej członkowie woleli uczestniczyć w bardziej spektakularnych działaniach. Więcej satysfakcji przynosiło “zasmradzanie” mieszkań donosicieli. Specjalną substancję w postaci ampułki z kwasem masłowym dostarczał “Grzegorz”, który również przekazywał nazwiska i adresy konfidentów. Jeden taki tzw. smród powodował, że w mieszkaniu, w którym został rozlany, trudny do wytrzymania fetor utrzymywał się około tygodnia. Do kolejnych lokali był wpuszczany strzykawką przez dziurkę od klucza. Jedna z takich akcji została jednak przeprowadzona brawurowo. Pewnej niedzieli w porze obiadowej członkowie jednej z sekcji, stając jeden na drugim, dostali się na balkon na pierwszym piętrze i na oczach całej znajdującej się w środku rodziny rozbili w mieszkaniu fiolkę ze “smrodem”.

Najbardziej spektakularna akcja “zasmradzania” odbyła się w czerwcu 1982 r. Brali w niej udział szefowie sekcji i “Dratwa”. Tym razem “smród” został wprowadzony do fiata 125p stojącego na parkingu na ul. Kopernika, niemal na wprost siedziby OPZZ. Równocześnie przebite zostały opony i wybita przednia szyba. Podczas odwrotu okazało się, że całe Śródmieście jest obstawione przez patrole milicyjne. Dokonywano zatrzymań, wyprowadzano nawet pasażerów z autobusów. Z trudem uniknęli zatrzymania. Dopiero później okazało się, że równocześnie trwała emisja radia “Solidarność”.

Równie brawurowe były niektóre akcje malowania napisów i rozwijania transparentów. Grupa namalowała m.in. duże i dobrze widoczne hasło “Solidarność żyje” na rurze ciepłowniczej Mostu Gdańskiego. Przez wiele dni pozostał niezamalowany. Podobny napis pojawił się również na murze przy obecnej al. Prymasa Tysiąclecia. Utrzymał się tam przez dwie doby.

“Gadała” na Rakowieckiej

W czasie kiedy grupa “Dratwy” organizowała kolejne działania, w więzieniu na Rakowieckiej siedział poprzedni szef grupy “Suchy”. Postanowili zrobić akcję specjalnie dla niego. Użyli do tego tzw. gadały, czyli prostego urządzenia składającego się z tuby oraz magnetofonu. Jej uruchomienie powodowało rozpoczęcie audycji dobrze słyszalnej w odległości do kilkudziesięciu metrów. Do emisji wybrano kamienicę stojącą tuż przy budynku więzienia. Akcja miała odbyć się 1 maja 1983 r. o godzinie 14. Dwa dni wcześniej z drzwi prowadzących na strych i dach usunięte zostały kłódki. Oprócz “Dratwy” i jego ludzi uczestniczyli w niej członkowie grupy “Waldka”. “Gadała” została zainstalowana na dachu bez przeszkód, widzieli to zdumieni więźniowie, ale w momencie uruchomienia nie zadziałała. Po kolejnej próbie, ku rozpaczy uczestników akcji, została wyniesiona i pozostawiona w pobliskim koszu na śmieci. Stamtąd przewieziono ją do innego miejsca do naprawy. Około godziny 20 “Dratwa” został powiadomiony przez łączniczkę, że akcja zostanie ponowiona. “Gadałę” przywiózł Marian Kotarski (“Tadeo”, “Tadeusz”). Tym razem wszystko odbyło się bez przeszkód. Około 22.30 w więzieniu zapanowała euforia po wysłuchaniu audycji. W celi “Suchego” siedzieli oprócz niego: Adam Borowski z MRKS-u, Paweł Wróbel i więzień o pseudonimie “Barszczyk”, który jako listonosz wrzucał ulotki do skrzynek pocztowych. Jak wspomina Borowski: “fruwaliśmy po celi”.

“Tadeo”

Marian Kotarski “Tadeo” to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci warszawskiego podziemia. Do stolicy przyjechał ze Szczecina, prawdopodobnie w okresie “karnawału”. Po wprowadzeniu stanu wojennego związał się z Międzyzakładowym Robotniczym Komitetem “Solidarności”, wprowadzony tam przez Sławomira Miastowskiego. Kiedy jesienią 1982 r. w MRKS-ie nastąpiły seryjne wpadki, on uniknął aresztowania i na przełomie 1982 i 1983 r. pojawił się w innej grupie, kierowanej przez Andrzeja Niedka “Alka”. Uczestniczył w wielu spotkaniach grup kierowanych przez Teodora Klincewicza. W marcu 1983 r. został wydelegowany do utrzymywania stałego kontaktu z grupą “Dratwy”, stopniowo zmieniając “Grzegorza”. Jego rolą było ustalanie szczegółów kolejnych akcji i dostarczanie ulotek i sprzętu. Początkowo współpraca “Tadeusza” i “Dratwy” układała się dobrze. Szybko okazało się jednak, że różni ich nie tylko wiek, ale również podejście do zasad konspiracji. Do pierwszego nieporozumienia doszło, kiedy ich łączniczka “Ewa” opowiedziała M. Gajkowi, że “Tadeo” zaprasza ją do dyskotek, gdzie zachowuje się zbyt nieostrożnie, a ona sama spotkała się z “niestosownymi” propozycjami. Potem nastąpiły kolejne incydenty, które psuły współpracę. Podczas jednego ze spotkań M. Kotarski zażądał szczegółowych informacji o terminie i miejscach “sypania” podczas planowanej akcji ulotkowej. Następnie spotkali się w mieszkaniu na Ursynowie. Adres zaproponował “Tadeusz”. Na miejscu okazało się, że w środku nie było żadnych mebli, okna bez zasłon i firanek, a w pokoju w widocznym miejscu znajdował się stos bibuły. Potencjalna obserwacja z zewnątrz była więc bardzo ułatwiona. Kolejne dwie propozycje “Tadeusza” doprowadziły do ich rozstania. Za pierwszym razem “Dratwa” usłyszał, że trzeba ukraść akumulator z esbeckiego samochodu, za drugim – powielacz ze znajdującego się poza Warszawą zakładu ochranianego przez straż przemysłową. W obu przypadkach ewentualna wpadka mogła wiązać się z zarzutami o przestępstwa kryminalne.

Wczesną jesienią 1983 r. “Dratwa” został powołany do wojska. Przed odejściem z grupy kierownictwo przekazał swojemu następcy.

Grupa działa dalej

Po odejściu “Dratwy” kierownictwo grupy przejął Piotr Sobolewski “Paweł”, dotychczasowy szef sekcji praskiej. Zerwał kontakty z “Grzegorzem” i “Tadeuszem” i podjął współpracę z “Armenią”, jedną z najbardziej zakonspirowanych struktur w Warszawie, która m.in. zajmowała się produkcją nadajników radiowych i emisją audycji. Grupa dalej prowadziła akcje ulotkowe, malowania na murach, rozwieszania transparentów. Na przełomie 1986 i 1987 jej członkowie stali się emiterami podziemnego radia. Audycje były słyszalne w Programie 1 Telewizji. Nadawali je do 1989 r. Należy również wspomnieć o ich udziale w akcji “Grobla”. W 1986 r. miało dojść do organizowanego w konspiracji ogólnopolskiego zjazdu czołowych działaczy “Solidarności”. Trzeba było przygotować wiele lokali, sieć łączności, a przede wszystkim – co było najtrudniejsze – znaleźć sposób na zgubienie ogonów przez poszczególnych uczestników. Kiedy wszystko było już dopinane, nastąpiło aresztowanie Z. Bujaka i w tej sytuacji z realizacji “Grobli” zrezygnowano. “Dratwa” po powrocie z wojska włączył się w działalność grupy, ale był szeregowym członkiem.

Wiosną 1988 r. większa część członków grupy “Pawła” równolegle podjęła działalność w “Solidarności Walczącej”, gdzie prowadzili akcje podobne jak w “Armenii”. Przez cały czas dzięki utrzymywaniu konspiracyjnych rygorów działali bez wpadek.

 

Włodzimierz Domagalski
w latach 80. działacz “Solidarności Walczącej”.
Obecnie koordynator Encyklopedii Solidarności na terenie Mazowsza, członek redakcji Encyklopedii


Marek Gajek “Dratwa”

Ur. 18 X 1962 w Warszawie. Absolwent III LO w Warszawie (1981). Uczestnik akcji rozrzucania ulotek antywyborczych “Głosu” w III 1980. Po 13 XII członek grupy Waldemara Różyckiego “Suchego”, szef sekcji “wolskiej”, działającej w ramach Komitetu Porozumienia Międzyzakładowego “Solidarność” (KPMS) i współpracującej z Grupami Oporu. Uczestnik wielu akcji ulotkowych, malowania na murach, ustawiania tzw. gadał, “zasmradzania” mieszkań konfidentów oraz teatru Syrena (1982) i wrzucenia granatu z gazem łzawiącym do gmachu kolegium ds. wykroczeń (1982). Od początku 1983, po aresztowaniu W. Różyckiego, szef całej grupy, m.in. współorganizator akcji nadania audycji dla więźniów z Rakowieckiej (1 V 1983). W Jednostce Wychowawczej LWP w Bartoszycach (1983-1985). W latach 1985-1989 kontynuował działalność w grupie Piotra Sobolewskiego “Pawła”, gdzie w ramach “Armenii” brał udział w akcjach ulotkowych, w rozwieszaniu transparentów itp. Łącznik w kontaktach z Katowicami i Wrocławiem w ramach OKNA (Oświata-Kultura-Nauk a-Opór). Uczestnik akcji “Grobla” (1986). Od 1986 pracownik wielu firm budowlanych. Od 2007 przebywa w Wielkiej Brytanii.